Recenzja filmu Kraina miodu (2019)
Tamara Kotevska
Ljubomir Stefanov

Granice potrzeb

W sąsiedzkim konflikcie ujawnia się prawdziwa elegancja "Krainy miodu" – mamy tutaj bowiem ekologiczny mikrokosmos, który, niczym precyzyjne lusterko, odbija dylematy makrokosmiczne. ...
Filmweb Sp. z o. o. Sp. k.
Po pierwsze – dotyk. Ręka bez strachu wsuwająca się w organiczną ciemność, w której ludzkie ciała wyczuwają tylko ból i śmiertelne zagrożenie. Dłonie pszczelarki Hatidze, głaszczące kosmate masy roju w skalnych zagłębieniach i dziurawych murach domostw, nie noszą śladów pokąsania. Owszem, są utwardzone i zniekształcone ciężką robotą, ale jednocześnie czułe i otwarte na życie. Kiedy oko dostrzega pszczołę tonącą w wiejskim poidle, dłoń już dawno pędzi z listkiem ratunkowym – pomostem, który utrzymuje dwa współzależne gatunki w poczuciu zaufania. Hatidze jest sprawiedliwa i zawsze oddaje pszczołom połowę wyprodukowanego miodu. Pszczoły także są sprawiedliwe i znajomej skóry nie nawożą bólem. I tak trwa ten układ, przeżywając kolejnych władców i kolejne systemy gospodarowania. Bez większej myśli o jutrze.
photo.title

Gdyby "Kraina miodu" była kolejnym dokumentem romantyzującym wiejską biedę i tak zwane "proste życie", moglibyśmy się w tym miejscu zatrzymać. Powiedzieć to, co mówi się zawsze: ładnym obrazkiem nie wymażecie krzywdzącego dystansu. Filmowcy z biedy wyjadą, ludzie w niej na zawsze pozostaną. A w filmie Tamary Kotewskiej i Ljubomira Stefanowa pięknych obrazków nie brakuje. Plenery północnej Macedonii – roztocze rzeki Bregałnicy i wyludniona wioska Bekirlijia – są jak podróż w głąb króliczej nory, w której traci się rozeznanie: to wciąż Europa czy może już wyspa na Oceanie Atlantyckim? Główna bohaterka – wspomniana Hatidze – i jej niedołężna matka to jedyne mieszkanki starej osady bez elektryczności, bieżącej wody, kanalizacji i wszelkiej innej "cywilizacyjnej" infrastruktury. Dniom i miesiącom rytm nadaje zbieranie miodu oraz pszczelarskie rytuały: śpiew, taniec, gesty, wycieczki na targowiska w Skopije i na lokalne festyny z okazji Święta Wiosny. W słabym świetle świec i w pustce, która otacza ciało z każdej strony, lekarstwem na serce staje się opieka, empatia, drobne czułostki wymieniane między przykutą do łóżka matką-drzewem (sama tak o sobie mówi) a córką-dotykiem. Życie tutaj – jakkolwiek pretensjonalnie by to zabrzmiało – jest dłonią przebierającą po spróchniałym pniu. 

I na tym właściwie kończą się analogie z tradycją romantyczną – z wizualnymi esejami o miejscach "zapomnianych przez boga i świat". Reżyserzy "Krainy miodu" prowadzą swój film w zupełnie inną stronę, na obszary zarezerwowane dla dokumentalizowanych fabuł, soczystych, spójnych opowieści z mocnym narracyjnym koścem: zawiązaniem akcji, punktami kulminacyjnymi, otwartym, ale jednocześnie silnie poruszającym zakończeniem. Naprawdę, im głębiej wchodzimy w ten film, tym większy bierze dziw, że jest to jedna z tak zwanych "historii pisanych przez życie". I nie w sensie inspiracji, lecz zarejestrowanego krok po kroku materiału wizualnego. Prawdziwy przełom rodzi się wraz z wejściem napięcia czysto kinowego. Do wsi zajeżdża ciężarówka z przyczepą, a z przyczepy wysiada wielodzietna rodzina ze stadem bydła. Sama kolonizacja – gwałtowne wkroczenie dziecięcego hałasu, awantur, biesiad pod gołym niebem – nie staje się jednak głównym zarzewiem konfliktu. Hatidze nie zagarnia przestrzeni wyłącznie dla siebie, nie traktuje jej w kategoriach własności prywatnej, a raczej korzysta z bliskości nowych istot, które natychmiast wprowadza w świat lokalnego ekosystemu i ciepłem odwdzięcza się za ciepło. Zamknięta w bańce matczyno-córczanej samotności, reaguje dopiero w sytuacji, kiedy rabunkowa gospodarka sąsiadów zaczyna zagrażać spójności najsilniejszej i, wydawałoby się, nienaruszalnej symbiozie ludzi i pszczół. 

W sąsiedzkim konflikcie ujawnia się prawdziwa elegancja "Krainy miodu" – mamy tutaj bowiem ekologiczny mikrokosmos, który, niczym precyzyjne lusterko, odbija dylematy makrokosmiczne. Partykularyzmy zamienia w rzeczy uniwersalne. Macedońska przypowieść o samotności i odchodzeniu niespodziewanie staje się historią śmierci nie tylko pewnego świata, lecz świata w ogóle. Starcia dwóch postaw, dwóch odmiennych filozofii życia: nastawionej wyłącznie na przetrwanie moje (i mojego gatunku) eksploatacji ziemskich zasobów, ich błyskawicznego konsumowania i uciekania – byle dalej – przed odpowiedzialnością za to, co wspólne; oraz postawy opartej na sprawiedliwym podziale dóbr, na symbiozie różnych form istnienia i świadomym samoograniczaniu własnych potrzeb po to, żeby nasz świat – bliski i daleki – tak szybko się nie wyczerpał. Kotewska i Stefanow starają się mimo wszystko nie oceniać tej pierwszej filozofii nazbyt surowo. Warunki, które zmuszają rodzinę do uprawiania gospodarczego egoizmu, istnieją poza nią, są kształtowane przez nadrzędną kapitalistyczną zasadę "daj mi więcej i więcej, szybciej i szybciej, a wtedy ja dam ci pożyć". 

Jest to raczej oskarżenie systemu, a nie jego poddanych. Opowiedzenie się po stronie ludzi przeciwko rabunkowym regułom organizującym nowoczesne życie gatunku. Z intymnego dokumentu przenosimy się w sferę poważnej polityki, refleksji (i autorefleksji) nad naszym własnym zaangażowaniem w katastrofę klimatyczną. "Krainę miodu" można więc oglądać także jako określoną deklarację polityczną. Jeden z tych dokumentów epoki kryzysu, które, zamiast krzyczeć, szepczą obrazem. A ich szept znaczy nieraz więcej niż tysiąc rozwrzeszczanych manifestów. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 68% uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry