Tyle słońca w całym Elgado

Prezentując światu nową, odpicowaną wersję "Monster Huntera", Capcom zapewne nie spodziewał się, że w zamian zostanie obsypany deszczem banknotów. "World" wprowadził serię pod strzechy, ...
"Monster Hunter: Rise - Sunbreak" - recenzja
Prezentując światu nową, odpicowaną wersję "Monster Huntera", Capcom zapewne nie spodziewał się, że w zamian zostanie obsypany deszczem banknotów. "World" wprowadził serię pod strzechy, "Iceborne" wystawił na próbę umiejętności graczy, a "Rise" udowodnił, że nie trzeba podkręcać parametrów, by grało się lepiej. Oczywiste było więc, że prędzej czy później otrzymamy fabularne rozszerzenie do części inspirowanej Japonią.



"Monster Hunter: Rise - Sunbreak" udowadnia, że zawsze znajdzie się większe zagrożenie, a za horyzontem, przy migotaniu zachodzącego słońca, mieni się nieznany, gotowy na eksplorację kontynent. Nowi bohaterowie rozpaczliwie wołają o naszą pomoc, gdy nad skromnym, sprawiającym wrażenie wyjątkowo kruchego Posterunkiem Elgado skrzydła rozpościera Malzeno. Ogarnięty szałem niszczenia Starszy Smok musi być pokonany niezwłocznie. Niestety, ubogie zasoby rycerzy Królewskiego Orderu nie pozwalają na to, by stawić potworowi czoła. W międzyczasie, jak grzyby po deszczu, w okolicach wioski pojawiają się kolejne przeklęte bestie.



Największe wrażenie robią Trzej Lordowie inspirowani klasycznymi horrorami. Garangolm to współczesna wersja potwora Frankensteina (choć bliżej mu do Quadratusa z "Shadow of the Colossus"), Lunagaron wyje do księżyca i roznosi wszystko swymi szponami niczym rasowy wilkołak, a Malzeno przywodzi na myśl Drakulę i inne wampirze pomioty. I tu chyba kończy się mój zachwyt. Odniosłam wrażenie, że Capcomowi niezbyt chciało się dopracować listę nowych potworów. Większość z nich to warianty znanych nam już bestii, a powroty z poprzednich odsłon opierają się przede wszystkim na wiwernach. Znane zatwardziałym fanom marki bestie Astalos, Espinas, Seregios nowicjuszom mogą zlewać się w jedno i sprawiać wrażenie, jakby były wtórne. Być może twórcy spełnią moje oczekiwania przy okazji darmowych aktualizacji, ale obecnie odczuwam wielki niedosyt i nawet zapowiedziana biała wersja kolorystyczna mojego ulubionego potwora, czyli Nargacugi, niespecjalnie mnie przekonuje.



Podobnie rzecz ma się z nowymi lokacjami. Co prawda, zarówno Cytadela, jak i Dżungla dorzucają unikatowe surowce i zadania poboczne, polegające chociażby na fotografowaniu elementów środowiska, ale wciąż Capcom mógł dorzucić tam więcej mięska i stworzyć lepsze jakościowo miejscówki do zwiedzania.
"Sunbreak", podobnie jak "Iceborne", ponownie oddziela mężczyzn od chłopców, dorzucając bardziej wymagające zadania w nieobecnej w podstawce randze mistrzowskiej. Żeby w ogóle się z nimi zetknąć, konieczne będzie ukończenie podstawowej wersji gry i wyposażenie się w najlepszy dostępny sprzęt. Nie obejdzie się bez regularnego szamania dango tworzonego przez kocich kucharzy. Co więcej, analizowanie elementów zbroi pod kątem ochrony przed konkretnymi żywiołami powinno wejść Wam w nawyk jak poranne mycie zębów. Na szczęście, nie będziemy osamotnieni w walce. Tryb wieloosobowy działa wyjątkowo dobrze i bardzo rzadko zdarzało się, że nie mogła znaleźć towarzyszy do łowów. Widać, że potężna sprzedaż dodatku ma realne przełożenie na graczy obecnych online i można być pewnym, że zawsze z pomocą przyjdzie nam jakiś uczynny Japończyk. To w końcu oni wykręcają w tej serii najpiękniejsze akcje i są niezawodni w sytuacjach kryzysowych.



Z ulgą przyjęłam informację o odejściu od forsowania misji Furii. Spoglądając wstecz na to, ile czasu spędziłam przy nich w podstawce, stwierdzam, że Capcom miał całkiem dobry pomysł, ale w ostatecznym rozrachunku okazał się wielkim niewypałem. W ramach urozmaicenia, będziemy mogli sprawdzić się solo w zadaniach ze zwolennikami. Pomagamy w nich wybranym postaciom niezależnym, a w nagrodę owi bohaterowie będą nam później towarzyszyć w zwiadach pomocniczych. I tu warto zwrócić uwagę na fakt, że pomocnicy nie są tylko mięsem armatnim, ale aktywnie biorą udział w walkach i potrafią czasem przechylić szalę zwycięstwa na naszą stronę.



Ciekawym pomysłem jest możliwość podmiany zdolności na broniach dzierżonych przez bohatera. W trakcie walki dowolnie przełączamy się między czerwonym a niebieskim zestawem umiejętności, płynnie dostosowując go do sytuacji panującej w trakcie walki. Wszak inne podejście będziemy mieli do obalonego monstrum, co innego zaś zaserwujemy stworowi usilnie próbującemu umknąć nam przed ucięciem ogonka.



"Monster Hunter Rise: Sunbreak" spodoba się przede wszystkim tym graczom, którzy lubią podstawową wersję gry. Pomimo coraz większego kręgu odbiorców, polowania na wielkie bestie wciąż mają problem z trafieniem w gusta tych, którzy nie do końca rozumieją fenomen tej serii. I owszem, dodatek ten nie umywa się do ogromu "Iceborne", jednak spędziłam w nim mnóstwo godzin, których nie uważam za stracone. Pozostaje czekać na dokładniejszy plan darmowych aktualizacji. Po cichu liczę, że Capcom jeszcze ujmie mnie za serce jakąś fantastyczną bestią i spowoduje, że szczęka opadnie mi z wrażenia.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (1 głos).