Kiedy zapada zmrok, twój wzrok, bezwiednie utkwiony w niknących barwach czerwieni i purpury, obserwuje spadające pomruki słońca, teraz skrywane pod kołdrą nocy. Twoje skarpetki brudzą się od
Kiedy zapada zmrok, twój wzrok, bezwiednie utkwiony w niknących barwach czerwieni i purpury, obserwuje spadające pomruki słońca, teraz skrywane pod kołdrą nocy. Twoje skarpetki brudzą się od nagrzanej podłogi werandy/balkonu, na którym stoisz, a pierwsze, ledwie wyczuwalne akcenty chłodu w letnim, wonnym powietrzu sprawiają, że przechodzi cię lekki dreszcz w płucach. I polne świerszcze grają ci do ucha pierwsze skrzypce, a miasto w oddali, teraz jakby cichsze i spokojniejsze w swym szumie, przyobleka się w melodię ambientu. Możesz wtedy na bardzo krótką chwilę odpłynąć w pięknie i tęsknocie za czymś nieokreślonym.
Taki właśnie jest ten film. Taka jest chyba sztuka w ogóle, a przynajmniej jej część… sprawia, że czujesz, myślisz nad tym, co czujesz, i nawet jeśli nie rozumiesz, chcesz czuć więcej. Ta opowieść to nawet nie do końca kolejna pewna historia… jest ona jak fotografia, malowidło lub stare nagranie wideo. Surowe i zawieszone na wieczność w czasie staje się personalnym wehikułem do jednej chwili, która przypomina, że jeszcze i znów czujemy.
Długość i przestrzeń kadrów sprawiają, że one oddychają wraz z postaciami tym ciepłym, wakacyjnym powietrzem wieczoru. Nie goni śpiesznie do przodu, pozwala odpocząć i rozpłynąć się w cieple na ogół niełatwych emocji i wydarzeń. Jest poetycki, nie filozofując, zaskakujący oczywistością, której na imię – szczerość. Kiedy mówi o zagubieniu życiowym, to faktycznie zdaje się go dotykać… a kiedy w dotyku tym dzierży „zakazany owoc”, to nie jest on obsceniczny. Dzieje się tu dużo, nie dziejąc się jednocześnie „nic”, jak niektórzy powiedzą, i tylko po części będzie to prawdą.
W filmie dosyć ważnym elementem staje się malarstwo jako narzędzie przekazu do uchwycenia czegoś głębszego. Narzędziem tym twórcy obnażają nieco nieoczywistość pozorów — wizerunek ludzi i ich późniejszego przeznaczenia, czy po prostu odnalezienia swojej drogi. W codzienności nie każdemu się to udaje; większość chyba jej nie odnajduje, lecz to w nas obojętnieje wraz z bagażem innych doświadczeń.
„Jestem niczym” — mówi jedna z bohaterek, piękna w swojej wrażliwości i bogata w wiedzę, jednak bez iskry do spełniania siebie. Na co ktoś, zdawałoby się będący dopełnieniem jej życia, odpowiada proste: „coś znaczysz. Jesteś Endo — taka, jaka jesteś”, krocząc już na swojej nowo wybranej drodze przeznaczenia. Każda z nich deklaruje, że chciałaby być tą drugą, przynajmniej do czasu.
Przykład prostej sceny nieidealnego filmu, która sprawia, że widzę arcydzieło, nie chcąc szukać perfekcji w sztuce, sprawia, że perfekcji nie potrzebuję. Bo czy zaciek na płótnie był przypadkowy, czy celowy, to nadal zaciek, który oszpeca i jednocześnie nadaje znaczenie. A czy ten brak perfekcji sprawia, że nie chcemy się już w obraz wpatrywać? Może, ironicznie, dojrzałość nie przychodzi z czasem, lecz wraz z nim gaśnie. Może, zanim barwa melancholii na stałe zagości w późniejszym życiu, człowiek dostrzega więcej, będąc jeszcze „zielonym”, a nie niebieskim. A więc „Blue” jak co?
Blue jak melancholia, jak blues, jak smutek i jak farba. Blue jak kolor wody, jak kolor nieba, jak letni motyl czy szkolny mundurek. Blue jak błękit horyzontu, jak nastrój, jak sygnał wideo, jak samotność i jak coś, co pozostało w nas lub coś, czego już nie ma.