... a tak wyszła kiszka. Taki trochę thriller klasy B. Przecież to są czasy "Wszyscy ludzie prezydenta" i "3 dni kondora"! Ale cóż, jak się pisarz - lekarz bierze za robienie filmu, to taki właśnie skutek. A żeby nie było gołosłownie, moje zarzuty: film przegadany. Wszystkie ważniejsze dla fabuły informacje przekazywane są dialogami, w dodatku niezbyt fortunnymi. Ot, "słuchaj, Franek, co ci mam do powiedzenia, na pewno cię to zainteresuje. Ciebie i tą laskę, która chowa się za drzwiczkami od szafki". Takie coś może działa w książkach, ale film to obraz. Przy nadużywaniu takich środków robi się Moda na sukces. Aktorzy są dziwacznie prowadzeni. Reżyser każe im mówić jakieś absurdalne wstawki, jak choćby nieśmiertelne westchnięcie i tekst "Kobiety!" w wykonaniu dyrektora szpitala, kiedy główna bohaterka wychodzi z jego biura... Myślałem, że rzygnę. I takich małych wtrętów jest więcej. Np. ten dziadek - ochroniarz, który nagle informuje lekarkę, jaki jest wynik meczu... Po chwili oczywiście bohaterka orientuje się dzięki temu, że ktoś chce ją capnąć (pyta o wynik meczu, a napastnik za drzwiami nie odpowiada)... Tanie, jarmarczne sztuczki dla naiwnych. Miło zobaczyć dwóch świetnych aktorów (Michael Douglas i Ed Harris) na początku ich kariery, ale to jakby nie sprawia, że ten film choć w połowie jest lepszy. A kolejnym nieudanym aspektem jest muzyka. Irytująca, za głośna, mająca trzymać w napięciu, a w rzeczywistości budująca jakiś groteskowy klimat momentami... Naprawdę w dobrych filmach z tamtych lat wcale nie używano w ten sposób muzyki. Vide choćby filmy Sidneya Lumeta. Wszystko to takie jakieś oczywiste, pozbawione tajemnicy... Moja ocena: 2/10. Bo ten pomysł (nie scenariusz) ma potencjał. Tylko ktoś zdolny musiałby go przerobić, a potem jeszcze dobry reżyser przenieść na ekran. I mógłby wyjść naprawdę ciekawy film. A tak - kiszka.