Recenzja filmu

Rukku bakku (2026)
Hirokazu Koreeda
Natsuki Deguchi
Aju Makita

Mangażki

"Look Back" nie jest tylko akademickim rozważaniem typu "natchnienie kontra rzemiosło". Na fundamencie tego konfliktu kiełkuje tu opowieść dużo bardziej uniwersalna: o tym, jak życie i sztuka
Mangażki
"Marzę, żeby moja manga odczekała się kiedyś ekranizacji anime", mówi nastolatka Fujino w jednej ze scen "Look Back" Hirokazu Koreedy. To zdanie niczym mrugnięcie okiem, bo "Look Back" jest ekranizacją mangi Tatsukiego Fujimoto, która doczekała się już ekranizacji anime pod postacią "Look Back" Kiyotaki Oshiyamy z 2024 roku. Koreeda dobudowuje tym samym kolejny – aktorski – poziom do dwóch poprzednich: rysowanego i animowanego. Reżyser takich filmów jak "Złodziejaszki" czy "Monster" ekranizował już wcześniej mangę: jego "Nasza młodsza siostra" oparta była na serii "Umimachi Diary". Tym razem zekranizował mangę o rysowaniu mang. 

Bohaterkami "Look Back" są dwie nastolatki: Fujino i Kyomoto (na dwóch płaszczyznach czasowych grają je w sumie cztery aktorki: Natsuki Deguchi i Furi Nanase oraz Aju Makita i Rokka Okada). Łączy je zamiłowanie do rysowania – ale dzieli w zasadzie wszystko inne. Fujino jest towarzyska, Kyomoto zamknięta. Fujino otacza w szkole wianuszek koleżanek, Kyomoto nawet nie chodzi do szkoły. Fujino traktuje rysowanie jako towarzyską walutę, która przychodzi jej łatwo i równie łatwo mogłaby zostać zastąpiona przez jakieś inne hobby. Kyomoto prowadzi zaś pustelniczy tryb życia, monomaniacko szlifując swój warsztat. Kiedy komiksy obu dziewczyn trafiają do tej samej gazetki szkolnej, nawiązuje się między nimi nić porozumienio-rywalizacji. Z czasem zaczynają rysować razem, a ich przyjaźń rozwija się równolegle z talentem.

Manga "Look Back" ewidentnie wyrastała z doświadczeń Tatsukiego Fujimoto w komiksowej branży. Dość powiedzieć, że połączone imiona bohaterek prawie że tworzą jego nazwisko, a rysowane przez nie przygody Shark Mana nie mogą nie kojarzyć się ze stworzonym przez artystę superpopularnym Chainsaw Manem. Fujimoto opowiadał w swoim komiksie o paradoksie mangowego przemysłu, który wymaga zarazem silnych artystycznych indywidualności, jak i wysokiego stopnia kooperacji. Japońskie serie komiksowe powstają zwykle w zespołach przypominających trochę ekipy filmowe. Autor, którego nazwisko widnieje na okładce, przypomina zaś reżysera: kieruje zespołem asystentów, oddelegowując im wyspecjalizowane zadania (na przykład rysowanie tła, czytaj: "scenografii"). Wszystko oczywiście dzieje się pod presją deadline’u i w atmosferze morderczej konkurencji.

Nasze bohaterki, Fujino i Kyomoto, tworzą najmniejszy możliwy przykład takiego mangowego zespołu: duet. Dzięki temu mogą posłużyć za metaforę. Mamy tu przecież dwa temperamenty i dwa bieguny artystycznego impulsu. Fujino posiada "dziki talent", z wszystkimi jego plusami oraz minusami: spontaniczny i witalny, ale też niecierpliwy i niechlujny. Kyomoto reprezentuje z kolei pęd ku technicznej doskonałości, taki, w którym łatwo gdzieś po drodze zgubić kontakt z drugim człowiekiem. 

Ale "Look Back" nie jest tylko akademickim rozważaniem typu "natchnienie kontra rzemiosło". Na fundamencie tego konfliktu kiełkuje tu opowieść dużo bardziej uniwersalna: o tym, jak życie i sztuka wchodzą sobie w drogę i napędzają siebie nawzajem. Wzloty i upadki artystycznych karier Fujino i Kyomoto są też wzlotami i upadkami ich przyjaźni. Zależnie od okoliczności życie bądź sztuka stają się przeszkodą do pokonania albo paliwem. Raz frustrują, a raz dają ulgę od frustracji.

 Koreeda miał o tyle trudniejsze zadanie niż animator Oshiyama, że oryginalne "Look Back" korzysta z rysunkowej umowności mangi. Na kartach komiksu czasem nie było od razu jasne, czy patrzymy na bohaterki czy na ich rysunki – i Fujimoto świadomie spieniężał taką ambiwalencję. Nawet po przeniesieniu do strefy anime nic z tego nie zginęło "w tłumaczeniu". Niestety, Koreeda nie mógł zagrać tą kartą, bo warstwy świata przedstawionego są u niego dużo wyraźniej rozgraniczone. Nie da się ukryć: oto rysunek, oto animacja, oto rzeczywistość. W rezultacie kilka co bardziej "meta" pomysłów nie wybrzmiewa tak dobrze, jak w dwóch poprzednich wersjach tej historii (zwłaszcza scena, hmm, "karate"). Ale z drugiej strony: jeśli "Look Back" ma być opowieścią o tym, jak zaplatają się poziomy życia i sztuki – a ma być – to wciąż jest. Po prostu u Koreedy struktura tych poziomów jest bardziej hierarchiczna niż równoległa. Wciąż jednak pozostaje pole do dyskusji, który z nich to ten najważniejszy.

To powiedziawszy, u Koreedy – po koreedowemu – najlepsze jest jednak koreedowanie. Przede wszystkim reżyser musiał udowodnić, że jest sens inscenizować tę historię w prawdziwym świecie, z aktorkami z krwi i kości. I udowodnił. Twórca dźwiga tu nawet tak duże wyzwanie, jak recasting dwóch głównych aktorek, kiedy bohaterki się starzeją. Przede wszystkim jednak prowadzi grę na milimetry. Mikroobserwacje, scenki i sceniątka toczą się powoli i gęstnieją niczym kula śnieżna wiarygodności świata przedstawionego. Jasne, są tu elementy stylizacji: pastelowa tonacja kolorystyczna ciemnieje wraz z "ciemnieniem" samej historii. Ale film robią koniec końców wszystkie te małe rzeczy. Koreeda zdaje się wychodzić z założenia, że jeśli widz uwierzy mu w szczegół, ogół to już formalność. Film – jak życie albo jak rysunek – składa się z miliona malutkich decyzji.

W ten sposób Koreeda rozbraja też potencjalny zarzut, który "Look Back" nie tylko zaprasza, ale wręcz prowokuje: zarzut o czułostkowość. Facet, który siedział koło mnie na sali, najwyraźniej nie miał z tym jednak żadnego problemu i rzewnie zalewał się łzami podczas finału, gdzie Koreeda uderza w dramatyczne wysokie C. Ja tymczasem przesiedziałem finał spokojnie, bez dramy. Ale też bez większego narzekania, że "łojezu, co za sentymentalis". Jasne, znałem już tę historię w dwóch innych wersjach (mimo wszystko: obu lepszych), co mogło nieco stępić mój odbiór. Żeby jednak nie było: sam też się szczerze wzruszałem, po prostu trochę wcześniej, w trochę innych momentach. Dotknęły mnie właśnie owe drobnostki, koreedostki: czujnie złapane małe gesty wsparcia i przyjaźni, trzymanie się za rękę, patrzenie sobie w oczy, wspólne rysowanie i wspólna radość z tego, co się narysowało. Możecie sobie to nazwać sentymentalizmem, ja to nazwę dobrym kinem.
1 10
Moja ocena:
7
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?