Recenzja filmu

Jedno życie (2023)
James Hawes
Anthony Hopkins
Johnny Flynn

Płyńcie, łzy moje

"Jedno życie" powstało z jasnym zamiarem wzruszenia widza i skierowane jest do tych, którzy lubią oglądać przez łzy poruszające opowieści o ludziach przeciwstawiających się złu tego świata.
Płyńcie, łzy moje
źródło: materialy promocyjne
Telewizja nie ma ostatnio zbyt dobrego wizerunku. W pogoni za oglądalnością większość stacji przestawiła się na produkcje głośno wyzywane przez widzów od śmieciowych, choć w sekrecie pewnie wciąż je oglądają. Kanały historyczne opowiadają o kosmitach, kanały dokumentalne prześcigają się w programach typu reality o garażowych wyprzedażach i kierowcach ciężarówek. Od czasu do czasu jednak nawet najbardziej rozrywkowe i przaśne z programów mogą pozytywnie zaskoczyć, dostarczyć silnych wzruszeń i napełnić widzów nadzieją i wiarą w dobro. O takim niezwykłym momencie w historii brytyjskiej telewizji opowiada właśnie film "Jedno życie".



Bohaterem obrazu Jamesa Hawesa jest Nicholas Winton. To syn niemieckich Żydów, którzy na początku XX wieku wyemigrowali do Wielkiej Brytanii. Akcja "Jednego życia" rozgrywa się na dwóch planach czasowych. W pierwszym śledzimy 30-letniego Nicholasa pod koniec lat 30. (gra go Johnny Flynn), drugi pokazuje 80-letniego Nicholasa pod koniec lat 80. (w tę wersję bohatera wciela się Anthony Hopkins). Punktem wyjścia są wymuszone na Nicholasie przez jego żonę domowe porządki. Bohater, który ma problemy z rozstaniem się nawet z drobiazgami, które znalazły się w jego posiadaniu na przestrzeni lat, trzyma w ukryciu kronikę swoich losów sprzed pół wieku. Próbując coś z nią zrobić, wraca wspomnieniami do 1938 roku i aneksji Czechosłowacji przez III Rzeszę.

Młody Nicholas Winton w 1938 roku odwiedził Pragę, gdzie jego przyjaciel zaangażowany był w pomoc Żydom i innym osobom uznanym przez nazistów za wrogów. Nicholas miał tam spędzić tydzień, po czym zamierzał wrócić do Londynu i swojej nudnej pracy w finansach. To, co zobaczył na miejscu, sprawiło jednak, że nie mógł pozostać obojętnym. Zajął się więc logistyczną stroną akcji, która miała na celu wywiezienie żydowskich dzieci z Czechosłowacji, zanim wpadną w ręce Niemców. Tak zaczyna się dramatyczna walka z czasem o ludzkie życie. Pół wieku później Winton próbuje znaleźć kogoś, kogo zainteresowałyby zgromadzone przez niego świadectwa tego, co on i jego towarzysze zdołali dokonać. Początkowo nie odnosi sukcesów. Finał tej historii na antenie programu rozrywkowego "That's Life" był jednak zaskakujący i sprawił, że miliony widzów popłakały się przed telewizorami.



I to właśnie to ostatnie najwyraźniej chciał odtworzyć Hawes w filmie "Jedno życie". Wszystko zostało tu bowiem podporządkowane wywołaniu wzruszenia u widzów: od konstrukcji opowieści przez standardowe sceny ludzkiej niedoli po hołd złożony bohaterstwu i pokorze tych, którzy zdołali uratować wiele dzieci, ale nie byli w stanie uratować wszystkich. Zdjęcia, muzyka oraz gra aktorska służą wyłącznie temu celowi. To, że Hopkins jest mistrzem manipulowania emocjami widzów, wiedzą wszyscy. Nie umniejsza to jednak siły jego gry w scenach w programie "That's Life". Grający młodszą wersję Nicholasa Flynn – mimo że nie dzielił z Hopkinsem planu zdjęciowego – potrafił odtworzyć tę samą energię. Jego zaangażowanie i pełne poświęcenia postępowanie skutecznie skruszą cyniczny mur w każdym widzu.

"Jedno życie" ma więc jeden cel i realizuje go w 100 procentach. Nie oznacza to jednak, że film nie ma nic więcej do zaoferowania. Po prostu czyni to delikatnie, jakby mimochodem. Przede wszystkim twórcy przypominają, że Winton nie działał sam, o czym w 1988 roku media wolały nie pamiętać (głównie dlatego, że większość biorących udział w akcji ratowania dzieci już nie żyła). "Jedno życie" nie unika też analogii pomiędzy kryzysem migracyjnym lat 30. a obecnym kryzysem migracyjnym. Jednak nie jest to propagandowa agitka ani komentarz do współczesności. Temat jest zaznaczony, lecz to widzom pozostawiona zostaje swoboda tego, jak wiele własnych poglądów na temat współczesnych humanitarnych katastrof zechcą projektować na fabułę filmu.



"Jedno życie" powstało z jasnym zamiarem wzruszenia widza i skierowane jest do tych, którzy lubią oglądać przez łzy poruszające opowieści o ludziach przeciwstawiających się złu tego świata. Jeśli lubicie takie filmy i należycie do osób, które nie wstydzą się łez ronionych w kinie, to dzieło Jamesa Hawesa będzie wszystkim, czego moglibyście oczekiwać. Z seansu wyjdziecie w pełni usatysfakcjonowani.
1 10
Moja ocena:
7
Rocznik '76. Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego na wydziale psychologii, gdzie ukończył specjalizację z zakresu psychoterapii. Z Filmweb.pl związany niemalże od narodzin portalu, początkowo jako... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?

Pobierz aplikację Filmwebu!

Odkryj świat filmu w zasięgu Twojej ręki! Oglądaj, oceniaj i dziel się swoimi ulubionymi produkcjami z przyjaciółmi.
phones