Recenzja gry

No Man's Sky (2016)
Sean Murray
David Ream

Kosmiczni eremici

Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary. Kolosalne statki wychodzące z nadprzestrzeni tuż nad orbitą pochłoniętej przez kwaśne deszcze planety. Kaniony porośnięte grzybami, ...
"No Man's Sky" - recenzja
Widziałem rzeczy, którym wy ludzie nie dalibyście wiary. Kolosalne statki wychodzące z nadprzestrzeni tuż nad orbitą pochłoniętej przez kwaśne deszcze planety. Kaniony porośnięte grzybami, bezkresne oceany, targane gorącymi sztormami skaliste pustkowia. Wszystkie te chwile przepadną... w pożerającej niejednego gracza nudzie.



Łatwo wziąć "No Man’s Sky" za grę eksploracyjną, ulec tej chwilowej magii gwałtownego wchodzenia w atmosferę kolejnej planety. Nic bardziej mylnego, rdzeń rozgrywki to bowiem nie radosne szwendanie się po zakątkach galaktyki, ale nierzadko żmudna, survivalowa robota na pełen etat. Choć gra kusi nas obietnicą swobodnego latania po kosmosie i eksploracją, tak naprawdę ta druga jest niejako wymuszana przez konieczność zatrzymywania się na kolejnych planetach. To jakby jechać bardzo długą autostradą: prędzej czy później musimy zatankować. I to właśnie głównie robimy na powierzchni każdej napotkanej planety. Aby bowiem statek w ogóle uniósł się w powietrze, potrzebny jest np. pluton. Z kolei paliwo nadprzestrzenne robimy z ogniw, które to z kolei tworzymy z antymaterii, a tę montujemy z mniejszych komponentów. Zarówno wytwarzanie przedmiotów, jak i eksploracja są niejako efektem ubocznym ciągłego szukania "stacji benzynowych", czyli źródeł cennych pierwiastków.



"No Man’s Sky" wpada mimowolnie w tradycyjne błędne koło gier survivalowych. Zaczynamy z marnym i w dodatku popsutym statkiem oraz podstawowymi zasobami. Potem budujemy napęd FTL i możemy w miarę swobodnie podróżować po galaktyce. Z czasem odwiedzamy stacje kosmiczne i poznajemy różnych obcych. Nasza krypa ma żałosny bagażnik, kiepskie osiągi i nędzną broń. To naturalne, że chcemy spróbować polatać czymś innym. Ale za nowy statek trzeba zapłacić nierzadko ciężkie pieniądze. Zbieramy więc kolejne tony minerałów, klamoty pozostałe po innych rasach tej galaktyki, opychamy je tam, gdzie się najbardziej opłaca i lecimy do kolejnego systemu. Niby do środka galaktyki (taki jest teoretycznie cel gry), ale wciąż z przystankami na kapitalistyczne rzeźbienie w kręgu wolnorynkowej ekonomii.
Ten znój wynagradzają nam kolejne planety. Twórcy chwalą się, że w grze znajduje się 18 trylionów miejsc do odwiedzenia. Liczba to niewyobrażalna i poza marketingowym spinem ma nam raczej uświadomić ogrom generowanego proceduralnie wszechświata. Poszczególne planety tworzone są na zasadzie dość jednorodnych habitatów, czyli: istnieje planeta pokryta głównie oceanami, planeta skalista, pełna bujnej fauny i tak dalej. Trudno (a raczej jest to nierealne...) znaleźć prawdziwie zróżnicowany ląd, to znaczy taki, który np. w obszarach okołobiegunowych jest zimniejszy, a w równikowych cieplejszy, który zamieszkują bardzo różne gatunki zwierząt. Większość planet jest niezamieszkana, bądź istnieje tam tylko jakieś prymitywne życie. Jeden z twórców sam przyznawał, że miejsce, które choć trochę przypominałoby Ziemię, to dziesiętna część dziesiętnej części dziesiętnej części odwiedzanych miejsc. 



Nie zmienia to faktu, że każda kolejna, losowo nazwana planeta, wywołuje to samo uczucie: jakiejś staroszkolnej, chwytającej za serce przygody. Niezależnie od tego, czy lądujemy na pokrytych falującą,czerwoną trawą równinach, czy na skalistym, przygnębiającym pustkowiu, zawsze znajdziemy coś ciekawego. Nie chodzi jednak bynajmniej o uczące nas kolejnych obcych słów monolity, stacje badawcze różnych obcych ras czy porozrzucane tu i ówdzie skrzynki z zaopatrzeniem. Główną siłą i najważniejszą zaletą "No Man’s Sky" jest jej pocztówkowy urok. To nic, że planety z grubsza powtarzają się dość często, taka jest przecież natura wszechświata. To nic, że po kilkudziesięciu godzinach gry typów zwierząt widziałem niewiele: jakieś dwa, trzy latające, dwa gatunki ryb i nieco więcej stworów lądowych. Spotkałem na jednej z planet ogromne, majestatycznie sunące po niebie wężowate stwory. Nigdy więcej już ich nie zobaczyłem, a ważkopodobnych ptaszysk jest całe mrowie. O to właśnie chyba chodzi twórcom w "No Man’s Sky", o swego rodzaju pierwotną radość z odkrywania nowych rzeczy, terenów, zachwytu nad tym, jak akurat ułożyły się formacje skalne, które wrzynają się w ogromny ocean. I gdy raz to zobaczymy, a potem opuścimy ten kawałek galaktyki, trudno będzie nam wrócić. Gra niejako zmusza nas do poruszania się naprzód, ku centrum. Wszystko, co zostawiamy za sobą, będzie już tylko wspomnieniem. "No Man’s Sky" nie jest najbardziej fortunnym wydarzeniem dla graczy przyzwyczajonych do misji, celów i strzelania. To gra, w której najważniejsze jest to, jak rezonujemy z kolejnymi widoczkami. Innymi słowy: docenią tę grę najbardziej ci gracze, których zachwyci nawet i pospolita brzózka pod Kielcami.



"No Man’s Sky" można z drugiej strony interpretować jako grę o samotności. Latamy sobie statkiem, poszukujemy nowych form życia, chcemy znaleźć coś, co sprawi, że poczujemy, że ten wszechświat to jednak zadziwiające miejsce. A jednak, mimo licznych skoków nadprzestrzennych wciąż znajdujemy tylko pokryte niemal identyczną florą planety. Kamienne, pełne jaskiń, wzgórz i nielicznych monolitów obcych, ale pozbawione wyższych form życia. Fauna, jaką napotykamy, to tylko jakieś prymitywne czworonożne stworzonka albo pająkowate, agresywne kreatury, które nadają się wyłącznie do przesmażenia ich błyskaczem. Czasem dla odmiany jakiś kwiatek da nam po mordzie. Skanujemy kolejne rośliny i zwierzęta, ale nie ma ich opisu, to po prostu wrzucanie nazw w kosmicznego Excela, nic więcej. Wciąż jednak zbieramy dzielnie pluton, węgiel i inne pierwiastki, przeskakujemy z systemu w system, w nadziei, że oto za rogiem, tam gdzie zwijają na noc przestrzeń, znajdziemy pełną życia planetę klasy "nadaje się do zamieszkania". Ale nic takiego nie ma, tylko zimna pustka i samotność zakuta w egzokombinezon. Widzimy raz po raz różne statki, które pędzą gdzieś po niebie. Czasem zdarza się – i jest to porażające – że wychodzimy właśnie z atmosfery w otchłań kosmosu i akurat wtedy z nadprzestrzeni wypadają ogromne okręty, wokół których jak muchy krążą jakieś pirackie myśliwce, zasnuwając okolicę seriami laserowych rozbłysków. Wraz z postępami w nauce coraz lepiej rozumiemy mechanicznych Corvaxów, pokazujących emocje przez puszczanie gazów [sic!] Geków czy wojowniczych Vy’keen. Nadal jednak jesteśmy od nich odseparowani barierą językową oraz obcością. Wiemy, że nie są tym samym, co my. Nawet spotkanie innego żywego gracza nie wchodzi – nomen omen – w grę, gdyż przestrzeń jest zbyt wielka, a "No Man’s Sky" ani nie jest grą MMO, ani nie ma tradycyjnego trybu multiplayer czy kooperacji. Nieprędko też napotkamy planety nazwane przez kogoś, kto także próbuje swych sił w odkrywaniu kosmosu. Przez całą podróż będziemy więc eremitami, błąkającymi się od planety do planety, bez konkretnego celu. I taki chyba był cel Hello Games.



Jak ocenić "No Man’s Sky"? Twórcy już zapowiadają budowanie baz oraz sterowanie kosmicznymi frachtowcami. Obiecują też ciągły rozwój gry, która obecnie jest raczej pocztówkowym sandboksem. Trudno w takim razie o ostateczny werdykt. Mimo tego że w grze wszechświat jest zimnym i pustym miejscem, trafi ona do ludzi, którzy w każdej produkcji z otwartym światem chcą zajrzeć we wszystkie kąty. Dla samych momentów i pocztówek z dalekich systemów gwiezdnych – warto.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
33% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (40 głosów).
Udostępnij: