Recenzja filmu

Prześwietlenie (2022)
Cristian Mungiu

Folwark zwierzęcy

Geniusz reżyserski Mungiu tkwi w rytmicznej, pełnej zaskakujących interwałów narracji; w portrecie społeczności odmalowanym z wielką dbałością o szczegóły; w konstrukcji filmowych bohaterów, ...
Pierwsze sceny nowego filmu Cristiana Mungiu raczej nie zaskoczą fanów jego twórczości – w mieście czy na wsi, w trakcie rozliczenia z bolesną historią swojego kraju czy w aktualnym dyskursie kina "migracyjnego", autor "4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni" jawi się przede wszystkim jako uważny obserwator życia społecznego. Tym razem jednak mistrz filmowego mimetyzmu puszcza wodze fantazji, filtrując historię przez konwencję realizmu magicznego. Chłopca wróżącego tragiczną przyszłość oraz szykujące rewolucję niedźwiedzie rodem z surrealistycznego koszmaru Mungiu wyposaża w romantyczne "czucie". Da się wyczuć nadchodzącą apokalipsę.  

Już na początku filmu reżyser wprowadza nas w rzeczywistość pełną niedopowiedzeń i tajemnic. Ośmioletni Rudi idzie do szkoły przez las, gdy nagle spostrzega coś, co wprawia go w śmiertelne przerażenie. W wyniku traumatycznego zdarzenia chłopiec przestaje mówić. Kogo lub co spotkał Rudi na leśnej ścieżce? Karty odsłaniane są powoli, a w międzyczasie poznajemy ojca chłopca – Matthiasa, pracującego w Niemczech emigranta. Gdy na kilka dni przed Bożym Narodzeniem bohater traci posadę, bez zapowiedzi wraca do rodzinnego miasta. Wkrótce będzie świadkiem całkowitej społecznej dezintegracji, ale póki co – kręci się po okolicy i obserwuje, pod jakim kątem zderzają się atomy.  

W małej górskiej wiosce, w pozornej zgodzie i pokoju, żyją ze sobą Węgrzy, Niemcy i Rumuni. Wszyscy dobrze się tutaj znają – mieszkańcy codziennie widują się w kościele, wyświadczają sobie drobne przysługi i wspierają lokalny biznes, od lat kupując chleb w piekarni, którą zarządza była partnerka Matthiasa, Csilla. Jak się jednak okazuje, im szczelniej zamknięta społeczność, tym bardziej skomplikowane relacje. To ciekawa partia filmu. Mungiu subtelnie drwi z genderowych stereotypów, zrywa z bohaterów etykietki w rodzaju "kobiet niezależnych" i "prawdziwych mężczyzn", śmieje się z najróżniejszych romantycznych niedopasowań. Muzycznie uzdolniona Csilla jest wegetarianką, nie narzeka również na brak dobrze płatnej pracy. Gdy do miasta wraca bezrobotny i skłonny do agresji Matthias, w kobiecie odżywają jednak dawne uczucia.

Nastroje w mieście drastycznie zmieniają się, gdy do pracy w transylwańskiej fabryce pieczywa przyjeżdżają imigranci ze Sri Lanki. Irracjonalny lęk przed obcymi powoli się rozprzestrzenia, a przybysze szybko stają się ofiarami dyskryminacji. Węgrzy, Rumuni i Niemcy nagle zaczynają grać do tej samej bramki, a zabobony i uprzedzenia odbierają im resztki rozumu. Z ludzi wychodzi dzika ksenofobiczna zwierzyna, ofiarami polowania padają nawet sąsiedzi. Mungiu tymczasem podkręca napięcie, opowiadając o społecznym klinczu poprzez ciągłą, dramaturgiczną eskalację. Puszcza nam również oczko, umieszczając w jednej ze scen znak "Uwaga na dzikie zwierzęta". Jak się okazuje, bohaterowie nie powinni bać się włochatych niedźwiedzi, ale przede wszystkim siebie samych.

"Nie jesteśmy ksenofobami, ale…" – słyszy na ulicach Csilla. Mieszkańcy, zasłaniając się hasłami o demokracji, głosują w sprawie wydalenia imigrantów z miasta i wszczynają bojkot w piekarni. Csilla, która czuje się za nowych pracowników odpowiedzialna, jako jedyna dzielnie broni mężczyzn, których życzliwość i człowieczeństwo Mungiu przeciwstawia konformizmowi i okrucieństwu tłumu. Geniusz reżyserski Mungiu nie tkwi oczywiście w kreśleniu tak prostych podziałów, tylko w rytmicznej, pełnej zaskakujących interwałów narracji; w portrecie społeczności odmalowanym z wielką dbałością o szczegóły; w konstrukcji filmowych bohaterów, którzy uwalniają swoje demony na tle zimnych transylwańskich krajobrazów. Górzyste tereny i gęste lasy odcinają rumuńską miejscowość od reszty świata, lecz nie są tuż jedynie tłem. Dzika przyroda okazuje się potężną zantropomorfizowaną siłą, z którą lepiej nie zadzierać. Zwierzęta wkraczają z kłami i pazurami w życie transylwańskiej społeczności – podkradają hodowcom owce, grasują po okolicach, wywołując powszechny strach, z kolei natura bierze odwet na eksploatujących ją ludziach. Nic zresztą dziwnego, gdyż w optyce bohaterów są albo lądującym na talerzu pożywieniem, albo zagrożeniem, którego za wszelką cenę należy się pozbyć.
 
"R.M.N.", jak sam tytuł wskazuje (z rumuńskiego: "rezonanta magnetica nucleara"), na wylot prześwietla pokancerowaną tkankę społeczną Rumunii. Diagnoza: rak, katolicka obłuda, ksenofobia. Mungiu, umieszczając opowieść w rodzimym kraju, tak naprawdę tworzy zwierciadło całej współczesnej Europy, która zmaga się z narastającym kryzysem migracyjnym. Reżyser, mający na koncie Złotą Palmę (i kilka mniejszych złotych palemek), sam wstrzymuje się od głosu – nie wystawia gotowej recepty i nie ma w zanadrzu żadnego planu odbudowy. Skoro społeczności nie potrafią żyć w zgodzie, Kościół umywa ręce, a moralnego kompasu nikt nie chce wyciągnąć ze śmietnika, być może lekarstwem jest całkowita zagłada. W surrealistycznym zakończeniu twórca zostawia widzom szerokie pole do interpretacji. Póki co przekonuje – folwark stoi jak stał.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).