Recenzja filmu

Caniche (1979)
Bigas Luna
Cruz Tobar
Consol Tura

Czworonożny stymulator dekadencji

Gdyby nakręcony w 1979 r. "Caniche" był bardziej znany, jego bohaterowie być może znaleźliby należne im miejsce w rankingach filmowych dziwaków i dewiantów, ale znany nie jest, toteż historia
Gdyby nakręcony w 1979 r. "Caniche" był bardziej znany, jego bohaterowie być może znaleźliby należne im miejsce w rankingach filmowych dziwaków i dewiantów, ale znany nie jest, toteż historia Eloísy i Bernarda nie trafi do żadnych efektownych zestawień. Oczywiście u Bigasa Luny ludzi o ekstrawaganckich nawykach i obsesjach nigdy nie brakowało, jednak charakterystyczna dla jego wczesnej twórczości ponura, brudna estetyka czyniła ich znacznie bardziej odstręczającymi i niepokojącymi. Filmy takie jak rok starsza "Bilbao" czy właśnie "Caniche" co prawda niewiele mówią o źródle skrzywienia bohaterów (tego możemy się domyślać), ale pozwalają przyjrzeć się jego stadium końcowemu, na chwilę przed definitywnym osobowościowym rozpadem.

Wspomniani Eloísa (Consol Tura) i Bernardo (Angel Jove) to trochę zblazowane, mizantropijne rodzeństwo żyjące samotnie w zaniedbanej, niszczejącej posiadłości. Wiodą życie pozbawione celu, wyraźnie niedostosowani do społeczeństwa i niegotowi podjąć pracy. Utrzymują się na powierzchni tylko dzięki ciotce, oczekując na spadek po niej. Tytułowy piesek to zaś mały, pocieszny pudel, oczko w głowie Eloísy, trochę psiecko, a trochę erotyczny stymulator. Danny, bo tak się zwie czworonóg, to także świadek degrengolady rodzeństwa, a poniekąd główna „osoba” w dramacie. Osoba, bo to on niejako staje się katalizatorem zapaści Bernarda, który żywi wobec Eloísy uczucia wykraczające poza braterską miłość. Zresztą postać grana przez Angela Jove, tak jak i w "Bilbao", nie tyle kocha, ile raczej kieruje się zimnym, obsesyjnym pożądaniem. Mężczyzna jest zazdrosny o pudla.

Brzmi to może zabawnie, ale film bynajmniej nie jest utrzymany w konwencji komediowej, a wiele scen może być zakwestionowanych przez wrażliwość przypadkowego widza, a miłośnika czworonogów – z całą pewnością. Dość powiedzieć, że psy w życiu rodzeństwa zajmują osobliwe miejsce. Danny jest wprawdzie maskotką Eloísy, ale inne czworonogi, łapane przez Bernarda bądź zabierane ze schroniska, nie mają tyle szczęścia. Nie brakuje też, jak to u Luny, ujęć o fetyszystycznym zacięciu i zachowań erotycznych objętych społecznym tabu. Nie wszystko mieści się w kadrze, ale widz zobaczy wystarczająco dużo, by zrozumieć, że chodzi o rzeczy nieznajdujące powszechnego uznania.

Można również, naturalnie, przyjąć, że ten przedziwny, międzygatunkowy trójkąt miłosny służy wyostrzeniu społecznego komentarza – (anty)bohaterami tego dzieła są wszakże zubożali, zdegradowani, a przy tym zblazowani burgués, nienauczeni życia, a energię przeznaczający na oddawanie się różnym obsesjom. Można też ten film, jak i inne Bigasa Luny, oglądać z niezdrową fascynacją, taki już bowiem urok tego, co nieprawomyślne i poza tabu, że wywołuje obrzydzenie i jednocześnie przyciąga wzrok. A że Luna z reżyserską wprawą nadaje temu odpowiednią, autorską formę, tym lepiej dla "Caniche".
1 10
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?