Recenzja gry Terminator: Resistance (2019)

Tu du du du du

Niegdyś gry powstające na licencjach filmowych traktowano zwykle jako element trwającej kampanii marketingowej, mającej na celu przedłużyć żywotność hollywoodzkiego blockbustera, a kupno takowej ...
Filmweb sp. z o.o.
Niegdyś gry powstające na licencjach filmowych traktowano zwykle jako element trwającej kampanii marketingowej, mającej na celu przedłużyć żywotność hollywoodzkiego blockbustera, a kupno takowej było trochę jak nabycie losu na loterię: raz się trafiło, sto razy chybiło. Oczywiście to spore uogólnienie – zdarzały się wyjątki potwierdzające regułę – lecz nie na darmo podobne produkcje doczekały się wątpliwej renomy podejrzanego, częstokroć niskobudżetowego chłamu żerującego na popularnym tytule. Dzisiaj, kiedy kultura popularna pędzi tak dynamicznie, że tydzień to niemal cała epoka, z rzadka można spotkać grę bazującą na potencjalnym kinowym przeboju. Cóż, świeżutki "Terminator: Mroczne przeznaczenie" startował u nas już z pozycji komercyjnej klapy, stąd i omawianej grze trudno będzie wróżyć powodzenie, ale, na szczęście, nie jest ona adaptacją materiału filmowego, ale zupełnie nowym rozdziałem wojny ludzi z maszynami.

photo.title

Rzecz dzieje się już po opanowaniu świata, a przynajmniej Ameryki, przez Skynet, a gieroj, którego poczynaniami sterujemy, nosi imię Jacob Rivers i jest członkiem tytułowego ruchu oporu bijącego się pod rozkazami Johna Connora. Decyzja o umiejscowieniu fabuły w niedalekiej przyszłości i odejściu od skostniałego już schematu wykorzystywanego z uporem maniaka przez filmy była trafna, chociażby z uwagi na możliwość rozrysowania postapokaliptycznego świata, dotychczas znanego ze scen retrospektywnych i niekanonicznego już "Terminatora: Ocalenia". Tyle tylko, że recenzowany tytuł, choć na pierwszy rzut oka wygląda starannie, prezentuje się cokolwiek archaicznie. Cała oprawa graficzna jest jak wyjęta z gardzieli poprzedniej dekadzie, co szczególnie boli, kiedy przyjrzeć się modelom postaci: sztywnym i wyciosanym z finezją godną pijanego drwala. Sceny dialogowe przypominają rozmowy z manekinami i jedynie markują naturalne konwersacje, które zwykle ograniczają się do opisu zadania, które przyjdzie nam wykonać. Niby od czasu do czasu możemy wybrać tę czy inną kwestię i, jak zapewniają twórcy, nasze decyzje kształtują finał, ale to na nic, bo "Terminator: Resistance" nie zachęca do powtórnej rozgrywki.

photo.title

Bo oprawa graficzna to jedno, lecz ten postapokaliptyczny świat jest, po prostu, nudny, szary i byle jaki, a scenografia nie powala różnorodnością. Monotonia otoczenia nie zachęca do eksploracji, a ta jest przecież istotna, bo mamy do czynienia z na poły otwartym światem, choć to może za dużo powiedziane; chyba trafniej byłoby rzec, że jest to swoista wypadkowa piaskownicy i linearnych misji. Odwiedzane przez nas budynki bywają bliźniaczo do siebie podobne, a to, co możemy znaleźć na miejscu, ogranicza się do amunicji, broni i różnorakich śmierci, z których potem można sobie coś złożyć, choćby wytrych albo apteczkę. Crafting jest tu śmiesznie prosty, a nieść możemy tyle szmelcu, ile dusza zapragnie, stąd raczej odpada problem oszczędnego gospodarowania zasobami, przynajmniej na wyjściowym poziomie trudności. Podobnie nieskomplikowane jest drzewko umiejętności, gdzie za zdobywane punkty doświadczenia możemy podrasować sobie którąś z głównie biernych cech – na przykład cichsze skradanie się albo podkręcenie siły broni palnej – i to by było prawie na tyle, jeśli chodzi o urozmaicenia. Zamknięte drzwi i niektóre elektroniczne ustrojstwa trzeba otwierać wytrychem albo hakować, co nie odbywa się automatycznie, lecz to żmudna i nierzadko irytująca robota, a nie wyczekiwany odskok od rutyny.

photo.title

A ta potrafi być mordercza, bo misje polegają zwykle na dotarciu do określonego punktu i zabraniu czegoś albo uratowaniu kogoś. Jako że do celu prowadzi nas znacznik na mapie i strzałka na ekranie, niekiedy szedłem na ślepo jak taran, nie rozglądając się na boki. Niby od frontalnych strzelanin istotniejsze jest tu przemykanie niezauważonym, lecz mimo to zdarzało mi się przelatywać sprintem po upatrzonym uprzednio kursie, bo maszyny zdawały się o mnie po chwili zapominać. Zwykle roboty mają z góry wyznaczone trasy patrolowe, czyli wystarczy wyczekać na odpowiedni moment i przemknąć biegiem. Szczęśliwie nie ma tu systemu automatycznego odnawiania energii, co zmusza do taktycznego dbania o zasób apteczek oraz unikania starć, ale i te nie są wyjątkowo wymagające; chyba że naprawdę nierozważnie i brawurowo, nie mając odpowiedniego arsenału, wyskoczymy na znane z filmu humanoidalne modele i mocne jednostki.

photo.title

Łatwo jest zgnieść na miazgę grę polskiego studia Teyon Games – odpowiedzialnego za niesławnego i niemiłosiernie złego "Rambo"; taki smrodek lubi się ciągnąć – bo "Terminator: Resistance" to tytuł niedzisiejszy, nieprzystający do teraźniejszości, niezdolny zaangażować i wtórny, lecz nie jest zły per se; raczej boleśnie przeciętny. Słabo czuć tu filmowy klimat, mimo wykorzystaniu oryginalnej muzyki Brada Fiedela, lecz samo opakowanie licencją nie wystarczy. Od biedy można zagrać, ale poza fanami cyklu z Arnoldem chyba nikt nie ma tu zbytnio czego szukać.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 45% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
Bartosz Czartoryski
ocenia tę grę na:
1 10 4/10 ujdzie
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię