Gigantomania najpierw szczelnie opakowana metawarstwami donośnego "Blah, blah, blah" (podobno tak brzmiał jeden z wczesnych tytułów "Diggera"), a następnie przechodząca błyskawiczny lifting do
"Przepraszam, czy reżyser siedzi z nami w pokoju?" — o nie, takiego pytania nie zadaje się Alejandro Gonzálezowi Iñárritu. Nigdy. Wyjaśnijmy to sobie raz a porządnie: to nie miejsce dla mięczaków, którzy chodzą do kina, żeby oglądać filmy. Tu odbywa się napad, zamach na samą Istotę Sztuki, a reżyser nie tylko jest obecny — on ma ze sobą batalion odrzutowców, eskadrę łodzi atomowych i czterysta bojowych słoni. Co prawda w takim składzie trudno będzie wejść do ciasnego pokoiku, w którym ukrywa się Prawda, ale od czego jesteś ty, widzu. Masz tu szpadel i kop, kop, kop, aż przekopiesz się przez wszystkie pokłady sensu. I nie marudź mi tu, że cała substancja myślowa leży na powierzchni. Roboty dużo jest!
Oto cała filozofia Iñárritu w przerysowanym skrócie — poruszyć machinę imponującego widowiska, takiego na sto milionów fajerek, tylko po to, żeby w finale zapłonęła jedna zapałka. Albo jeszcze lepiej: żeby wszyscy zobaczyli, jak odpalamy sto milionów fajerek gargantuicznego widowiska. Nie powiem, takie podejście budzi moją sympatię. Fajnie, że istnieją jeszcze twórcy przepalający ogromne hollywoodzkie budżety na barokowe zabawki, które kręcą się wokół własnej osi. I to jeszcze w czasach, kiedy wszystko musi być rozliczone, zoptymalizowane i dochodowe. Żeby jednak coś z tego wyszło, trzeba mieć nie tylko tupet, ale też luz, a Iñárritu jest tą robotą strasznie spięty. On naprawdę chce — pomimo deklaracji składanych w wywiadach — żebyśmy uważali jego autorefleksyjne spektakle za wielkie, epokowe przedsięwzięcia, a myśli i koncepcje — za szalenie oryginalne i głębokie. No i oczywiście z gruntu uczciwe, bo przecież otwarcie problematyzują własne zakłamanie i samozachwyt.
Digger Rockwell też wstaje wcześnie rano, rozstawia bizantyjskie dekoracje swojego gazylionhektarowego Xanadu i spontanicznie wymyśla przekaz dnia. To ktoś więcej niż zwykły potentat naftowy bez duszy i gustu. Pod silikonową protezą starości i skutków ubocznych sybaryckiego trybu życia skrywa nuklearny silnik z mięsa i kości — 64-letniego Tom Cruise’a. Obaj to bardziej idee niż ludzie. Digger jest kreskówkowym, absurdalnie przerysowanym złoczyńcą z satyry klimatycznej — takim Peterem Isherwellem, szefem firmy technologicznej z "Nie patrz w górę", tylko jeszcze mocniej groteskowym, z prowincjonalnym akcentem, w kowbojskim kapeluszu i z bondowskim kotem-zombie na kolanach. Cruise jaki jest, każdy widzi — to zanurzony w formalinie symbol megabudżetowego kina akcji, dla jednych wybawiciel Hollywoodu, dla innych — jego niszczyciel (bo sam jest wytworem i współtwórcą przeskalowanego systemu produkcji), dla wszystkich — aktor, którego nie ima się starość i który naprawdę, jak w tych fantazjach o dawnych czasach, sam wykonuje wszystkie te niemożliwe skoki ze spadochronem, salta i piruety. Wyćwiczony i ostrzykany starszy pan posiada tylko jeden limit — bez pełnej charakteryzacji nie da rady zagrać mężczyzny w wieku 64 lat.
Niejednoznaczny stosunek opinii publicznej do Cruise’a łatwo przełożyć na istotę filmowej misji — i to akurat się Iñárritu udało. Digger, choć odpychający, jest też super cwany — doskonale wie, że współczesna cywilizacja żyje i trwa w samozachwycie wyłącznie dzięki historiom, które pozwalają jej ignorować rzeczywistość. A do zignorowania jest wiele: pod należącym do nafciarza grenlandzkim odwiertem doszło do eksplozji metanu, w skutek czego wielki jak Filadelfia kawał lądolodu (porównywanie skali kolejnych katastrof do zrozumiałego dla Amerykanów imaginarium to nadworny błazen tego filmu) podryfował w kierunku Europy. Nie ma już ani czasu, ani specjalnych chęci, żeby ratować świat, więc cała stawka sprowadza się do utrzymania kontroli nad narracją. Każdy tu kogoś morduje: paliwa kopalne planetę, Amerykanie stary kontynent, reżyser — subtelność.
Gerontokracja wciąga ludzkość w, za przeproszeniem, coraz większą dupę, choć sama wymaga pilnej kolonoskopii. Prezydent USA (John Goodman) ma w odbytnicy guza "wielkości szopa pracza", a jego przygłupia świta cierpi na fiksację analną i z sadystyczną przyjemnością ogląda apokalipsę w kinie, zajadając się popcornem. "Chcieliście pławić się w komforcie waszego niezrównoważonego stylu życia, a teraz płaczecie jak dzieci i biegniecie do nas po pomoc!" — woła Digger, dając wykładnię nowego globalnego porządku przed zgromadzeniem, które przypomina wydrenowanego do gołych kości upiora Parlamentu Europejskiego. Karykatura jest tu tak gruba, tak bezpardonowo prostacka, że dosłownie wyłazi z ekranu. Ogromne dekoracje, naszpikowane detalami scenografie, monumentalne sceny zbiorowe, zdjęcia w całości nakręcone w formacie VistaVision — to jeszcze satyra, czy już spektakl władzy na koturnach sięgających chmur?
Podpowiadam — ani to, ani to. Albo wszystko naraz. Bo jeśli właśnie planowaliście mnie wychłostać za streszczenie fabuły, to nie zapraszam — wszystko, co znalazło się wyżej, stanowi tylko wąską próbkę, pierwszą łopatę ziemi wykopaną z pierwszej warstwy metafikcji. Ale skoro nie mamy do czynienia z trochę bardziej surrealistyczną i ponad dwa razy droższą wersją "Nie patrz w górę", to właściwie z czym? Tu sprawy się komplikują. W pierwszej chwili chciałoby się powiedzieć, że z defetystycznym wezwaniem do milczenia — dosłownie i w przenośni. Nie wiem, czy to wciąż aktualne, ale mój seans "Diggera" otwierała plansza z prośbą, żeby dla dobra widzów nie zdradzać najważniejszych scenariuszowych przewrotek (podpisano: Ekipa). Jest to o tyle zabawne, że sam film ustawia się w roli oskarżycielskiego palucha wymierzonego w zakłamane Hollywood, a może nawet — w sztuki przedstawiające jako takie.
Iñárritu mówi mniej więcej coś takiego: każda sztuka, nawet ta zaangażowana w ważne i aktualne tematy, zawsze i przede wszystkim łaknie uznania. Nie interesują jej ani prawda, ani interwencja w imię prawdy, a rzeczywistość rozmienia na drobne poklasku i dla poklasku da się uwikłać w dowolny etycznie podejrzany sojusz. Fakty przemieli w eskapistyczne widowisko i jeszcze wyolbrzymi je tak, żeby z łatwością pławić się w zachwycie nad własną słusznością oraz utwierdzać w tym samym deklaratywnie progresywną publiczność. Na nieco głębszym poziomie chodziłoby również o nieadekwatność temporalną: nasze opowieści o świecie zawsze są kilka kroków za rzeczywistością, a do katastrof dochodzi nie z braku, lecz pomimo posiadanej wiedzy. Satyry klimatyczne są więc kapiszonami, które komentują i przedrzeźniają to, co już się wydarzyło albo dzieje teraz, kiedy my wygodnie siedzimy sobie w kinie. Mogą opowiadać o przyszłości, ale tak naprawdę normalizują przeszłość, zamieniając obiegowe powiedzenie o "realiach, które prześcignęły kino" w nową i łatwo przyswajalną prozę codzienności.
Na tym etapie nie powinno być też dla nikogo wielkim zaskoczeniem, że paluch sprawiedliwości trąca i samego Iñárritu, tak jakby reżyser, zacierając ręce, chował się za kotarą i jednocześnie wołał donośmy głosem: "Patrzcie, jaki jestem cwany! Cały czas tu byłem, a wyście mnie nie widzieli!". Przy czym to konkretne autodafe ma siłę rażenia — żeby pozostać jeszcze przez chwilę w konwencji kloacznej — niewielkiego pierdnięcia. Nie cechuje go nonszalancja prawdziwego heretyka, który, palony na stosie, wysyła swoich katów i całą zgromadzoną publiczność do piekła. Brakuje mu też lekkości, bo operowa skala "Diggera" raczej męczy niż zachwyca, a wywrzeszczana satyra ma nie tyle bawić, co przerażać i demaskować własną narracyjną problematyczność. Najgorsze jest jednak to, że samoofiarowanie na ołtarzu Wielkiej Demaskacji dokonuje się u Iñárritu ze śmiertelnie poważnym obliczem i przy akompaniamencie puszczanych z playbacku braw, którymi twórca sam nagradza się za własną pomysłowość.
Gigantomania najpierw szczelnie opakowana metawarstwami donośnego "Blah, blah, blah" (podobno tak brzmiał jeden z wczesnych tytułów "Diggera"), a następnie przechodząca błyskawiczny lifting do gigantomanii krytycznej — to metoda czy problem? U Iñárritu wszystko wzajemnie się znosi, żeby na końcu dać okrągłe zero odpowiedzialności. Zawsze można to potraktować jako dowód na niezwykłą przenikliwość reżysera — wielkiego postmodernisty i pierwszego interpretatora własnych dzieł. Sam widzę w tym jednak asekurację, której źródeł należałoby szukać w wybujałym ego oraz chorobliwej niepewności, przez którą łatwo pomylić słuszność z nieomylnością. Metafikcja to w tym przypadku użyteczne alibi — dzięki niej zawsze można powiedzieć, że to, co się nie spodobało albo obiektywnie nie udało, jest takie celowo, ze względu na metodę. Trudniej też krytykować coś słabego, jeśli to coś z uśmiechem na ustach przekonuje, że ono też robi w tym zawodzie.
Historia lubi się powtarzać jako farsa, nie będę więc specjalnie zdziwiony, jeśli sprawdzą się przewidywania części krytyków i "Digger" zostanie w przyszłości zrehabilitowany. Na razie film mierzy się z gigantyczną porażką finansową oraz skrajnie spolaryzowaną prasą, a na dodatkową ironię zakrawa fakt, że marketingowcy Warnera próbują sprzedać ów brak konsensusu jako część filmowego doświadczenia. Cóż, skoro Ziemia nie chce już krążyć wokół Słońca, to może Słońce da się przekonać i zacznie krążyć wokół Ziemi? Ale wiecie, to tylko taka przenośnia, tak naprawdę Iñárritu wcale nie jest Słońcem. Nie jest nawet Księżycem. W gruncie rzeczy chodziło tylko o to, żeby coś wam opowiedzieć. A najlepiej opowiada się wtedy, kiedy odpuści się pełną kontrolę nad opowiadaniem. I może nasza Gargantua kiedyś sobie o tym przypomni.
Publicysta, eseista, krytyk filmowy. Stały współpracownik Filmwebu, o kinie, sztuce i społeczeństwie pisze dla "Dwutygodnika", "Czasu Kultury", "Krytyki Politycznej", "Szumu" i innych. Z wykształcenia... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.