Recenzja filmu

Diego (2019)
Asif Kapadia
Diego Armando Maradona

Ręka Boga

Było ich dwóch - Diego i Maradona. Ten pierwszy dziwił się światu jak dziecko i strzelał gole, jakby jutra miało nie być. Ten drugi kąpał się w konfetti i ogrzewał w świetle reflektorów, ale też ...
Było ich dwóch - Diego i Maradona. Ten pierwszy dziwił się światu jak dziecko i strzelał gole, jakby jutra miało nie być. Ten drugi kąpał się w konfetti i ogrzewał w świetle reflektorów, ale też osłaniał pierwszego własnym ciałem. W obiektywie wybitnego dokumentalisty Asifa Kapadii obaj są filarami tego samego, popkulturowego mitu. Awersem i rewersem jednej monety. 


Kapadia kręcił wcześniej filmy o brazylijskim mistrzu Formuły 1 Ayrtonie Sennie oraz diwie soulu Amy Winehouse, toteż nic dziwnego, że właśnie Maradona znalazł się na jego radarze. Senna i Winehouse byli ikonami swoich czasów, rezonans w popkulturze okazał się na tyle silny, by zamienić ich karierę w medialny spektakl, los z kolei dopisał do ich życiorysów tragiczną kodę. Historia Maradony też w pewnym sensie wydaje się zamkniętą księgą - kiedy w ubiegłym roku pokazywał środkowy palec nigeryjskim kibicom, przypominał relikt nieistniejącej epoki, w której podobne sytuacje uchodziły bogom futbolu na sucho. Kapadia traktuje go z większą empatią: pokazuje, że gdyby zachował się inaczej, oznaczałoby to wyzwolenie z więzów społecznego i kulturowego determinizmu. W przeciwieństwie do klasycznych dokumentalnych biografii, nie jest to origin story: okres dzieciństwa na ulicach Buenos Aires, gry w Boca Juniors, przymiarek do reprezentacji Argentyny, a nawet stażu w Barcelonie, reżyser traktuje zaledwie jako prolog. Zasadnicza część filmu to czas gry w barwach Napoli - to właśnie tam boski Diego próbował utrzymać równowagę na samym szczycie i to właśnie czas spędzony w Neapolu wydaje się kluczem do jego historii.


Do stolicy Kampanii Maradona przybył jako najdroższy gracz w historii klubu. Tyle, że żaden odnotowany w kronikach futbolu fakt nie oddaje nawet ułamka prawdy. W lidze zdominowanej przez bogate zespołu z Mediolanu, Turynu i Rzymu, piłkarze oraz kibice Napoli, wyklinani od "brudasów" przybysze z dalekiego południa, byli etatowymi chłopcami do bicia, niemal każdy mecz kończył się erupcją agresji na tle klasowym. Maradona nie przybył do Neapolu jako najdroższy gracz w historii klubu - przybył jako wcielenie Chrystusa Zbawiciela, Najświętszej Panienki i paru innych członków świętej rodziny. Kiedy wysiadał z samolotu, ludzie przecierali oczy ze zdumienia. Gdy Napoli po raz pierwszy zdobywało mistrzostwo, malowali podobizny Diego w zubożałych dzielnicach, chrzcili dzieci jego imieniem, palili zbite z desek "trumny" Milanu i Juventusu. Ale że Neapol to również podwórko camorry, życie prywatne Maradony miało, mówiąc delikatnie, odwrotny wektor. Kapadia nie pogrzmiewa na niego z wysokości, nie bawi się moralizatora, nie ulega pokusie odmalowania fotogenicznego upadku. Pokazuje tylko bezustanny slalom pomiędzy kolejnymi tożsamościami: bożyszcza tłumów, przytłoczonego sławą sportowca, zachłyśniętego nocnym życiem dzieciaka oraz marionetki na usługach potężniejszych sił. I jak to w najlepszym kinie faktu bywa, tylko od nas zależy, jak będziemy hierarchizować te narracje.


Zrobione jest to wszystko tak, że szczęka bezustannie ląduje na podłodze. Reżyser ma zaplecze w fabułach, zaś o materii dokumentalnej myśli w kategoriach punktów zwrotnych oraz eskalacji napięcia. Chwyty rodem z najlepszego kina gatunków, od komedii, przez dramat rodzinny, po thriller, służą mu do budowania dramaturgii, z kolei nieprawdopodobna ilość (i jakość!) materiałów archiwalnych - do zacierania granicy pomiędzy fabułą a dokumentem. Domowe nagrania, odrestaurowane relacje ze spotkań włoskiej ligi, wywiady z biografami, trenerami, masażystami i Bóg wie, kim jeszcze, zapisy konferencji prasowych, wszechobecny głos narratorów z offu - wszystko składa się na opowieść pozbawioną szwów, fałszywych nut, zmontowaną z pełną świadomością tego, że dobry materiał broni się sam. O sam proces dokumentacji i selekcji nawet nie pytam - mam tylko nadzieję, że facet widuje czasem swoją rodzinę.


Niektóre z tych obrazów znamy zresztą aż za dobrze. To ciekawe, że właśnie  naturalizowany Brytyjczyk kluczową metaforą w filmie uczynił słynny mecz Argentyny z Anglikami z 1986 roku. Dwa gole zdobyte wówczas przez Maradonę - jeden ręką, drugi po siedemdziesięciometrowym rajdzie - składają się na założycielski mit kolejnego superbohatera z uniwersum Asifa Kapadii. Właśnie wtedy, na gorącym Estadio Azteca w Meksyku, Diego zrobił to, do czego został stworzony. A Maradona - to, co do niego należało.
1 10
Moja ocena:
9
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
99% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (93 głosy).
Udostępnij:
Nie, nie jest to film dla fanów piłki nożnej, to film dla fanów dobrych dokumentów, ciekawych biografii i historii o wyjątkowych ludziach, którzy zmieniają nasze myślenie ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 77%