Recenzja filmu

Berlin Alexanderplatz (2020)
Burhan Qurbani
Welket Bungué
Albrecht Schuch

Piekło jest w nas

"Berlin Alexanderplatz" ma w sobie monumentalność biblijnej przypowieści o grzechu, cierpieniu i zbawieniu. Przywodzi również na myśl antyczne tragedie, w których ludzie okazują się zabawkami w ...
Piekło jest w nas
Niech Was nie przeraża długość "Berlin Alexanderplatz". Jeśli po spojrzeniu na metraż zaczniecie rozważać wybranie innego tytułu, to wiedzcie, że w ten sposób tracicie szansę na obejrzenie jednego z najważniejszych filmów, jakie w tym roku trafią do naszych kin. Burhan Qurbani stworzył oszałamiający fresk inspirowany słynną powieścią Alfreda Döblina. To film niepokorny, który zachwyca się literackim pierwowzorem, ale nie ugina się pod jego ciężarem i pozostaje dziełem autonomicznym, rzucającym nowe światło na powieść i jej przesłanie. "Berlin Alexanderplatz" zaskakuje również swoją formą. Monumentalność opowieści dotykającej uniwersalnych aspektów ludzkiej egzystencji ma tu szalenie zmysłową budowę, odurzającą zwiewnością, hipnotyzującą tempem. Burhan Qurbani oddał w nasze ręce dzieło skończone, prawdziwe arcydzieło.

Bohaterem filmu jest Francis (Welket Bungué). Imigrant, który próbuje w Niemczech zbudować sobie nowe życie. Nie jest to proste. Z jednej strony ogranicza go biurokracja, z drugiej – ciążą mu wspomnienia traumatycznych doświadczeń z przeszłości. To one staną się głównym motorem podejmowanych decyzji, z których najważniejszą będzie połączenie swoich losów z nieprzewidywalnym, ale charyzmatycznym Reinholdem (Albrecht Schuch). Tak rozpocznie się jego chaotyczna podróż, pełna wzlotów i upadków, przemocy, zdrad i zaskakujących epizodów piękna, dobroci i harmonii.


"Berlin Alexanderplatz" Burhana Qurbaniego nie jest filmem przeznaczonym dla tych, którzy pragną (lub muszą) zapoznać się z powieścią Alfreda Döblina, ale nie chce im się "tracić czasu" na jej czytanie. Reżyser zamiast dosłownej ekranizacji zaproponował nam własną interpretację oryginału. Wyciągnął z niego kilka ważnych tematów, zainspirował się losami bohaterów i przeniósł opowieść w realia współczesnych Niemiec. W ten sposób stworzył imponujące dzieło o tym, że sami tworzymy sobie prywatne piekło. Filmowy Francis przytłoczony jest poczuciem winy. Jak mantra powtarza, że chce być dobry. Czyni to, ponieważ nie wierzy, że taki jest i dlatego z pokorą, a nawet z wyczekiwaniem, przyjmuje wszelkie cierpienie. Uznaje to za słuszną karę. W tym bólu, podobnie jak to czynili średniowieczni flagelanci, zanurza swoje rzeczywiste i wyimaginowane grzechy.

Jednak egzystencjalne cierpienie ma w "Berlin Alexanderplatz" formę kuli. Im głębiej Francis zanurza się w chaosie, cierpieniu, im bardziej pozwala sobą poniewierać, tym bliżej jest wyswobodzenia się. Oczywiście jest szansa, że po drodze zginie. To pragnienie destrukcji stanowi jądro jego poczucia winy. Jest w nim jednak siła, która wcześniej utrzymała go przy życiu i która teraz – mimo jego usilnych starań – w dramatycznych momentach stanie się kołem ratunkowym. Co więcej, ta iskra emanuje mocą na zewnątrz, powodując, że znajdujący się w jego otoczeniu również ulegają transformacji. Bo "Berlin Alexanderplatz" jest nie tylko opowieścią o cierpieniu, jakie sami na siebie sprowadzamy, ale i wewnętrznej transformacji wynikającej z przebaczenia, akceptacji i otwarcia się na innych.


Choć film opowiada przede wszystkim o losach Francisa, to jednak widzowie zapamiętają przede wszystkim postać Reinholda. Dzieje się tak za sprawą absolutnie fantastycznej kreacji Albrechta Schucha. Aktorowi udało się pokazać bohatera w pełnej krasie jego skomplikowanego charakteru. Oto widzimy człowieka, którego świat tak bardzo zranił, że ten go teraz odrzucił. Jest charyzmatycznym, ale jednocześnie brutalnym i odstręczającym typem. Wszystkich trzyma na dystans, niszcząc prewencyjnie lub wykorzystując i porzucając na śmietniku ludzkich żywotów. To dlatego Francis "wybrał" go na swojego osobistego kata, strażnika jego wewnętrznego piekła. Jeśli ktoś zasługuje na miano diabła, to jest nim właśnie Reinhold.

Schuch, grając go, często wchodzi na bardzo wysokie rejestry. A mimo to nigdy nie zmienia bohatera w banalną karykaturę psychopaty. Co więcej, w genialny sposób potrafi wydobyć kryjącą się w głębi jego jestestwa naiwność i przemożne pragnienie doświadczenia prawdziwej bliskości i akceptacji drugiego człowieka. Potrafi też świetnie pokazać jego bezbrzeżne przerażenie, kiedy pod wpływem Francisa zacznie się zmieniać, kruszyć mury obronne, które z takim trudem zbudował, by chronić się przed światem.


"Berlin Alexanderplatz" ma w sobie monumentalność biblijnej przypowieści o grzechu, cierpieniu i zbawieniu. Przywodzi również na myśl antyczne tragedie, w których ludzie okazują się zabawkami w rękach kapryśnych bogów. Mimo to nie jest to dzieło chłodne, bezdusznie perfekcyjne. Qurbani po mistrzowsku operuje obrazami. We współpracy z operatorem Yoshim Heimrathem skutecznie hipnotyzuje ulotnymi wizualnymi impresjami. Reżyser należy też do niewielkiego grona twórców, którzy opanowali sztukę opowiadania historii dźwiękami. Nie są one tu jedynie wypełniaczami ciszy, lecz stanowią integralny element w budowaniu klimatu.

Qurbani stworzył więc dzieło totalne, oddziałujące na zmysły, emocje i pobudzające do myślenia. "Berlin Alexanderplatz" pozostanie z Wami jeszcze długo po seansie.
1 10
Moja ocena:
10
Marcin Pietrzyk
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
77% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (39 głosów).
Udostępnij: