Recenzja filmu Serce nie sługa (2018)
Filip Zylber

Fakt, że nie dostajemy tego, za co płacimy, nie stanowi tutaj problemu – w końcu kino gatunkowe również oddycha transgresją i jest podatne na odkształcenia. Gorzej, że z powodu słabości ...
Filmweb sp. z o.o.
Zanim wybrałem się do kina na nową produkcję twórców telewizji Polsat, dotarła do mnie mrożąca krew w żyłach przestroga: "lepiej uważaj, tam jest nieironicznie wykorzystane polskie reggae". A ponieważ istnieją ludzie, dla których podobna przestroga bywa zachętą, napiszę uczciwie, że to i tak najjaśniejszy punkt filmu Filipa Zylbera – obsadzonego przez sabotażystę, urągającego inteligencji widza i felernego na poziomie samego konceptu.

photo.title   photo.title   photo.title

Ponieważ w każdej recenzji polskiej komedii romantycznej muszę wałkować nieśmiertelną myśl Aliny Madej o fabule na tyle nieprawdopodobnej, by stała się przedmiotem naszych marzeń, i na tyle prawdopodobnej, by stała się przedmiotem naszej wiary, musicie mi po raz kolejny wybaczyć. "Serce nie sługa" jest nie tylko skazaną na porażkę próbą rozbicia gatunkowego kodu, ale też nieprzekonującą kontrą wobec idei komedii romantycznej jako kina rytuału – związanego jednak z pewnymi oczekiwaniami publiczności oraz sztuką ich spełniania. Oto trójmiejski casanova Filip (Paweł Domagała) żyje pod jednym dachem ze swoją samotną przyjaciółką Darią (Roma Gąsiorowska). Podczas gdy on bierze na celownik kolejne dziewczyny, ona wzdycha po cichutku i czeka na księcia z bajki. A jako że oboje marzą o dziecku, zapobiegliwa scenarzystka podrzuca im rozwiązanie w formie kontraktu na wspólne rodzicielstwo. To również moment, w którym film robi potężną, stylistyczną woltę i bez ostrzeżenia zamienia się w dramat. Przy najszczerszych chęciach, nie potrafię zrozumieć dlaczego.

photo.title   photo.title   photo.title

Fakt, że nie dostajemy tego, za co płacimy, nie stanowi tutaj problemu – w końcu kino gatunkowe również oddycha transgresją i jest podatne na odkształcenia. Gorzej, że z powodu słabości scenariusza złamanie konwencji sprawia wrażenie marnej popisówki, a nie zabiegu wynikającego z rozwoju fabuły. Postacie są mdłe i nijakie, każdą z nich opisano góra dwiema cechami charakteru, a perypetie bohaterów pozbawione są komediowego impetu – być może dlatego, że dynamika większości scen podporządkowana jest czerstwym, kabaretowym gagom. Do tego rzeczywistość, w której odbywają się miłosne podchody, została wyzuta z jakiejkolwiek wiarygodności: to pastelowy świat, w którym doba trwa 48 godzin, po ulicach przechadzają się celebryci, a wyznacznikiem sukcesu są wolne zawody, ewentualnie praca na Olimpie, czyli w telewizji. Szowinistycznym żarciochem dnia jest tym razem prężąca się przed kamerą pogodynka (Magdalena Różczka), która wysłuchuje połajanek na temat rozmiaru swojej miseczki. Z tej perspektywy nawet śmiała sugestia, że macierzyństwo jest sensem życia każdej kobiety, wydaje się szczytem postępowego myślenia.

Domagała i Gąsiorowska robią co mogą, żeby tchnąć w papierowe postacie nieco życia, niestety obsadzeni zostali po złości. Ani on nie pasuje na faceta, który gości w swoim łóżku całe miasto, ani ona na dziewczynę, która w życiu podpiera ściany. Na drugim planie jest jeszcze gorzej: Szyc i Różczka mają do grania jedynie głupie miny,  a aktorzy formatu Tomasza Sapryka i Piotra Głowackiego biją się o czas ekranowy z Patrycją Kazadi i Ewą Chodakowską. Koniec końców, wszyscy pracują na produkt filmopodobny, który szlachetny gatunek zamienia w marketingowy haczyk, a widza zostawia z bólem serca.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (41 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby