Recenzja filmu

American Beauty (1999)
Sam Mendes
Kevin Spacey
Annette Bening

Piękno rozsadzające ironię

To bardzo dziwny film. Z jednej strony jego ironia jest wyraźna, zgryźliwa, ciemna, z drugiej jednak - idealnie ukazuje Platońską koncepcję stopniowanej miłości. Ten film, jak mało który
To bardzo dziwny film. Z jednej strony jego ironia jest wyraźna, zgryźliwa, ciemna, z drugiej jednak - idealnie ukazuje Platońską koncepcję stopniowanej miłości. Ten film, jak mało który ostatnio, ma wiele poziomów - i wydaje mi się, że poziomy te, mimo całej swej harmonii, rozsadzają się wzajemnie. Że piękno w tym filmie przebija się nawet przez złośliwy cudzysłów ironii. Poziom pierwszy tu to piękno wizualne - film ten jest przepięknie zrealizowany. Prześliczne, czyste zdjęcia Conrada L. Halla, doskonali aktorzy, niezwykły estetyzm plenerów i tkwiące wszędzie idealne, czerwone róże (odmiany "American Beauty" właśnie) - tworzą istną ucztę dla oka. Ucztę oczywiście z dysonansem - w tak pięknym opakowaniu podany nam tu zostaje poziom drugi - koktajl "idealnego" amerykańskiego społeczeństwa. Rozpadająca się rodzina, konsumpcyjny styl życia, seks bez zahamowań (do czasu), narkotyki, wstydliwy homoseksualizm. Tak jakby w sposób piękny, dopracowany w każdym szczególe opowiadano nam tu o zepsuciu całego świata. Iście przewrotny koktajl. Koktajl, na którym wiele filmów kończy. Ale jest tu też poziom trzeci - poziom piękna moralnego, etycznego. W tym całym chaosie, w całym ciemnym zakłamaniu i zepsuciu podanym nam tu w pięknych płatkach róż, Lester gwałtownie (oczywiście, dzięki słodkiej Lolitce, a jakże) dojrzewa. Dojrzewa, przechodząc stopnie, nie bójmy się powiedzieć, platońskie. Zaczyna od kochania młodego ciała, od pożądania młodej nimfetki, przechodzi przez okres wykorzystania tego piękna do ulepszenia swego życia - ale pod koniec filmu (jak wiemy z ciekawostek, zmieniony w scenariuszu!) Lester wchodzi na zupełnie inny poziom. Platon powiedziałby, że na poziom miłości do wszystkich istot - nagle okazuje się, iż krótka chwila szczęścia Lestera, moment pełnego i niezwykłego szczęścia (jedyna taka chwila w tym filmie - i okupiona życiem) to szczęście wynikające z dojrzałego odtrącenia możliwości. To ascetyczne wyrzeczenie się czegoś, o czym przez lata się marzy i dla czego popełnia się wielkie ofiary. Bo, jakby powiedzieli mistrzowie zen, nie zmiana się liczy, a zmienianie. Nie piękno estetyczne, do którego dotarła Ameryka, a piękno moralne, wynikające z możliwości odtrącenia tego, co dostajemy poniekąd na talerzu. I właśnie ten uśmiech Lestera pod koniec filmu, te piękne momenty z jego życia (jakże banalne) - właśnie one rozsadzają ramę ironii, w której cały ten obraz jest podany. To właśnie one sprawiają, że po projekcji na sali jest tak cicho - a wychodzący ludzie mają mokre twarze. I z melancholijnym uśmiechem patrzą potem na tańczące na wietrze torby foliowe.
1 10
Moja ocena:
10
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja American Beauty
Jaki jest cel ludzkiej egzystencji? Założyć rodzinę, mieć dobrze płatną pracę, wychować dzieci, zestarzeć... czytaj więcej
Recenzja American Beauty
"Nazywam się Lester Brunham i mam 42 lata. Za niecały rok nie będę żył. W pewnym sensie już jestem... czytaj więcej
Recenzja American Beauty
Współczesne kino oferuje widzom całą gamę przeżyć i wrażeń – możemy przemierzać galaktykę, tropić... czytaj więcej