Sezon na zabijanie

Russell ni razu nie przekracza granicy dzielącej rzetelny dokument od buddy cop movie. W myśl zasady, że lepsze jest wrogiem dobrego, kino faktu jest tutaj zresztą zbyt rzetelne - prócz ...
Sezon na zabijanie
Po obejrzeniu ostatniego odcinka "Polowania na seryjnego mordercę", warto zaserwować sobie swoisty epilog w postaci któregoś z rzadkich wywiadów, jakich zza krat udzielił Richard Ramirez. Gdyby się uprzeć, facet wygląda niemalże jak sterana życiem i prochami gwiazda rocka z lat osiemdziesiątych. Plecie też znajome farmazony, zasłaniając się prawnikami, gdy rozmowa schodzi na temat, który interesuje wszystkich najbardziej. No właśnie, dlaczego w ogóle zabijał?

Nie jestem pewien, czy sam Ramirez potrafiłby znaleźć odpowiedź na rzeczone pytanie, gdyż wszystkie te androny o szatanie oraz inherentnym mroku spowijającym człowieczą naturę unoszą się w skończonej, myślowej pustce. Komu jeszcze po głowie krążą romantyczne opowieści o seryjnych mordercach, jakie zrodziła na przestrzeni lat amerykańska popkultura, ten po przestudiowaniu historii zbrodni Ramireza prędko otrzeźwieje. Bo żaden z niego geniusz zła. Bynajmniej, to zwyczajny zwyrodnialec o zepsutym uzębieniu i niskim intelekcie, obleśny pedofil, złodziej oraz - choć żaden ze mnie psychiatra, pokuszę się o postawienie diagnozy - szaleniec.



Nowy dokument Netfliksa praktycznie nie udziela Ramirezowi głosu, nie licząc porozrzucanych tu i ówdzie cytatów, które pełnią z reguły funkcję ornamentacyjną, a nie informacyjną. Reżyser Tiller Russell przyjmuje zupełnie inną perspektywę niż twórcy wcześniejszych popularnych seriali streamingowego potentata, traktujących o Tedzie Bundym i Henrym Lee Lucasie. I jest ona, na dobre i na złe, zawężona. Skupiając się niemal wyłącznie na prowadzonym przez kalifornijską policję śledztwie, skrupulatnie odnotowuje kolejne kroki ku ujęciu sprawcy, aż do zaskakującego i satysfakcjonującego finału.

Budowanie napięcia idzie Russellowi nieźle. Nie tylko z uwagi na samą gwałtowność zbrodni Ramireza, ale i dzięki "wykreowanym" przezeń postaciom. Może w świetle tego, że mowa o dokumencie, zabrzmi to osobliwe, lecz oczywistym jest, że tropiący mordercę detektywi Frank Salerno i Gil Carrillo (zawsze pokazywani przy drewnianej ladzie baru, dumający nad szklaneczką whiskey), umyślnie portretowani są jako mistrz i uczeń, stary wyga i młody, ambitny, myślący nieszablonowo śledczy. Szczęśliwie Russell ni razu nie przekracza granicy dzielącej rzetelny dokument od buddy cop movie. W myśl zasady, że lepsze jest wrogiem dobrego, kino faktu jest tutaj zresztą zbyt rzetelne - prócz autentycznych zdjęć z miejsc zbrodni, twórcy serwują niekiedy trójwymiarowe wizualizacje, co sprawia, że "Polowanie na seryjnego mordercę" ociera się momentami o tabloidową sensację. Dobrego rzemiosła Russellowi odmówić jednak nie można. Policyjna robota, jej mozół i metodyka, a także stan umysłu i ducha Salerno i Carrillo, odmalowane zostały bez fałszu, z kolei każdą chorą zbrodnię Ramireza omówiono dokładnie i klarownie.



Kurczowe przywiązanie do kryminalnego aspektu tej sprawy ma oczywiście swoje minusy - serial, choć to tylko cztery niespełna godzinne odcinki, szybko robi się trochę zbyt suchy i duszny. Nie traci przez to atrakcyjności, czy też, z braku lepszego słowa, rozrywkowości, lecz uwidacznia się w nim brak szerszego kontekstu. Russell konsekwentnie odziera historię aż do kości, podając nam wyłącznie mięcho i nie zawracając sobie głowy panoramą Los Angeles lat osiemdziesiątych, pokręconym fenomenem Ramireza, ani nawet... samą biografią mordercy, poza kilkoma kluczowymi faktami. Trudno więc oprzeć się wrażeniu, że ta historia mogłaby się wydarzyć gdziekolwiek i kiedykolwiek. Kto wie, może ten rodzaj uniwersalizmu był zamierzeniem Russella? Jako że zbrodnie popełniane przez Ramireza były losowe i przypadkowe, napędzane chucią i potrzebą chwili, narracja, jakoby coś podobnego mogło zdarzyć się tuż za rogiem, na sąsiedniej ulicy, wydaje się stosowne.

Koniec końców, nie sposób traktować "Polowania na seryjnego mordercę" jako wyczerpującego kompendium wiedzy na temat Nocnego Łowcy (właśnie tak ochrzciły zabójcę lokalne media). To nie mniej, nie więcej, tylko rzetelna kronika policyjnego śledztwa. Opowieść o ciężarze, jaki spadł na bary Franka i Gila, a także bezpretensjonalny hołd dla tych, którzy zrywają się skoro świt, by tropić potwory w ludzkiej skórze. Choć nieobowiązkowa, świetna lektura uzupełniająca.
1 10
Moja ocena serialu:
7
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
90% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Udostępnij: