Recenzja filmu

Wyspa Fantazji (2020)
Jeff Wadlow
Michael Peña
Maggie Q

Marzenie ściętej głowy

Oryginał bazował na prostym, dydaktycznym koncepcie: choć rezydenci wyspy życzyli sobie złotych gór, rozwiązanie zawsze mięli pod ręką – zwykle wystarczyła cicha introspekcja połączona z ...
Powiedz mi, o czym marzysz, a powiem Ci, ile zarobisz. Bohaterowie "Wyspy Fantazji" marzenia mają nieciekawe, toteż nic dziwnego, że poświęcony im film przypomina cyniczną i, jak pokazują wyniki box office, raczej chybioną kalkulację. To w gruncie rzeczy najsmutniejszy rodzaj kina grozy: narracja o labiryncie umysłu opowiedziana przez ludzi bez wyobraźni.  


Pomysł na fabułę zaczerpnięto z kultowego serialu pod tym samym tytułem z lat 70., a także nakręconego dwie dekady później remake'u. We wszystkich produkcjach mamy bogacza w kremowym garniturze, który zaprasza na tytułową wyspę życiowych wykolejeńców. We wszystkich odwiedzają go ludzie o pokomplikowanych życiorysach, pragnący – dosłownie i w przenośni – dać upust ukrytym pragnieniom. I za każdym razem plan bierze w łeb, zaś elegancki pan Roarke wkracza na scenę, by wyciągnąć swoich gości z bagna, a przy okazji udzielić im życiowej lekcji. A jako że w filmie Jeffa Wadlowa ("Prawda czy wyzwanie") akcent położony jest głównie na wątki horrorowe, najczęściej będzie to lekcja ostatnia. 

Bizneswoman tęskniąca za prawdziwą miłością, mięśniak marzący o wojennej przygodzie, dziewczyna planująca zemstę na szkolnej prześladowczyni... Typaż bohaterów raczej klasyczny, jeśli idzie o tę konwencję kina grozy, a jeśli chodzi o rewizjonistyczne ambicje scenarzystów – po prostu nudny. Scenarzyści dwoją się i troją, by zmieścić na wyspie kilka różnych filmów, niekiedy można odnieść wrażenie, że każde marzenie jest tutaj zapalnikiem nowej konwencji – od dzikich imprezowych komedii, przez kojarzące się nieodmiennie z serią "Piła" umizgi wobec torture porn, po cyber-zabawy w realistycznej wersji "Call of Duty". Problem w tym, że za sprawą literackiej oraz inscenizacyjnej indolencji twórców trudno czerpać jakąkolwiek frajdę z wizualizacji kolejnych lęków i pragnień: wszystko jest zmontowane w blenderze i rozpisane na serię mało pomysłowych jump scares; najogólniej rzecz biorąc – działa w służbie uproszczonej dramaturgii. Aktorzy robią, co mogą; Maggie Q szuka w swojej bohaterce trzeciego wymiaru, a Lucy Hale potwierdza renomę aspirującej królowej krzyku. Nie ich wina, że z powodu nadmiaru ledwie naszkicowanych wątków kotłują się w tym filmie jak sardynki w puszce.     


Oryginał bazował na prostym, dydaktycznym koncepcie: choć rezydenci wyspy życzyli sobie złotych gór, rozwiązanie zawsze mięli pod ręką – zwykle wystarczyła cicha introspekcja połączona z ekstremalną terapią Pana Roarke'a. Wadlow teoretycznie również podąża tym szlakiem, tyle że w skrzyneczce z reżyserskimi narzędziami posiada jedynie kilof. A kiedy psychologia siada, a bajka pozostaje bez morału, zostaje mu jedynie mechaniczne podkręcanie napięcia. Spogląda z zazdrością w stronę autoreferencyjnych produkcji w stylu "Domu w głębi lasu", popularnych reality shows oraz kina przygodowego; chce, aby było i śmieszno, i straszno, i mądrze. Tym większa szkoda, że efektem tej gatunkowej alchemii jest wyłącznie środek nasenny. Uważajcie, czego sobie życzycie. 
1 10
Moja ocena:
4
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
80% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (50 głosów).
Udostępnij: