Recenzja filmu

Le otto montagne (2022)
Felix Van Groeningen
Charlotte Vandermeersch

Melodia mgieł nocnych

Relacja ojców z synami – tak czule przestawiona w "Moim pięknym synu" – i tutaj okazuje się mieć symboliczne znaczenie. Bruno za nic w świecie pójść w ślady ojca, który porzucił go, gdy ten był ...
Są na sali fani Apichatponga Weerasethakula i Carlosa Reygadasa? Jeśli są, to mogą spać spokojnie: "The Eight Mountains" to trzygodzinne, kontemplacyjne kino drogi, które nie bierze jeńców. Felix Van Groeningen oraz Charlotte Vandermeersch, tandem w pracy i w życiu, z ogromną dozą czułości i cierpliwości opowiada o sile męskiej przyjaźni, która okazuje się potężniejsza od wszystkich żywiołów natury. Jasne, relacja, która rodzi się wśród epickich górskich scenerii, może przywodzić na myśl kowbojskie love story z "Tajemnicy Brokeback Mountain" czy idylliczny włoski romans w "Tamtych dniach, tamtych nocach". Jednak "The Eight Mountains" to nie kolejna romantyczna historia o zakazanej miłości czy niepohamowanym pożądaniu, a głęboko poruszająca filozoficzna przypowieść o braterstwie. We współczesnym kinie jest ich po prostu za mało. 

Główni bohaterowie poznają się jako 12-latkowie w najbardziej niewinnym momencie swojego życia. Pietro wraz z rodzicami przyjeżdża do maleńkiej górskiej wioski, by spędzić lato z dala od miejskiego zgiełku. W zapomnianym przez ludzkość miejscu chłopiec spotyka Bruna, jednego z nielicznych rdzennych mieszkańców alpejskiego miasteczka. Na zboczu gór, uruchamiających automatycznie cały zestaw narracji o metafizyce i melancholii, rodzi się dziecięca przyjaźń na całe życie.

Van Groeningen i Vandermeersch doskonale wiedzą, że nic w życiu nie trwa wiecznie – dlatego chłopców czekają zupełnie odmienne losy. Pietro zdobędzie wykształcenie w Turynie, a Bruno nastoletnie lata spędzi w wiosce, pracując jako budowniczy i serowar. Twórcy z wielką pieczołowitością śledzą, jak na przestrzeni lat ścieżki bohaterów naprzemiennie krzyżują się i rozchodzą, a najszczęśliwsze wspomnienia z dzieciństwa powracają bardziej żywe niż kiedykolwiek. 

Gdy mężczyźni spotykają się po niemal dwóch dekadach, nie mają sobie wiele do powiedzenia. Niepewne spojrzenia i wypełniająca ciszę niezręczność nie trwają jednak długo. Bruno namawia Petra do wspólnej odbudowy górskiego domu, który przez lata popadł w ruinę. Niewielka murowana chatka, którą wznoszą na zboczach gór, staje się dla bohaterów bezpiecznym azylem. Codzienna rutyna kilkumiesięcznej pracy zbliża ich do siebie, zaś budulcem domu staje się ich gorąca przyjaźń – spoiwo znacznie wytrzymalsze od cementu i kamienia, z których, w ramach powracającego fabularnego leitmotivu, Pietro i Bruno tworzą swoje miejsce na Ziemi.

Górskie szczyty u Van Groeningena i Vandermeersch są skarbnicą drobnych ludzkich wspomnień, ukrytych głęboko pod skalną skorupą. Pierwsza wspinaczka Pietra z ojcem i Brunem po lodowcu oraz wspólna eksploracja górskich szczytów okazują się najcenniejszymi wspomnieniami, które Pietro chroni w swojej pamięci. Relacja ojców z synami – tak czule przestawiona w "Moim pięknym synu" – i tutaj okazuje się mieć symboliczne znaczenie. Bruno za nic w świecie pójść w ślady ojca, który porzucił go, gdy ten był jeszcze dzieckiem; Piętro tymczasem przechodzi żałobę z powodu śmierci taty, którego, jak wkrótce zda sobie sprawę, nigdy w pełni nie poznał. Wrażliwość, z jaką bohater przywołuje w pamięci ojca przywodzi na myśl hipnotyzującą "Metamorfozę ptaków" Catariny Vasconcelos i ten szczególny rodzaj optyki, która zamienia prostą historię o rodzinnych więzach w czystą filmową poezję. W "The Eight Mountains" to natura przejmuje rodzicielską opiekę nad bohaterami, nigdy nie pozwalając im opuścić gór na zbyt długo. Na alpejskich szlakach znowu mogą poczuć się jak dzieci, którym nieznane są życiowe niepowodzenia. 

Majestatycznym obrazom gór często towarzyszy złowrogie dudnienie, wydaje się dobiegać z samego jądra ziemi. Podobnie jak tajemniczy huk, który prześladuje bohaterkę "Memorii" Weerasethakula, odgłos, który niesie się echem po skalnych graniach, odzwierciedla niespokojny stan duszy Bruna i Pietra. Góry może i trzymają pieczę nad bohaterami, jednak ich beznamiętność oraz omnipotencja wywołują dreszcz niepokoju. Dźwięk, który przypomina ciężkie kołatanie serca, jest opresyjny, ale zapowiada również upragnione katharsis.  

Choć niemal trzygodzinne "The Eight Mountains" to kino "o" i "do" medytacji, slow cinema w stanie klinicznym, nie ma w nim miejsca na nudę czy pretensjonalność. Belgijskim twórcom udało się stworzyć wielowymiarową rozprawkę o poszukiwaniu bratniej duszy, o pamięci i potrzebie bliskości z naturą. Zaś w trakcie tej uczty dla zmysłów Van Groeningen i Vandermeersch na pewno wycisną z was kilka łez (a może i całe wiadro). Wreszcie, istnieje spora szansa, że w tych górach – wybaczcie patos, jesteśmy w Cannes – każdy odnajdzie jakąś cząstkę siebie. 
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).