Recenzja filmu

Kvinde ukendt (2026)
May el-Toukhy
Mathilde Arcel
Carsten Bjørnlund

Szkarłatna litera

Posępny ton filmu uwypukla jego forma: absolutnie zdyscyplinowana, chłodna, minimalistyczna. Klimat i tematyka filmu przywołują skojarzenia z "Dziewczyną z igłą" Magnusa von Horna. 
Szkarłatna litera
May el-Toukhy, której "Królowa kier" była przejmującym studium władzy, manipulacji i klasowego uprzywilejowania, w "Kvinde Ukendt" ("Woman Unknown") analizuje, jak poczucie winy i perspektywa awansu społecznego kształtują świadomość. Oba tytuły łączą rozważania na temat systemu, który chroni silniejszych kosztem bezbronnych; tym razem tematem są powojenne losy kobiet splecione w tragicznym klinczu historii i przemocy.

Marie (Mathilde Arcel), pokojówka i niania, ma poślubić swojego pracodawcę – bogatego wdowca Christiana, właściciela dobrze prosperującej fabryki i ojca kilkuletniej Leonory. Niedawno skończyła się druga wojna światowa, w powietrzu czuć powiew ulgi i nadziei, choć powidoki kataklizmu są widoczne na każdym kroku. Wraz z powojenną euforią oraz przywróceniem porządku pojawia się też potrzeba rozliczenia wojennych zbrodni i wykroczeń. Potrzeba, za którą jeszcze nie nadąża prawo. Wystarcza jednak, by iskra resentymentów padła na podatny grunt i podpaliła lont – w mieście co rusz słyszy się o wykonywaniu wyroków na kolaborantach przez ruch oporu, o aktach publicznego upokarzania kobiet utrzymujących intymne relacje z okupantami. Marie boi się, że wkrótce ręka zbiorowej sprawiedliwości dosięgnie także ją – kobieta ukrywa przed swoimi pracodawcami oraz przyszłym mężem, że podczas wojny była w związku z Niemcem.

Posępny ton filmu uwypukla jego forma: absolutnie zdyscyplinowana, chłodna, minimalistyczna. Klimat i tematyka filmu przywołują skojarzenia z "Dziewczyną z igłą" Magnusa von Horna. Autor zdjęć Jasper Spanning w statycznych, spokojnych kadrach obserwuje bohaterów z dystansu, w przedsionkach pomieszczeń, korytarzach; przygląda się im w odbiciach luster. Lustrzane metafory to zresztą stale powracający tu motyw, jak rymujące się ze sobą sceny badania ginekologicznego i niechcianego zbliżenia seksualnego. Podobnie jest skonstruowana relacja Marie z sąsiadką, samotną mamą kilkuletniego chłopca, której losy stanowią rewers jej własnych doświadczeń. W kontrze do pozornego spokoju kamera zrywa się ze statywu w krótkich scenach retrospekcji, by uwypuklić chaos wojennego doświadczenia i rozpad bezpiecznego, przewidywalnego świata. 

Kruchy powojenny porządek to trudna do utrzymania fasada, pod którą pulsuje bolesna przeszłość odkładająca się w codziennych zachowaniach, pragnieniach, zblokowaniach. Najwyraźniej widać to u Marie, która w swojej powściągliwości wydaje się wręcz robotyczna, jakby kobieta była martwa w środku. Oszczędne aktorstwo Arcel opiera się przede wszystkim na spojrzeniu i dyskretnej mowie ciała, dzięki czemu bohaterka pozostaje do końca nieprzenikniona. Niedopowiedzenia, wokół których zbudowana jest ta historia, to najlepszy aspekt filmu. Ciekawią motywacje właściciela fabryki, który na drugą żonę wybiera nianię, fascynuje przeszłość głównej bohaterki – tytułowej "kobiety nieznanej", której życiorys zlepiamy wyłącznie z drobnych przebłysków i wspomnień. 

Najnowszy film duńsko-egipskiej reżyserki jest poświęcony w dużej mierze mechanizmowi wyparcia. Kiedy Leonora zwierza się Marie, że tęskni za zmarłą mamą, niania przekonuje ją, że nad emocjami można zapanować i po prostu "zdecydować się ich nie czuć". Smutek jest zresztą dominującą emocją w "Kvinde Ukendt", niewygodną, przypominającą o wojennych doświadczeniach. Każdy z bohaterów chce o czymś zapomnieć, zatrzasnąć bolesne wspomnienia w pamięci i sumieniu. Christian każe ukryć wszystkie zdjęcia pierwszej żony i usuwa jakiekolwiek ślady jej istnienia z przestrzeni domu. Marie próbuje rozpocząć nowe życie z czystą kartą. Przeszłość szybko jednak dogania młodą kobietę, a jeśli prawda wyjdzie na jaw, niania straci szansę na bezpieczne i wygodne życie. 

Podczas seansu przypomniał mi się monolog o kobiecym ciele wygłaszany przez Kristin Scott Thomas w serialu "Fleabag". Bohaterka tłumaczy, że kobiety rodzą się z bólem niejako zaprogramowanym w ich ciałach w "ustawieniach fabrycznych". Skurcze menstruacyjne, porody, związane z nimi komplikacje. Nosimy to wszystko w sobie przez większość naszego życia. Mężczyźni z kolei muszą szukać bólu na zewnątrz. Wymyślają bogów, demony, sporty, wojny i rozmaite konflikty, żeby po prostu móc coś poczuć. 

W "Kvinde Ukendt" kobiece ciało jest polem walki, dotykane, oglądane i oceniane przez roszczących sobie do niego prawo mężczyzn. Marie, okaleczona po wojnie, zmagająca się z chronicznym bólem, używa swojego ciała jako waluty, zagłusza je opioidami, by móc przekonująco odegrać rolę przyszłej żony w sypialni. Oddaje cząstki siebie w zamian za święty spokój i poczucie bezpieczeństwa. Tu pozwoli skomplementować swoją figurę, na której pięknie leży ślubna suknia, tam odbędzie nieprzyjemne spotkanie z dawnym kolegą, który uważa, że kobieta jest mu winna swój czas i nie jest w stanie przyjąć odmowy. Jedynym mężczyzną, który nie traktuje jej instrumentalnie, jest ginekolog, który bada ją z autentyczną empatią i starannością i po prostu stara się jej pomóc. 

El-Toukhy zamyka narodowe cierpienie w figurach symbolicznych, umieszczając w filmie co rusz nawiązania do czerwieni i bieli duńskiej flagi. Symbol wraca tu w rozmaitych konfiguracjach w scenografii oraz rekwizytach. Widzimy go w białej miednicy, która wypełnia się krwią, kontrastowym czerwono-białym zestawieniu dwóch kluczowych dla fabuły sukienek noszonych przez Marie, czerwieni swastyki malowanej na bladych ciałach kobiet niczym szkarłatna litera, przenikającej się w retrospekcjach z barwami duńskiej flagi. 

Przy tym całym imponującym i przemyślanym aspekcie formalnym rozważania reżyserki na temat wojennych przewinień i etyki wydają się jednak dość przewidywalne, a wnioski, do jakich autorka dochodzi, są niespecjalnie odkrywcze. El-Toukhy przypomina, że z wojny po prostu nie da się wyjść krystalicznie czystym, a proste ferowanie wyroków w skomplikowanym świecie zawsze będzie zakrawało na hipokryzję. "Zawsze ma się wybór" twierdzi Christian, który, jak sam uważa, ma czyste sumienie, bo przez całą wojnę wspierał finansowo ruch oporu. Kiedy Marie zwraca mu uwagę, że przecież sprzedawał swoje wyroby Niemcom i pomnażał dzięki temu swój majątek, mężczyzna unosi się gniewem i nagle odkrywa złożoność swojego położenia. Niestety okazuje się, że w przypadku kobiet stojących przed podobnymi niewyobrażalnymi wyborami w skali jednostkowej gotowość do szybkiego wydawania wyroków jest dużo większa. 
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?