Hej, sokoły

Ślepy los zadecydował, że o grze wyklepanej samodzielnie przez Tomasa Salę usłyszeli niemal wszyscy. A może było to stare dobre szczęście, bo na premierę świeżutkiego Xboxa korporacyjna machina ...
Ślepy los zadecydował, że o grze wyklepanej samodzielnie przez Tomasa Salę usłyszeli niemal wszyscy. A może było to stare dobre szczęście, bo na premierę świeżutkiego Xboxa korporacyjna machina Microsoftu nie przyszykowała ani jednego złamanego exclusive’a, tym samym otwierając drzwi producentom z zewnątrz. Śmiem domniemywać, że w innych okolicznościach to sympatyczne, acz niedoskonałe i bałaganiarskie dziełko przepadłaby jako indycza ciekawostka.



Zanim jeszcze "Falconeer" trafił na twarde dyski szczęśliwych posiadaczy sprzętu nowej generacji, krążyła fama, że będzie to swoisty showcase możliwości graficznych Xboxa Series X i jedno się potwierdziło: gra Sali istotnie przypomina swojego rodzaju demo. Tyle że jest to prezentacja mało imponująca. Bo choć wyczekiwane 120 klatek na sekundę stało się ciałem, to samą płynnością gry idzie się zachwycać co najwyżej kwadrans. Na pierwszy rzut oka obrazki wydają się tu naprawdę ładne, ale już na drugi czy trzeci uderza pustka przedstawionego świata i stosunkowo proste tekstury. I nie wybroni tego argumentacja, że to i tak nieźle, jak na grę zrobioną przez jednego faceta. Owszem, nieźle, ale nie mamy przecież do czynienia z darmowym produktem hobbystycznym, a stricte komercyjnym, który kojarzy się raczej z wpisem do portfolio.



Ostra ocena "Falconeera" wynika również z tego, że, jak napisałem, jest to jedna z wizytówek nowej generacji konsol, a okazała się być pożółkła i mieć pozaginane rogi. Sala stworzył może i całkiem ciekawe uniwersum, lecz zupełnie nie potrafi go sprzedać na poziomie narracji. Wodny świat Ursee, posępny ocean, z którego tylko gdzieniegdzie wystają pobudowane na skałach, smagane przez burze twierdze oraz rozświetlone lampami miasteczka, przecięty swoistym mojżeszowym wąwozem zwanym przez miejscowych Paszczą, to wdzięczny pejzaż, ale nie towarzyszy mu opowieść. Są tu różne frakcje, są piraci, no i, nareszcie, są Sokolnicy, którzy na grzbietach ogromnych stworzeń bronią swoich krain, lecz o wszystkim dowiadujemy się z podawanych nam na sucho informacji. Nie ma tu żadnych filmowych scenek, musimy uwierzyć na słowo, że dzieje się to, co się dzieje. Sala niby próbuje pokazać nam przedstawioną sytuację z różnych perspektyw i raz stajemy po jednej stornie konfliktu, raz po drugiej, ale przyznaję, że do pewnego momentu nie potrafiłem poskładać tego do kupy i określić, po co robię to, co robię.



Kolejne zadania przypisane kampanii, pozornie zróżnicowane — między innymi dostarczenie przesyłki, rozwalenie celu, strącenie przeciwnika z nieba — częstokroć polegają jedynie na odbiciu się od punktu A do punktu B. Urozmaiceniem są, oczywiście, podniebne batalie, bo nasz ogromny sokół wyposażony jest w działka, które możemy ładować różnoraką amunicją, od pocisków przypominających błyskawice (miłym akcentem jest, że można podładować sobie baterie, przelatując pośród burzowych chmur), do ognistych kul. I owe boje to zdecydowanie najlepszy element gry, ale i je psuje toporne sterowanie oraz błędy designerskie, jak przypisanie dwóch manewrów pod jeden przycisk, uzupełnianie paska wytrzymałości nurkowaniem lub brak możliwości zmiany kamery na wygodniejszą podczas zrzutu bomb. No i wszyscy przeciwnicy zachowują się identycznie, niezależnie od tego, czy dosiadają innego olbrzymiego ptaka, czy jakiegoś fantastycznego stwora, dlatego czar szybko pryska i zostajemy z nużącą lataniną.



Czasem można ją sobie skrócić, bo gra umożliwia teleportację, lecz częściej jednak sztucznie pompuje się tu czas gry, każąc nam zahaczać o kolejne checkpointy, i narzuca okrężne drogi. A choć jest to otwarty świat, to nie ma tutaj za bardzo co robić, chyba że zdecydujemy się odwiedzać kolejne sklepiki albo wykonywać zadania poboczne, które są niemal identyczne, co te główne. Ponadto w trakcie misji "Falconeer" nie zapisuje stanu gry, czyli, jeśli zostaniemy zestrzeleni i uprzednio nie zrobiliśmy save’a podczas lądowania, to musimy powtarzać całość.

Może i "Falconeer" ma potencjał, ale w tej formie gra przypomina raczej szkic, który dopiero czeka na pociągnięcie tuszem i nałożenie koloru. Zabrakło chyba kogoś, kto stanąłby nad Salą i powiedział mu jasno, co działa, a co nie. A zadaniem testowania obarczono od razu graczy.
1 10
Moja ocena:
4
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
67% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Udostępnij: