I Niemcy są ludzie

Oto świat, gdzie niemiecki cud gospodarczy nigdy się nie dokonał, a to z szalenie prostej przyczyny. Druga wojna światowa nie zakończyła się bowiem zamaszystym podpisem skazanego potem na śmierć ...
Oto świat, gdzie niemiecki cud gospodarczy nigdy się nie dokonał, a to z szalenie prostej przyczyny. Druga wojna światowa nie zakończyła się bowiem zamaszystym podpisem skazanego potem na śmierć zbrodniarza, generała Alfreda Jodla, pod dokumentem kapitulacji, lecz hukiem bomb atomowych. I to ze dwadzieścia lat później niż mówią dzisiejsze podręczniki do historii, tym samym dając nazistom czas na opracowanie rzeczonej technologii, która zmiotła kawał kontynentu i, jakby było u nas za dużo słonka, sprowadzając nad Polskę niekończącą się zimę.



Jako że fabułę "Paradise Lost" poznajemy krok po kroku, czytając niezliczone dokumenty powyciągane z zakurzonych sakwojaży, albo stercząc przy ekranach, nie zdradzę nic więcej poza owym settingiem. Niestety, oznacza to mniej więcej tyle, że nie będę miał zbyt dużo dobrego do powiedzenia na temat debiutanckiego tytułu PolyAmorous, bo za jego jedyny prawdziwy atut uważam ten nieźle napisany świat, który złożono z puzzli podebranych paru różnych pudełek, co czyni go jeszcze atrakcyjniejszym.



Podziemny bunkier, a raczej całe ogromne miasto, po którym porusza się nasz bohater, nastoletni Szymek, potrafi zachwycić, czego twórcy jak nic mieli świadomość, bo tu i ówdzie można się nadziać na istny taras widokowy. Razem z chłopakiem stopniowo odkrywamy fabułę zarówno na poziomie osobistym (akcję przetykają retrospektywy z jego matką, tłumaczące powody, dla których znalazł się tam, gdzie się znalazł), jak i globalnym, z różnych papierzysk, którymi zagracony jest opuszczony podziemny kompleks. Mozolna rekonstrukcja zdarzeń jest najciekawszym elementem "Paradise Lost", lecz, o ironio, bierna strona gry jest atrakcyjniejsza niż aktywna (przynajmniej z założenia) eksploracja. Rozgrywka jest bowiem tak nużąca, że aż szkoda dla niej tej fantazji o nazistach, okultyzmie i słowiańskich bóstwach.



PolyAmorous najwyraźniej poważnie potraktowali fakt, że robią grę spacerową i Szymek drobi kroczki powolne jak pijany na teście trzeźwości. Mimo krótkości gry, którą da się ukończyć dobrze poniżej trzech godzin (przyznaję, po kilkudziesięciu minutach przestałem ganiać za notatkami i po prostu parłem naprzód, bo nie mogłem już znieść tego frustrującego tempa), znużenie atakuje niemal od razu, po kwadransie, i wszystkie plusy wynikające z niezłej historii prędko zostają przysłonięte przez gameplayowe handicapy.



Niby rozgrywkę uatrakcyjniają rozmowy z uwięzioną pod ziemią dziewczyną, z którą Szymek kontaktuje się przez odbiorniki radiowe, ale, z przyczyn wymykających się moim zdolnościom rozumowym, polscy aktorzy nagrali tu swoje kwestie po angielsku, czasem tylko przetykając je rodzimymi słówkami. Zabieg ten, cokolwiek niezrozumiały, to pół biedy, ale dubbing jest miernej jakości, aż uszy bolą, jak kaleczy się tu szekspirowski. Lecz ślimaczy krok apatycznego Szymka to jedno, marne akcenty to drugie, ale trzecie wybaczyć najtrudniej, bo nie dość, że gra nie stawia żadnego wyzwania, to jeszcze interakcja ze światem jest śladowa.



Może i spacerówki z zasady nie są trudne, bo stawiają na przeżycie czysto narracyjne, ale tu nie wydarza się nic zdolnego przełamać panujący marazm. Czasem niby się próbuje, lecz zabiegi te są kompletnie od czapy. Nie mam pojęcia, czemu służy, na przykład, możliwość podniesienia leżącej gdzieś fajki albo poracelowanej filiżanki do kawy, bo obcowanie z owymi artefaktami dawno minionego świata ani nie ubogacają doświadczenia, ani nie mają wpływu na fabułę.

Koncept stojący za konstrukcją gry, czyli, jak tłumaczył Bogdan Graczyk, game director "Paradise Lost", podzielenie historii na etapy żałoby i odzwierciedlenie owego zamysłu na ekranie, oddanie owych faz nie tylko na poziomie charakterologicznym, ale i scenograficznym, jest ambitny, lecz albo umiejętności, albo środki nie pozwoliły na jego zadowalające zrealizowanie.



Gra jest toporna i ociężała, nie zachęca na żadnym etapie, aby poznawać dalej tę nie najgorszą przecież fabułę, której nie dorasta do pięt cała reszta. Cóż, pierwsze koty za płoty, pozostaje jedynie mieć nadzieję, że ekipa PolyAmorous wyciągnie wnioski i powróci z czymś lepszym.
1 10
Moja ocena:
4
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (1 głos).
Udostępnij: