Recenzja serialu

Stranger Things (2016)
Matt Duffer
Ross Duffer
Winona Ryder
David Harbour

Pięć sezonów, jedna podróż w czasie

Netflix dokonał rzeczy pozornie niemożliwej. Zbudował wehikuł czasu do lat 80., do którego wsiada się jednym kliknięciem play, a wysiada dopiero wtedy, gdy napisy końcowe dawno już znikną z
Netflix dokonał rzeczy pozornie niemożliwej. Zbudował wehikuł czasu do lat 80., do którego wsiada się jednym kliknięciem play, a wysiada dopiero wtedy, gdy napisy końcowe dawno już znikną z ekranu. Pięć sezonów „Stranger Things” połknąłem w dwa tygodnie, tak - zasiadłem do serialu po raz pierwszy od premiery w 2016 roku. Sezony były rozłożone rozsądnie, bo przecież trzeba mieć jeszcze czas na życie, ale i tak z poczuciem, że przepadłem. Dokładnie tak jak kiedyś z „Grą o tron”. Totalnie, bez wstydu, z pełnym emocjonalnym zaangażowaniem.

To serial, który nie tylko opowiada historię, ale konsekwentnie buduje świat. Hawkins jest jednocześnie zwyczajnym amerykańskim miasteczkiem i polem bitwy pomiędzy dziecięcą wyobraźnią a kosmicznym horrorem. Bracia Duffer od pierwszego sezonu grają na dobrze znanych nutach: spielbergowska przygoda, kingowski niepokój, ejtisowa popkultura w wersji best of. I o dziwo to działa przez pięć sezonów. Nawet wtedy, gdy fabuła skręca w stronę coraz większego rozmachu, a stawka rośnie do rozmiarów końca świata.

Siłą „Stranger Things” zawsze byli bohaterowie. Dorastają na naszych oczach, popełniają błędy, oddalają się od siebie i wracają, kiedy robi się naprawdę źle. Przyjaźń nie jest tu hasłem reklamowym, tylko osią całej opowieści. To dzięki niej serial potrafi wzruszać bardziej niż straszyć, a sentymentalizm, nawet jeśli momentami ociera się o przesadę, pozostaje uczciwy emocjonalnie. Trudno nie dać się wciągnąć w ten świat, w którym rower bywa środkiem ucieczki przed potworem z innego wymiaru, a kaseta magnetofonowa potrafi ratować życie.

Oczywiście, im dalej w las, tym więcej nierówności. Finałowe sezony są bardziej patetyczne, czasem zbyt pewne tego, że widz i tak już jest kupiony. Ale nawet wtedy „Stranger Things” broni się atmosferą, muzyką i tym nieuchwytnym poczuciem przygody, które sprawia, że chce się obejrzeć jeszcze jeden odcinek, mimo późnej pory.

Po pięciu sezonach zostaje nostalgia, lekki smutek i wdzięczność. Za serial, który pozwolił na chwilę wrócić do dziecięcej fascynacji opowieścią, w której wszystko jest możliwe. Dałem się wchłonąć bez reszty i jest mi z tym zaskakująco dobrze.
1 10
Moja ocena serialu:
9
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Stranger Things
[center]Uwaga! W poniższym tekście mogą pojawić się fragmenty ogólnie uważane za spoilery. Strzeż... czytaj więcej
Recenzja Stranger Things
Platforma Netflix w ciągu ostatnich kilku lat zrewolucjonizowała kanały dystrybucji programów i seriali... czytaj więcej
Recenzja Stranger Things
Chyba każdy z nas marzył o świecie magicznym, w którym mógłby stać się bohaterem i stawić czoła... czytaj więcej