Czy we współczesnym kinie, pełnym blockbusterów, superbohaterów, horrorów i filmów ze schematyczną, powtarzalną fabułą wciąż jest miejsce dla prawdziwych artystów? Alejandro González Iñárritu -
Czy we współczesnym kinie, pełnym blockbusterów, superbohaterów, horrorów i filmów ze schematyczną, powtarzalną fabułą wciąż jest miejsce dla prawdziwych artystów? Alejandro González Iñárritu wraz ze swoim najnowszym dziełem w wielkim stylu udziela krótkiej, jednak dosadnej odpowiedzi.
Największą siłą "Diggera" jest jego oryginalność. Już od pierwszych minut odnosi się wrażenie, że reżyser nie odsłania wszystkich kart, pozwalając widzowi stopniowo odkrywać zasady rządzące przedstawionym światem. Film nie prowadzi widza za rękę, nie wykłada od razu wszystkich swoich założeń i nie próbuje na siłę tłumaczyć każdego elementu. Zamiast tego buduje tajemnicę, która z czasem nabiera większego znaczenia.
Początkowo można potraktować tę opowieść jako satyryczną wizję alternatywnej rzeczywistości. Świata, w którym ludzkie ambicje oraz niepohamowana potrzeba rozwoju prowadzą do konsekwencji, za które nikt nie chce wziąć odpowiedzialności. Prędko jednak okazuje się, że ta pozornie absurdalna wizja jest niepokojąco bliska temu, co obserwujemy na co dzień. "Digger" nie opowiada o rzeczywistości całkowicie innej od naszej, lecz wykorzystuje jej najbardziej absurdalne elementy i doprowadza je do granic karykatury.
Nowe dzieło Iñárritu wbija szpilę sprawującym władzę, bezwzględnym graczom biznesowym i wszystkim tym, którzy traktują świat niczym planszę do realizacji interesów. Trudno nie dostrzec tu skojarzeń ze współczesną polityką, w tym z Donaldem Trumpem i charakterystycznym dla niego sposobem prowadzenia publicznej narracji. Ciekawe jest to, że twórcy przyglądają się mechanizmom, które pozwalają przywódcom usprawiedliwiać niemal każdą decyzję, jeśli tylko zostanie przedstawiona jako konieczność.
Istotną rolę w zrozumieniu koncepcji "Diggera" oraz wizji meksykańskiego reżysera odgrywa Kenny (Jesse Plemons). To właśnie poprzez jego wypowiedź reżyser odsłania część swojej filozofii i pozwala lepiej zrozumieć, dlaczego zdecydował się opowiedzieć tę historię w takim nietypowym i oryginalnym stylu. To rozwiązanie odważne i dalekie od najbardziej oczywistych i oklepanych w dzisiejszym kinie schematów narracyjnych.
Co ważne, "Digger" nie ogranicza się tylko i wyłącznie krytykowania jednej strony politycznego sporu. Owszem, mocno obrywa się tu prawicowemu podejściu biznesowemu, w którym zysk i rozwój są argumentami zdolnymi usprawiedliwić niemal wszystko. Film nie poprzestaje jednak na wygodnym wskazaniu jednego winnego, ponieważ dostrzega hipokryzję po drugiej stronie, a szczególnie tam, gdzie deklaracje nie zawsze idą w parze z rzeczywistymi możliwościami i konsekwencją w działaniu. Siła tej satyry polega na pokazaniu, jak łatwo szlachetne hasła przegrywają z interesem, ambicją i codziennymi przyzwyczajeniami. "Digger" stawia widza przed niewygodnymi pytaniami i pozwala mu samodzielnie zmierzyć się z odpowiedziami.
Nie jest to produkcja, która traktuje przesłanie z taką śmiertelną powagą, że zapomina o przyjemności płynącej z oglądania. Wręcz przeciwnie. Błyskotliwe dialogi, celne obserwacje i odpowiednio wyważone poczucie absurdu sprawiają, że ten film po prostu bawi, jednocześnie nie tracąc swojego znaczenia. Pod względem aktorskim "Digger" robi znakomite wrażenie. Bogata obsada, w której nie brakuje utalentowanych aktorów, sprawia, że widz przyswaja wizję reżysera oraz przedstawiony świat z przyjemnością. Nie ma tu ogniwa, które wyraźnie – w sposób negatywny - odstawałoby od reszty. Ponad wszystkimi, w znakomitej formie jest Tom Cruise, który dźwiga na swych barkach ciężar tego wspaniałego kawałka kina. Jednak odbiór filmu byłby zupełnie inny, gdyby nie świetny John Goodman (Prezydent Compson), pełna emocji Sandra Hüller (Emma Rockwell), przekonujący i autentyczny w swojej roli Riz Ahmed (Ganesh) oraz doświadczony Jesse Plemons (Kenny).
Scenografia momentami wydawaje się nieco tandetna, a nawet przesadnie teatralna, jednak z czasem coraz wyraźniej widać, że nie jest to przypadek. W tej estetyce kryje się konkretny zamysł artystyczny, który nabiera sensu wraz z rozwojem opowieści. To, co początkowo można uznać za niedoskonałość, zaczyna funkcjonować jako element większej koncepcji.
Muzyka, choć niekoniecznie należy do tych elementów, które po seansie zostają w pamięci, spełnia swoje zadanie. Odpowiednio buduje napięcie, podkreśla charakter scen i wspiera rytm opowieści. Nie próbuje dominować nad obrazem ani za wszelką cenę przyciągać uwagi.
Nie sposób pominąć również scenariusza i sposobu prowadzenia narracji. Film potrafi utrzymać zainteresowanie, stopniowo odsłaniając kolejne warstwy swojej historii. Tempo jest satysfakcjonujące, a poszczególne wątki sprawiają wrażenie podporządkowanych głównej idei. Nie ma tu poczucia, że twórcy gubią się we własnych pomysłach lub że forma zaczyna przerastać treść.
Uwielbiam filmy nieoczywiste, wymykające się prostym klasyfikacjom, które pod warstwą fabularną skrywają coś więcej. Najbardziej imponuje rzemiosło stojące za tym projektem. Widać, że reżyser nie tylko ma pomysł, ale doskonale wie, jak przełożyć go na język filmu. Jego artystyczna wizja oferuje dzieło, w którym forma, treść i przesłanie wzajemnie się uzupełniają. Ostatecznie jest to dla mnie film niezwykle udany, imponujący pomysłowością i konsekwencją w realizowaniu wizji. Produkcja, która potrafi jednocześnie bawić, zaskakiwać i skłaniać do refleksji. Właśnie dlatego, z pełną odpowiedzialnością, powiem, , że "Digger" to jeden z najmocniejszych filmowych punktów 2026 roku. Film, który udowadnia, że kino wciąż może być odważne, inteligentne i artystycznie bezkompromisowe.
110
Moja ocena:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.