Recenzja filmu

Zenek (2020)
Jan Hryniak
Krzysztof Czeczot
Magdalena Berus

Zenek zasługuje na więcej

Bardzo zastanawiające jest też to, że w filmie prawie w ogóle nie ma muzyki Zenka. Zespół Akcent gra tu głównie covery. Słyszymy "Neverending Story", "Papierowy księżyc" – tak jakby stojąca za ...
Zenek zasługuje na więcej
Choć Zenek Martyniuk nigdy nie pisał protest songów, w ostatnich miesiącach podzielił politycznie polskie społeczeństwo bardziej niż jakikolwiek inny muzyk od czasu, gdy Kazik śpiewał "Wałęsa, dawaj moje sto milionów", a Paweł Kukiz "ZChN zbliża się". Dla jednych promocja Zenka przez media publiczne – koncerty, benefis, film pełnometrażowy – to dowód na kulturalne barbarzyństwo obecnie rządzącej Polską partii; dla innych Zenek to głos autentycznej Polski, który przez lata uciszany przez wielkomiejskie salony, ma w końcu okazję w pełni rozbrzmieć.


Cóż, jak na biografię tak polaryzującej postaci "Zenek" Jana Hryniaka jest filmem po prostu nijakim. Nie zachwyca, ani też nie wywołuje poczucia szczególnej żenady. Ma całkiem udane momenty, choć przez większość czasu przynudza. Gdy pojawiają się napisy końcowe, wydajemy westchnienie ulgi, że to już koniec – dwie godziny ciągną się wyjątkowo długo.

Zaczyna się nawet nieźle. Jeśli coś się w "Zenku" bezdyskusyjnie udało, to odtworzenie klimatu Podlasia lat 80. Twórcy filmu patrzą na ten prowincjonalny, ubogi, zacofany skrawek PRL z wielką sympatią i szacunkiem dla jego kultury. Widzimy materialnie siermiężny, ale kulturowo bogaty świat, gdzie obok siebie żyją Romowie, prawosławni Białorusini i katoliccy Polacy. Młody Zenek dorasta na styku tych trzech kultur. A właściwie czterech. Bo równie ważna jak Kościół, sąsiedztwo cerkwi i romskiego taboru jest dla młodego artysty globalna popkultura: kasety z pirackimi hitami zachodnich kapel kupowane na bazarze, przemycone z Niemiec numery "Bravo", lśniące plakaty z muzycznymi idolami, uwodzące obietnicą innego, lepszego życia.

W tej rzeczywistości Zenek i jego koledzy wkraczają, trochę przypadkiem, na drogę muzycznej kariery. Nie mają nic i przez długi czas wydaje się, że na muzyce niczego się nie dorobią – grają po weselach i imprezach w remizach, za honorarium zwyczajowo wynoszące skrzynkę wódki. Stopniowo zaczynają działać coraz bardziej profesjonalnie, aż przychodzi sława i pieniądze. Gdyby z filmu wyciąć tę pierwszą część, powstałby całkiem zgrabny odcinek serialu o Martyniuku.

Niestety dalej jest tylko gorzej. Gdy tylko opuszczamy Podlasie lat 80., w filmie całkowicie siada scenariusz, a konkretnie – dramaturgia. Opowieść toczy się bez celu, zamiast dokądś zmierzać. Nie ma żadnych organizujących narrację stawek, o które walczyliby bohaterowie. Z każdą sceną rośnie poczucie znużenia. Nie wyrywa nas z niego sensacyjny wątek porwania syna Zenka. Jest on po prostu źle napisany, opowiedziany bez nerwu, nie dynamizuje w niczym narracji i kończy się dwiema najgorzej wyreżyserowanymi i zagranymi scenami w całym filmie. Wątek ten jest jedynym, który mocno odchodzi od biografii Martyniuka – historia z porwaniem syna zdarzyła się innej gwieździe disco polo, Sławomirowi Świerzyńskiemu z zespołu Bayer Full. Przeszczep niestety się nie przyjął. Fatalnym pomysłem są też pseudodokumentalne wstawki, gdzie postaci współcześnie, nagrywając materiał dla zajmującej się disco polo telewizji, wprost do kamery mówią co zdarzyło się w przeszłości. Wygląda to, jakby twórcom zabrakło pomysłów i pieniędzy na to, jak pokazać kluczowe wydarzenia i posunąć narrację do przodu.

Bardzo zastanawiające jest też to, że w filmie prawie w ogóle nie ma muzyki Zenka. Zespół Akcent gra tu głównie covery. Słyszymy "Neverending Story", "Papierowy księżyc" – tak jakby stojąca za filmem ekipa nie wierzyła w muzykę swojego bohatera i uznała, że bezpiecznej będzie sięgnąć po utwory łatwiej przyswajalne dla widza z klasy średniej.


Największa słabość "Zenka" polega jednak na tym, że nie ma w nim tego, co w historii Martyniuka najciekawsze: obrazu disco polo i transformacji lat 90. Muzykę disco polo można oceniać bowiem bardzo różnie, ale jest to fenomen kulturowy, bez którego nie da się zrozumieć lat 90. Żaden inny gatunek lepiej nie odbija energii i aspiracji tej przełomowej dekady – zwłaszcza tych Polski nieinteligenckiej. To idealny temat dla kina, co pokazał Maciej Bochniak w "Disco polo". Tamten film w ekstrawaganckiej, oniryczno-groteskowej poetyce odtwarzał na ekranie sen śniony wspólnie przez słuchającą disco polo Polskę. "Zenek" mógłby pokazać go w bardziej realistyczny sposób. 

Niestety, lata 90. zostają w filmie Hryniaka załatwione jedną wspomnieniową wypowiedzią do kamery. Zamiast wejścia w oryginalny kulturowy fenomen otrzymujemy dość miałki film biograficzny, wyglądający jak próba politycznego i komercyjnego zdyskontowania popularności znajdującego się na wznoszącej fali muzyka. Jakkolwiek by się nam muzyka zespołu Akcent nie podobała, Zenek zasługuje na więcej.  
1 10
Moja ocena:
4
Jakub Majmurek
Filmoznawca, politolog, eseista. Pisze o filmie, sztukach wizualnych, literaturze, komentuje polityczną bieżączkę. Członek zespołu Krytyki Politycznej. Współautor i redaktor wielu książek filmowych,... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
86% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (315 głosów).
Udostępnij: