Recenzja Sezonu 1

Lalka (2026)
Paweł Maślona
Sandra Drzymalska
Tomasz Schuchardt

Bela i Stachu. Historia alternatywna

Przyznaję, że lubię ten serial. Jego pulpowy wajb, humor, dezynwolturę. A także aktorstwo, które niechybnie potrafi przekonać do swoich postaci. 
Bela i Stachu. Historia alternatywna
Zaduszki przyszły w tym roku wcześniej. Na naród polski zstąpił jakiś czas temu duch wyjątkowo uparty. Choć niewidzialny i niedefiniowalny, to na tyle konkretny, że nie sposób go przepędzić czy zlekceważyć. Mowa o duchu powieści, w dodatku powieści nie byle jakiej: klasycznej, epickiej, powszechnie znanej – choćby oględnie – obowiązkowej lektury szkolnej. W związku z zapowiedziami dwóch nowych adaptacji „Lalki” – kinowej i serialowej – dyskusje, cyniczne lub szczere, nie milkły od miesięcy, co oczywiście łatwo było przewidzieć. Oczekiwania, a nawet żądania, powątpiewanie, czasem może mglista wiara, przede wszystkim zaś ciekawość – duch powieści przejął rząd dusz i nakazał rodakom pochylić się nad ważką sprawą: ile właściwie „Lalki” musi być „Lalce”, żeby pozostała „Lalką”? Czy też miała prawo się pod nią podszywać? 


W przypadku serialu w reżyserii Pawła Maślony złudzenia o wierności względem litery oryginału rozwiano już na etapie obrazoburczych plakatów, a także zwiastuna – Łęcka szepcze do ucha Wokulskiemu, by przyszedł do niej w nocy, Łęcka bezwstydnie oblizuje oblepione tortem palce, Łęcka wrzeszczy, leży nieprzytomna na bruku, śmieje się szaleńczo; w międzyczasie jakieś pocałunki, westchnienia, efektowny tagline z zapowiedzią zabawy, a potem nawet przekleństwo. Wyobrażam sobie polonistki, które w ciągu tej intensywnej półtorej minuty dostają migreny, szepcząc jak na egzorcyzmach formułki o autorze przewracającym się w grobie. Podejrzenia o twórczą zdradę potwierdzają trigger warningi, którymi ostemplowano serial: przemoc, seks, wulgarny język, środki odurzające, przemoc seksualna. Widzimy zatem, że serialowa „Lalka” bardziej igra z duchem powieści, niż próbuje go wywołać. Pytanie więc brzmi: czy potrzebujemy aż tak niepokornej „Lalki”?  


Mogę pisać jedynie za siebie, recenzentkę, dla której przekora – żywioł anarchii i skłonność do bluźnierstwa – jest raczej czymś, co zaciekawia, zamiast zniechęcać. Dlatego gdy po dosyć usypiającym początku serialu dotarłam do finału pierwszego odcinka, sceny balu, szalonej, perwersyjnej, ale też komicznej (choć także w tym komizmie jakoś niezręcznej), pomyślałam: z nudów tu raczej nie umrę. I nie umarłam. Serial przeleciał w mgnieniu oka, ciekawość została podtrzymana, nie brakło w tym wszystkim jednak ambiwalencji. Po każdym parsknięciu śmiechem – raz z zaskoczenia, innym razem w reakcji na udany dowcip – pojawiała się wątpliwość: czy można tę „Lalkę” traktować poważnie? 

W „Lalce” ujawnia się Maślona znany już z „Kosa”. Wbrew ciepłemu i, zdaje się powszechnemu, odbiorowi filmu o Kościuszce, nie jestem jego fanką. Chwalony za lekkość, przewrotność, gatunkową erudycję i ideologiczne przesłanie, mnie wydał się sztucznie teatralny, wizualnie nieco pokraczny, pozszywany z zapożyczonych pomysłów i łopatologiczny w wygłaszaniu swoich prawd. Reżyser i jego scenarzysta Michał A. Zieliński ewidentnie odrobili lekcję z modnych lektur o klasach społecznych i narodowej historii uciśnienia (ale tych niemodnych to już raczej nie), nie popisali się jednak błyskotliwością w przenoszeniu ich na ekran, wszystko tu raczej siekierą ciosane. 


W „Lalce” kontekst klasowy również jest szalenie istotny, a jakże! I również nie grzeszy subtelnością. Gdy Łęcka wkracza w świat mrocznej, biednej Warszawy i uśmierza swój ból – fizyczny i egzystencjalny – morfiną, by dwie chwile potem wrócić do siebie mentalnie nienadszarpnięta, widzę wyraźnie, że ktoś tu uznał wyższość kreski grubego flamastra nad cieniowaniem. Do głównych bohaterów dołącza (oczywiście!) służąca (w jej linii fabularnej usłyszeć można dalekie echa „SłużącejParka Chan-wooka), by reprezentować oddolną perspektywę i dźwigać na swoich barkach wszystkie krzywdy tzw. plebsu, a przy okazji także niewdzięczny los kobiet. Jednak sama dynamika między Wokulskim (dorobkiewiczem z tajemnicą i brudnym sumieniem) a Łęcką (rozkapryszoną zubożałą damą) jest szczęśliwie bardziej skomplikowana, ale to oczywiście już w punkcie wyjścia zasługa powieści.

Cieniowania brakuje także w obrazie miasta, jakże istotnego u Prusa. Miasta, które żyje, przyciąga szczegółem, przepychem, różnorodnością, wigorem, „miejskością” – tutaj tego nie ma. Bo choć rozmach w serialu widać, to jednak wszystko wydaje się nazbyt inscenizacyjne i niezbyt wiarygodne. Maślona próbuje bawić się formą – znów miesza gatunki, wypuszczając się nawet na teren parawesternu – ale większość zabiegów to zaledwie kopie kopii, podpatrzone chwyty, tyle że w gorszym wykonaniu. 


Ostatecznie jednak przyznaję, że lubię ten serial. Jego pulpowy wajb, humor, dezynwolturę. A także aktorstwo, które niechybnie potrafi przekonać do swoich postaci. Schuchardt to znakomity Wokulski. Początkowo wyłania się jako creep, z perspektywy Izabeli mroczna gotycka postać z zamglonego lasu, niemal Dracula czy Jeździec bez Głowy, który czyha o świcie na swoją ofiarę, by zgarnąć ją w swoje łapska. Z czasem jednak dostrzegamy w nim beznadziejnie zakochanego, lecz finalnie przyzwoitego człowieka, który wzbudza czułość i szacunek; z którego twarzy bije elegancja, wrażliwość, żarliwość, onieśmielenie, uczciwość. Który w oczach ma raz kurwiki, raz łzy. Ten Wokulski nie został wykrojony ze schematu, który nachalnie podsuwała współczesna kultura – domagająca się emancypacji bohaterki i kpiny z jej stalkera. Ten Wokulski zasłużył na miłość. 


Izabela Drzymalskiej jest z kolei wyborną femme fatale – o uczuciach sprzecznych, zmiennych i niebezpiecznych; nonszalancką kokietką i naiwnym dzieckiem, ale też przebiegłą bestią. Przypomina zarazem Elle Fanning i Natalie Dormer, z całą ambiwalencją tego zestawienia. Także drugi plan dopisuje: żałosność Łęckiego (Jacek Braciak), naiwna energia i miękkie serce Rzeckiego (Dariusz Chojnacki), śliska elegancja Starskiego (Piotr Pacek) czy dryg komediowy wspomnianej postaci służącej (Monika Frajczyk). 

Myślę więc, że zrobić z „Lalki” – szanowanej lektury szkolnej – świetnie zagraną pulpę to też sztuka. 
1 10 6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?