Książkę czytałem lata świetlne temu i długo musiałem się "zbierać by zobaczyć dzieło Anga Lee, bo jak to zwykle bywa strach przed zderzeniem z adaptacją jest zabójczy. W końcu nadszedł ten dzień, czytaj wieczór, że z braku laku zasiadłem przed ekranem i włączyłem Życie Pi. Po dwóch godzinach cieszenia oczu przyszła refleksja: Czy ten film jest na prawdę tak doskonale sfotografowany, tak kolorystycznie doskonały i tak nastrojowo piękny, czy ja po prostu oglądałem kolorowy kicz ze straganu z disco polo. Czy Ang Lee nakręcił coś pięknego, czy to zwykła Barbie filmowa. Doprawdy nie wiem, ale daję mu siedem, a może nawet osiem gwiazdek.