Trzeci sezon antologii "Potwory" nie próbuje opowiedzieć historii Eda Geina tak, jak znają ją policyjne raporty czy książki true crime. Tutaj zbrodnia nie jest finałem – jest jedynie skutkiem.
Trzeci sezon antologii "Potwory" nie próbuje opowiedzieć historii Eda Geina tak, jak znają ją policyjne raporty czy książki true crime. Tutaj zbrodnia nie jest finałem – jest jedynie skutkiem. Serial rozdziera zasłonę i pozwala zajrzeć tam, gdzie zwykle wzrok się nie zatrzymuje: do miejsca, w którym rodzą się lęki, samotność i obsesje. Widz wchodzi w świat Geina nie przez drzwi… ale przez jego myśli.
Netflix
Charlie Hunnam daje kreację, która zaskakuje nie efekciarstwem, lecz powściągliwością. Nie gra potwora – gra człowieka, który powoli przestaje nim być. Czasem wygląda jak zwyczajny, nieśmiały mężczyzna. Innym razem jak ktoś, kto tylko czeka na impuls, by przejść na stronę, gdzie nie ma już moralności ani hamulców. Potrafi być zarówno bezbronny, jak i przerażający. Najbardziej niepokoi to, że czasem wydaje się… zrozumiały.
Twórcy nie wybierają drogi klasycznego true crime. Zamiast realistycznej rekonstrukcji dostajemy strumień świadomości – sny, wspomnienia, halucynacje, fantazje, które mieszają się z faktami. Widz zaczyna czuć się tak, jak czuł się Gein: zagubiony między tym, co wydarzyło się naprawdę, a tym, co istnieje tylko w głowie. Serial prowadzi po cienkiej granicy między chorobą psychiczną a zwykłą samotnością. I nie daje pewności, kiedy ta granica została przekroczona.
Netflix
To nie jest historia "o potworze". To opowieść o człowieku, który chciał przestać czuć się niewidzialny. I znalazł na to sposób — przerażający, nieludzki, ale w jego rozumieniu… skuteczny. Serial ani przez chwilę nie usprawiedliwia Geina, ale próbuje zrozumieć jego wewnętrzną logikę. A to bywa o wiele bardziej niepokojące niż epatowanie przemocą.
W przeciwieństwie do wielu produkcji o seryjnych mordercach, ten sezon nie ucieka się do tanich efektów. Nie ma tu nadmiaru krwi ani moralizatorskich monologów. Zamiast tego – powolne rozkładanie psychiki na części. Kamera nie goni za brutalnością. Robi coś o wiele trudniejszego: zmusza do patrzenia na pustkę.
Najmocniejsze sceny nie pokazują zbrodni, ale przygotowanie do niej. Chwila ciszy przed decyzją, niepewność przechodząca w determinację — to właśnie tam kryje się prawdziwy horror.
Najciekawsze jest to, że serial nigdy nie mówi widzowi: "to był potwór". Nie wydaje wyroków. Nie wskazuje palcem winnych – ani samego Geina, ani ludzi, którzy go skrzywdzili, ani systemu, który nie zauważył problemu. Zadaje jednak inne pytanie, znacznie mniej wygodne: Dlaczego chcemy to oglądać? I co to znaczy, że – mimo wszystko – nie potrafimy odwrócić wzroku?
To właśnie w tym miejscu serial staje się lustrzany. Przestajemy patrzeć wyłącznie na Geina. Zaczynamy rozumieć, że część tej opowieści żyje także w nas — w ciekawości, która balansuje między empatią a fascynacją. Między normalnością a tym, co czai się na jej obrzeżach.
"Potwór: Historia Eda Geina" to nie jest serial do obejrzenia "na raz". To produkcja, którą się odchorowuje – powoli. Nie ma tu łatwych odpowiedzi, nie ma katharsis, nie ma nawet nadziei. Jest za to coś cenniejszego: okazja, by zapytać, co tak naprawdę sprawia, że człowiek pozostaje człowiekiem. I co musi się wydarzyć, żeby to przestało być prawdą.
Bo to nie jest opowieść o potworze. To opowieść o cienkiej, niebezpiecznie elastycznej granicy – o miejscu, które istnieje w każdym z nas, choć większość woli żyć tak, jakby było inaczej. Wystarczy jedna myśl, której nie uda się zagłuszyć. Jedna rana, która nie zdąży się zagoić. Jedna noc, którą pamięta się za długo.
Ten serial nie daje odpowiedzi. On zostawia pytanie – jedno z tych, których nie chce się wypowiadać na głos: co, jeśli najstraszniejsze w tej historii nie jest to, co zrobił Ed Gein… tylko to, że wcale nie był tak daleko od nas?