Red Dead Redemption 2

2018
9,2 8 091
ocen
9,2 10 8091
2 644
chce zagrać
powrót do forum gry Red Dead Redemption 2
  • sebogothic ocenił(a) tę grę na: 9

    Premiera każdej gry Rockstara to swoiste święto branży gier. Nic w tym dziwnego, gdyż Rockstar wypuszcza gry w dość długim odstępie czasu, no i zdążył już przyzwyczaić graczy do wysokiej jakości swoich tytułów z którą nie może równać się żaden producent. Nie inaczej było w przypadku Red Dead Redemption 2.

    Choć z dwójką w tytule RDR 2 stanowi prequel historii opowiedzianej w "jedynce", nie ma więc obowiązku znajomości tamtej produkcji. Akcja "dwójki" ma miejsce 12 lat przed historią opowiedzianą w RDR1 i opowiada o gangu Dutcha van der Linde. Wcielamy się w Arthura Morgana, który jest jego prawą ręką i człowiekiem, który twardo stąpa do ziemi w przeciwieństwie do samego Dutcha, którego Arthur musi często wyciągać z kolejnych kłopotów. Po nieudanym napadzie gang ucieka przed pościgiem na śnieżną północ by tam odczekać kilka dni i zgubić pościg. Opowieść rozkręca się powoli. Sporo jest tutaj na początku spokojniejszych misji oraz mnóstwo dialogów, które zarysowują sytuację w jakiej znalazł się gang. Jako, iż dialogi to element w grach R* wykonany jest pierwszorzędnie nie miałem z tym problemu. Zawieść się mogli jedynie ci, którzy oczekiwali od RDR 2, że będzie to GTA w westernowym stylu. Przy okazji uczymy się także kolejnych mechanik i poznajemy kolejnych członków gangu. Zarówno mechanik, jak i towarzyszy jest dość sporo i z początku ciężko to ogarnąć, ale Rockstar zrealizował to sprawnie, bo przez większość rozgrywki poznajemy poszczególne osoby, nabieramy do nich jakiegoś stosunku i po prostu zżywamy się z nimi. Bohater "jedynki" John Marston także jest członkiem gangu, ale przez większość gry pozostaje gdzieś w tle. RDR 2 to opowieść o przetrwaniu w nieprzyjaznym świecie w którym dla ludzi takich jak Dutch, Arthur, John i inni nie ma już miejsca. Szybko jednak można nabrać przekonania, że każdy kolejny "genialny" plan Dutcha okazuje się jeszcze większą katastrofą niż poprzednie, więc pomimo, iż na początku można żywić sympatię i pewien szacunek do tej złotoustej, charyzmatycznej postaci, po jakimś czasie zaczyna irytować. Gdybym był Arthurem to chyba gdzieś w okolicach 4 rozdziału opuściłbym gang i odjechał w stronę zachodzącego słońca... Nie jest to może jakoś szczególnie zmyślna i wybitna opowieść, ale za sprawą tego, iż zżyłem się z Arthurem i całym gangiem pozostanie ona na długo w pamięci, tak jak i Arthur jako protagonista. Trzeba przyznać, że w 5. rozdziale chłopaki z Rockstara mocno popłynęli i popuścili wodze wyobraźni. Jesteśmy świadkami takich wydarzeń o które nigdy nie posądzilibyśmy tej gry. Jednym to się spodoba, inni będą mieli mieszane uczucia. Jednak końcowe rozdziały są naprawdę mocne kiedy widzimy jak zmieniają się nastroje w gangu, a sam Arthur przechodzi przemianę. Dowiadujemy się też więcej o jego przeszłości. Myślę, że jest to jedna z dojrzalszych, jeśli nie najdojrzalsza historia opowiedziana przez Rockstara. To dość gorzka opowieść, która kończy się sentymentalnie z małym światełkiem w tunelu na końcu.

    Od początku urzekł mnie koncept gry: zbudowanie gameplayu wokół narracji, tak by te dwa elementy były jak najbardziej spójne i wpływały na siebie wzajemnie. Na grę tak pieszczącą gracza pod względem immersji czekałem chyba odkąd zagrałem w pierwszego Gothica. Patrząc na te wszystkie gry Ubisoftu i inne ubipodobne sandboksy, których wychodzi masa, trochę już zwątpiłem, bo nie tak te 15 lat temu wyobrażałem sobie kierunek rozwoju branży. Tam ładne skądinąd światy uczyniono piaskownicami z powtarzalnymi aktywnościami wykonywanymi do porzygu i sztucznymi barierami narzuconymi przez twórców, chociażby w poziomach doświadczenia wszystkiego niczym z jakiegoś hack'n'slasha. Czekałem na grę z otwartym, żyjącym światem, w której będzie silny nacisk na fabułę, jak i wczuwkę, gdzie nie uświadczymy rozdźwięku między opowieścią a gameplayem, jak ma to miejsce chociażby w serii Uncharted. Nie sądziłem, że to Rockstar podaruje nam taką produkcję. W RDR 2 skorzystano z wielu nietypowych i niepopularnych rozwiązań. Skojarzyło mi się to z Kingdom Come, które też wyszło w 2018 roku. Tam również wiele mechanik zostało zaprojektowanych nie by wpasować się w gusta jak największej rzeszy graczy, ale tak by gracz czuł immersję z otaczającym go światem. Rockstar tak jak Warhorse miał wizję i nie bał się tej wizji zrealizować, nawet jeśli nie wpasowywała się ona w aktualne trendy gier AAA w otwartym świecie. I chwała im za to! Obie te produkcje nie są grami dla każdego, mają swoją specyfikę i są na swój sposób wyjątkowe. Raczej nie zmienią kierunku rozwoju branży, ale przynajmniej stanowią miłe wyjątki od reguły. Oczywiście, wielu graczy odbije się od wolno toczącej się opowieści, braku wygodnych mechanik, przesadnego realizmu w niemal każdym aspekcie gry. Będą też i tacy, których RDR2 po prostu urzeknie. Ostatecznie taki wolny klimat spaghetti westernu przypadł mi do gustu. Rockstar nie bał się też pustki świata, będziemy przejeżdżać przez hektary terenów na których praktycznie nic nie ma, ale ta pustka również może budować klimat. Tacy Redzi przestraszyli się tego przy Wiedźminie 3 i na ostatnią chwilę zasypali świat znakami zapytania niczym Ubisoft. Uważam, że W3 dobrze poradziłby sobie i bez nich.

    Żyjący świat w RDR2 urzeka. Jest taki o jakim marzyłem kiedy na przestrzeni lat z wypiekami na twarzy czytało się zapowiedzi nowych gier: Gothica 3, Obliviona, Wiedźmina 3. Nie wiem czy w jakiejś grze otrzymaliśmy świat zrealizowany z podobnym rozmachem. Flora i fauna to ponad dwieście gatunków zwierząt i kilkadziesiąt gatunków roślin. Możemy je odkrywać i czytać ich opisy we wbudowanym w grę glosariuszu. Pod tym względem żadna gra nie ma startu do produkcji Rockstara. Te zwierzęta nie tylko realistycznie się zachowują, ale i są świetnie animowane. Ryby nie pojawiają się jedynie wtedy gdy wyciągniemy wędkę i materializują już się na haczyku, jak to przeważnie wygląda w grach. One cały czas pływają w wodzie i w co płytszych rzeczkach można "złowić" sporego szczupaka wyciągając go na płyciznę tak sterując Arthurem by "wykopał" rybę na brzeg. Na traktach też cały czas jest ruch. Jeżdżą dyliżanse, podróżnicy, zwykli ludzie jadący do sąsiedniego miasta załatwić jakąś sprawę, stróże prawa eskortujący więźnia, kursują też pociągi. Zaś wjeżdżając do Saint Denis możemy przeżyć szok po spędzeniu kilkudziesięciu godzin w dziczy i wjeżdżając do sporego miasta. Gra składa się z dziesiątek większych i mniejszych smaczków. Myślę, że można by spędzić godziny na obserwacji świata RDR2 i cały czas wychwycić coś nowego. Tak jak i w GTA V od czasu do czasu będziemy trafiać na zdarzenia losowe. A to ktoś będzie potrzebował pomocy zaatakowany przez wilki, a to napadną nas bandyci, a to ktoś będzie chciał się ścigać konno. Jest tego dość sporo, jednak pod koniec zauważyłem, że już się to powtarza. Miejscami też za często coś się dzieje i nieco wybija z rytmu przy posuwaniu naprzód wątku głównego.

    Od strony gameplayu najlepiej opisać RDR 2 jako najlepszy symulator Dzikiego Zachodu jaki powstał. Aż sam nie wiem od czego zacząć opis. Czy od polowań i łowienia ryb, które zostały zrealizowane niemal tak jak w symulatorach tego typu gier. Oprócz zwykłych zwierząt są też zwierzęta legendarne na które możemy polować i je łowić. Jak na western przystało możemy napadać na pociągi, dyliżanse, sklepy, poszukiwać przestępców szukanych listem gończym. Najlepsze jest to, że wszystkie te czynności wykonuje się naturalnie, bez typowego dla sandboksów "czyszczenia" mapy z wykrzykników czy znaków zapytania. Dawno żaden tytuł za sprawą swojej immersji nie wciągnął mnie z taką mocą na drugą stronę ekranu. Jest też i seria minigier oraz pomniejszych aktywności: możemy zagrać w pokera, black jacka, domino, pięć palców, pójść do kina czy teatru, pójść do saloonu. Na koniec pozostaje zbieractwo. Możemy zbierać kilka kolekcji kart znajdowanych przy papierosach, oprócz tego do zebrania są: łapacze snów, kości dinozaurów, petroglify, skarby, możemy też spełniać zachcianki członków gangu i szukać dla nich konkretnych przedmiotów. Choć mapa nie jest obsypana znacznikami naprawdę jest wiele do zrobienia i sekretów do odnalezienia. Na szczęście nie trzeba tego wszystkiego robić i można skupić się na wątku głównym i misjach pobocznym, czyli największym mięskiem RDR 2. Obóz też jest jakby osobnym rodzajem aktywności. Możemy go wspomagać czy do dokładając pieniądze do wspólnej kasy, czy to ofiarowując konkretne przedmioty jak np. kosztowności czy mięso. Od czasu do czasu będziemy mogli towarzyszyć komuś w polowaniu czy jakimś drobnym napadzie. Możemy wykonywać też proste prace w obozie karmiąc konie, rąbiąc drewno czy przynosząc wodę.

    Pod względem mechanicznym gra jest dużo bardziej złożona niż to mogłoby się wydawać. Wraz z korzystaniem poszczególnych umiejętności rozwijamy współczynniki: zdrowia, wytrzymałości i zabójczej precyzji. Zdobywając specjalne przedmioty czy to je znajdując, czy to wytwarzając u traperów bądź innych wytwórców możemy zdobyć szereg umiejętności pasywnych. Są też specjalne wyzwania znawcy broni, bandyty, odkrywcy, hazardzisty, zielarza, jeźdźca, rewolwerowca wykonywanie których daje nam specjalną broń czy nowe ulepszenia. W sumie to do dziś nie wiem za bardzo jak działa tutaj wytwarzanie kolejnych ubrań u traperów czy wizualnych ulepszeń obozu. Czy wystarczy raz zdobyć określoną ilość idealnych skór z danego gatunku zwierzęcia by mieć ten wymóg dożywotnio spełniony? Czy trzeba na każde ubranie i ulepszenie zdobywać nową porcję idealnych skór? Postać obdarzona jest szeregiem statystyk i właściwości, tak samo jak koń. Warto więc dbać o rdzenie poszczególnych współczynników by paski szybko się regenerowały. Trzeba zadbać o to by umyć konia i samego siebie od czasu do czasu, bo to też ma wpływ na rdzeń naszego zdrowia, jak i na to jak odbierają nas postronne osoby. Ważna jest także więź z koniem. W stajniach możemy kupić i ulepszyć siodło, a u rusznikarza dopieścić ulubioną broń w bardzo rozbudowanym systemie craftingu. Możemy wybrać z jakich materiałów mają być wykonane poszczególne elementy, zdobienia itp. itd. Takich małych szczegółów i szczególików jest bez liku i opisanie tego w pełni nie jest chyba możliwe. Na dopieszczaniu swojego ekwipunku można utknąć na długo i wydać na to małą fortunę. Naturalnie można też złapać dzikiego konia, starać się go ujarzmić i oswoić. Trzeba też pamiętać również o to by od czasu do czasu wyczyścić broń.

    Dlatego dziwi, iż Rockstar tworząc tak kompletną, przemyślaną w wielu aspektach i złożoną grę nie ustrzegł się uchybień w podstawowych kwestiach. A mowa tu o sterowaniu. Gdy przychodzi do większych strzelanin to miejscami odechciewało mi się grać, a sama gra frustruje. Przeszedłem całą serię Uncharted, ucząc się gry na padzie i nie miałem takich problemów z celowaniem za pomocą analogów co RDR 2. Celownik pływa po ekranie, raz szybciej, raz wolniej i absolutnie nie można tego wyczuć. Poza tym część strzelanin odbywa się w pełnym galopie co jeszcze bardziej utrudnia sprawę, a tryb zabójczej precyzji sprawia, że celownik sunie wooolno po ekranie, nim namierzymy za jego pomocą kilku przeciwników mijają wieki, a cały pasek się wyczerpie. Sterowanie postacią też mogłoby być bardziej responsywne. Gra ma dość naturalną kolorystykę i czasami ciężko wypatrzeć, gdzie znajduje się przeciwnik i ilu ich w ogóle jest. Nie mówiąc już o tym, że czasem można obudzić się z ręką w nocniku, gdy nagle skończą się wszystkie pestki, a broń długą zostawiliśmy na koniu. Ale ta ostatnia rzecz to kwestia przyzwyczajenia. Z innych sytuacji to na początku nie wiedziałem, jak dać upolowaną zwierzynę rzeźnikowi w obozie. W samouczku takie zwierzę wieszaliśmy na specjalnym haku. Tutaj też jest taki hak, ale okazało się, że upolowane zwierzę jest po prostu ikonką w oknie handlu. Jest kilka takich nieintuicyjnych, jak i frustrujących sytuacji. Miejscami odnosiłem wrażenie jakby postać zupełnie nie reagowała na nasze polecenia. W ferworze akcji wyciągnięcie broni, schowanie się za osłoną czy przeskoczenie jakiejś przeszkody staje się sztuką. Typowa dla Rockstara konstrukcja misji także daje o sobie znać. Trochę trąci to myszką kiedy w sandboksowej grze w trakcie wykonywania misji nie mamy ani odrobiny swobody, bo każda samowolka kończy się przegraniem misji i rozpoczynaniem od punktu kontrolnego (dobre i to, bo drzewiej trzeba było rozpoczynać misję od nowa). Od czasu do czasu mamy do czynienia ze strzelaniną w której liczba przeciwników jest dość mocno przesadzona. Przeciwnicy pojawiają się też jakby znikąd byleby dać pretekst do strzelanin. Wiadomo, że w tego typu grze też trzeba zadbać o to by coś się działo, jednak gra nie straciłaby na tym gdyby trochę zmniejszono liczbę przeciwników w niektórych strzelaninach.

    Od gry odbijałem się i wracałem kilkukrotnie porzucając ją na wiele miesięcy. Dość powiedzieć, że RDR2 kupiłem na premierę a przeszedłem dopiero teraz. W trakcie ostatniego powrotu coś zaskoczyło i nie ginąłem głupio podczas strzelanin. Jeśli musiałem rozpoczynać misję od punktu kontrolnego to najczęściej przez to, że zrobiłem coś nie tak. Może to kwestia tego, że w międzyczasie rozwinąłem współczynniki, więc najczęściej obyło się bez głupich zgonów. Ostatnim razem przerwałem pod koniec 4 rozdziału i przez kilka ostatnich dni pochłonąłem resztę opowieści. Został mi jeszcze epilog. Kiedy te wcześniej wspomniane rzeczy przestały mnie irytować powieść przyciągnęła, a immersja przeciągnęła na drugą stronę ekranu.

    Pomijając kwestię sterowania i jego responsywności, reszta technikalów zachwyca i pozostawia daleko w tyle pozostałe gry. Rockstar przywiązuje uwagę do szczegółów o których inni twórcy nawet nie pomyślą. Oprawa graficzna jest wspaniała. Ma w sobie pewien realizm dzięki odpowiedniej kolorystyce, oświetleniu. Poziom grafiki jest równy, nie ma tutaj lepiej lub gorzej wykonanych elementów wszystko stoi na równie wysokim poziomie dzięki czepu oprawa jest spójna. Napotkane widoki niezmiennie zachwycają. Tak samo jak animacje wszystkiego co się rusza, naturalne jak nigdy dotąd. Ma to oczywiście swoje konsekwencje we wspomnianej małej responsywności Arthura, nieraz ciężko nad nim zapanować, zwłaszcza kiedy musimy działać szybko. Jednak czy jest to aż tak wygórowana cena by obserwować niesamowicie naturalne i płynne animacje poszczególnych czynności? Na to każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Da się grać z widoku FPP, z bliska możemy też podziwiać każdy model broni, który strzela inaczej kiedy jest czyściutki, a inaczej kiedy jest już mocno zużyty i zniszczony.

    Muzyka jest klimatyczna, pozostaje najczęściej w tle. W trakcie wykonywania misji pojawia się w precyzyjnie wyznaczonych momentach. Kiedy trzeba jest dynamiczna, kiedy jedziemy gdzieś w dal na swoim wiernym koniu jest odpowiednio sentymentalna. W trakcie zwykłej rozgrywki od czasu do czasu też odzywa się przyjemny ambient. Towarzyszą nam też utwory grane przez orkiestrę gdy jesteśmy na jakimś balu albo śpiewane przy ognisku przez członków gangu. Głosy bohaterów jak zwykle w grach Rockstara wypadły rewelacyjnie. Nie zawodzi Roger Clark, któremu przypadło użyczyć głosu Arthurowi Morganowi. Dzięki jego tembrowi Arthur Morgan będzie dla mnie jedną z ikon Dzikiego Zachodu obok Clinta Eastwooda czy Johna Wayne'a.

    Niezbyt składna ta recenzja. Starałem się opisać możliwie jak najwięcej, ale tego jest tak dużo i tak splata się ze sobą, że miejscami nie widziałem z której strony ugryźć dany temat. Równolegle z RDR 2 ogrywałem AC: Odyssey, która przy produkcji Rockstara wygląda jak gra dla dzieci. Ładny, ale makietowy świat, animacje dziwnie przyśpieszone, sporo infantylnej, powtarzalnej treści. Choć ma tą zaletę, że sterowanie jest porządne i nie trzeba ciągle uważać co się wciska jak w RDR2.

    Red Dead Redemption 2 to niewątpliwe arcydzieło sztuki cyfrowej i najlepszy western wśród gier, choć jednocześnie jest to produkcja niełatwa do przyswojenia. Jednych znudzi wolno toczącą się akcją, inni odbiją się od problemów ze sterowaniem. RDR 2 to dzieło pokroju filmów takich jak "Dawno temu na Dzikim Zachodzie", "Czas apokalipsy", "Dawno temu w Ameryce", "Dobry, Zły i Brzydki" albo "Irlandczyk". Dojrzała opowieść, przedni klimat łączy się też z dłużyznami przez które nie wszyscy przebrną. Nie wiem ile zajęło mi przejście. To dosyć dziwne, bo w grze jest masa statystyk, w poprzednich grach Rockstara był w statystykach dostępny czas rozgrywki a tutaj nie bardzo mogę go znaleźć. Sądzę jednak, że będzie to coś w granicach 60-100 godzin spędzonych głównie na wykonywaniu wątku głównego, zadań pobocznych na które tylko się natknąłem. Od czasu do czasu korzystałem też z innych aktywności: zagrałem w pokera, poszedłem do teatru czy kupić ubranie lub broń.

    Na pewno nie obraziłbym się gdyby na silniku "dwójki" powstał remake pierwszego RDR zwłaszcza, że kawał świata został odtworzony na potrzeby Red Dead Online. Wystarczyłoby tylko przepisać fabułę i dialogi, stworzyć misje, bo cała mechanika już jest. Myślę, że po wielu bojach przetarłem się ze specyfiką RDR 2 i gdyby takowy remake powstał to kupiłbym bez zastanowienia. Na pewno też za jakiś czas powrócę sobie po raz drugi do tej produkcji by przejść ją na spokojnie, może poświęcając czas na rzeczy, których nie chciało mi się robić za pierwszym razem jak polowania na legendarną zwierzynę, robienie wyzwań czy szukanie znajdziek.