Ślub. Najpiękniejszy dzień w życiu — no może poza urodzinami dziecka. Większość ludzi, która ma tę uroczystość za sobą, wie jednak, że bardzo często to stwierdzenie jest dalekie od prawdy.
Już same przygotowania to wiele tygodni życia w permanentnym stresie. Odwiedziny z zaproszeniami u wujostwa, z którym ostatni kontakt miało się na komunii, bo przecież nie wypada ich nie zaprosić. Jaką suknię czy też garnitur wybrać? Czy wszyscy goście przyjadą? I ile nas to wszystko wyniesie? Czy chociaż połowa się zwróci? W końcu wujostwo na komunii nie było zbyt hojne. Może dlatego kontakt się trochę urwał.
Na szczęście po ceremonii jest wesele i wtedy można to wszystko odreagować. Niestety, szybko okazuje się, że trzeba pilnować kuzynów, którzy po paru głębszych wyjaśniają sobie rodzinne nieporozumienia sprzed lat, a orkiestra czy też DJ częściej ma przerwę na uzupełnienie płynów niż gra.
A co, gdyby do tego wszystkiego na dwa dni przed ślubem dowiedzielibyście się o swojej drugiej połówce czegoś, co sprawiłoby, że zaczęlibyście wątpić w to, czy w ogóle ją znacie? Odkrylibyście tajemnicę, która sprawia, że całe wasze wyobrażenie o tym, jaka ona jest, zostałoby podważone? Czy odwołalibyście wszystko dwa dni przed ślubem?
Taki właśnie jest punkt wyjścia filmu „Drama” w reżyserii Kristofera Borgliego. Główni bohaterowie — Charlie i Emma (Robert Pattinson oraz Zendaya) — tuż przed swoim ślubem wybierają się z parą znajomych na kolację, która przeobraża się w coś, co znamy z filmu „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. Tu jednak, po wypiciu kilku drinków, bohaterowie nie zaglądają do telefonów, tylko opowiadają, co najgorszego zrobili w swoim życiu. Konsekwencje są takie, że tajemnica wyjawiona przez Emmę sprawia, iż cały ślub stanie pod ogromnym znakiem zapytania, a i na kolację w tym samym składzie też już raczej się nie wybiorą.
Mimo że ta scena jest w pierwszych 20 minutach filmu, wyjawienie, co jest tą tajemnicą, psułoby strasznie zabawę. Mogę tylko napisać, że sprawa dotyka bardzo ważnego problemu dla obecnej Ameryki i znacznie bardziej będzie rezonowała z tamtejszą widownią. Dla mnie — i myślę, że dla dużej części widzów w Europie — znacznie straszniejsze będzie to, do czego przyznała się postać Rachel, ale w filmie jest zupełnie odwrotnie. Ewidentnie ludzie po dwóch stronach oceanu różnią się wrażliwością.
Najmocniejszą stroną filmu jest casting. Już teraz jest to dla mnie faworyt do przyszłych Oscarów w tej nowej — bo przyznawanej po raz pierwszy dopiero na ostatniej ceremonii — kategorii. Zendaya, a zwłaszcza Robert Pattinson, są w tych rolach fantastyczni a drugoplanowcy dzielnie dotrzymują im kroku i cała obsada nie ma nawet jednego słabego ogniwa.
Kto by pomyślał że aktor, który wypłynął dzięki roli Edwarda w „Zmierzchu” i dziewczyna , która zaczynała od mało udanych produkcji Disneya ( „ Taniec Rządzi”) tak pięknie rozwiną swoje zdolności aktorskie, a w ich portfolio będą takie wybitne role jak w -odpowiednio- „Lighthouse” czy też „Challengers”. W „Dramie” tylko potwierdzają swój talent. Najlepiej widać to w scenach, gdy ich postacie są w sytuacji wymagającej pokazywania się jako szczęśliwa młoda para, a my, widzowie, wiemy, że w środku odczuwają zupełnie różne emocje. Wizyta u fotografa czy scena, w której ważną rolę jako rekwizyt odgrywa nóż, to małe aktorskie arcydzieła.
Film ma też ciekawy sposób opowiadania. Przy pomocy szybkich cięć montażowych skaczemy między teraźniejszością, przeszłością, a także wskakujemy do głów bohaterów i widzimy tam najczęściej projekcje ich lęków związanych z sytuacją, w której się znaleźli. Przypominało mi to trochę serial „Ally McBeal”z lat 90, który również świetnie wykorzystywał ten pomysł.
Przy gorszej reżyserii mogłoby to wprowadzić chaos — tu jednak sprawdza się świetnie i dodaje sporo humoru, który często jest dosyć bezkompromisowy jak na obecne standardy kina.
Mimo tych wszystkich pochwał „Drama” jest filmem ze zmarnowanym potencjałem. Chciałoby się, żeby scenariusz wyciągnął z tego pomysłu więcej. W środkowej części film traci tempo, a postacie kręcą się w kółko wokół tego samego problemu i ma się wrażenie, że scenarzysta nie ma nic nowego do zaproponowania fabularnie.
W końcówce wprowadzony zostaje nowy element, który podnosi temperaturę przed finałem, ale sam finał, którym oczywiście jest ślub, również nie jest do końca satysfakcjonujący.
Trzeci akt zaczyna się bardzo dobrze. Atmosfera budowana jest za pomocą spojrzeń wymienianych między młodymi a gośćmi, zwłaszcza tymi, którzy znają sekret młodej pary, i działa to znakomicie.
Nie pamiętam również, żebym w kinie z taką uwagą i na krańcu fotela słuchał przemów weselnych. Każda kolejna postać zabierająca głos sprawiała, że miałem coraz bardziej zaciśnięte gardło.
Niestety, w momencie największej eskalacji następuje koniec. Scena ślubu kończy się w momencie, w którym jako widz jestem maksymalnie zaangażowany i potrzebuję ujścia swoich emocji, a dostaję tylko jego namiastkę.
To wspaniale budowane napięcie nie zostaje rozładowane wybuchem armatnim, a raczej kapiszonem z wielkanocnego jarmarku.
Wszystko to — czyli świetna obsada, niezła reżyseria, ale niedogotowany scenariusz — sprawia, że „Drama” jest dla mnie filmem zaledwie dobrym. Kilka dodatkowych elementów sprawiłoby, że byłby filmem wybitnym. Nadal jednak warto obejrzeć — chociażby dla Pattinsona i Zendayi.
I już nie mogę się doczekać ich kolejnych wspólnych występów, a zwłaszcza trzeciej „Diuny”.
Ocena: 6,5/10
110
Moja ocena:
6
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.