??

Nie bardzo kojarzę dlaczego kościół i dobro,duchowość zawsze są ze sobą mieszane.Przecież tyle samo jest dobrych ludzi pełnych wiary którzy nie chodzą do kościoła jak i tych prokościelnych którzy bywają w kościele.Dla mnie nie ma żadnego znaczenia czy przesiadujesz w kościele czy jesteś duchownym czy też zapatrzonym człowiekiem w te 4 ściany to tylko symbolika wiary.Nie chcę źle pisać o kościele ale tam jest tyle samo zła i dobra jak w każdej innej "instytucji" Jestem wierzący,byłem ministrantem,lektorem,byłem też w seminarium "przez chwilę" ale od lat nie uczęszczam do kościoła,źle mi się zaczęło to miejsce kojarzyć po prostu,więcej tam polityki niż wiary,natomiast wieczorem modlę się od dziecka, wierzę w Boga i wiara dla mnie jest istotna tak zostałem wychowany i tak chcę umrzeć ale w pewnym czasie zdałem sobie sprawę że wiara,czynienie dobra i wartości nie koniecznie muszą mieć coś wspólnego z kościołem.Dobro,wiara jest w każdym z nas albo się to pielęgnuje ale tego nie czuje i żaden ksiądz żadne 4 mury z dzwonami na dachu są mi do tego nie potrzebne,tym bardziej że duchowni są takimi samymi ludźmi jak my jedni są źli inni dobrzy....

53
  • Komentarz trafny, ale to jest zjawisko czasów w jakich żyjemy. Kościół można traktować dwojako - jako miejsce, gdzie można odbyć pewne sakramenty, świątynie duchowną, miejsce jedności z innymi wiernymi. Albo właśnie jako polityczny katalizator, pełen idei i wyzbyty samodzielnego myślenia, wszystko zależy od człowieka, który tam uczęszcza.
    Dlaczego kościół jest utożsamiany z duchowością? Cóż, to chyba oczywiste. Jest tam tego duże nagromadzenie. Wiadomo, że osoby pełne przeżyć duchowych i głęboko wierzące nie są tylko w kościele, ale często przede wszystkim tam. Przynajmniej jest to pierwsze miejsce, o którym myślimy, jako chrześcijanie. Gdybyśmy byli wychowani w religii judaistycznej, to pierwszym miejscem byłaby Synagoga. Całkiem normalna rzecz, a to, że w kościele można spotkać osoby złe - jest chyba naturalną koleją rzeczy. Mogę się nawet pokusić o stwierdzenie, że znajdziemy dużo dobrych osób w więzieniach, które z różnych przyczyn się tam znalazły. Życie bywa przewrotne.

    • Trudno się nie zgodzić z tym co napisałeś.Niestety ja od lat widzę że społeczeństwo jest coraz bardziej egoistyczne,zawistne,nietolerancyjne pełne hipokryzji,coraz więcej zazdrości....nie wiem być może jak byłem młodszy nie 'widziałem tego" może nie analizowałem ludzkich zachowań albo nie miałem tylu życiowych doświadczeń żeby to zweryfikować,teraz wiem jacy są ludzie.Oczywiście nie wszyscy są źli ale spora część jeśli nie większość,i nikt nie uczy tego jak być lepszym,nawet kościół uczy podziałów na grupy społeczne,potylicy robią swoje,sędziowie,nauczyciele.....wszystko idzie nie w tym kierunku co trzeba,każdy skoncentrowany tylko na tym co może zyskać,ile może zyskać....Zdecydowanie lepiej pamiętam czasy wstecz,mam wrażenie że ludzie byli wtedy nieco lepsi dla siebie...

  • komentarz mało logiczny i mało tolerancyjny. Przecież większość filmów jest o dobrych ludziach, którzy nie chodzą do kościoła, jak Forest Gump, Pulp Fiction, LalaLand, Ojciec Chrzestny (choć M.Corleno był wprawdzie na chrzcie), Słomiany wdowiec, Lot na kukułczym.., czy nawet Rocky albo Terminator2 :) Wiec dlaczego nie może być też kilka o dobrych, co chodzą do kościoła, czyżby całkowity brak tolerancji :)

  • Wiem że to co napiszę zabrzmi jak New Age ale ludzie już są tak skonstruowani że szukają wszędzie Boga tylko nie w samych sobie. A jeśli miałbym określić coś mianem duchowości na "zewnątrz" to byłaby to prędzej natura czy Słońce niż jakiś określony budynek czy instytucja społeczna.

    • Do mnie natura też bardziej przemawia w poszukiwania duchowości niż budynek czy jakaś instytucja....Ludzie nie znają Ewangelii,Nowego Testamentu,to co obecnie się dzieje nie ma nic wspólnego z wiarą katolicką.Niektóre grupy wykorzystują naszą wiarę do swoich celów,przekonań nawet do zdobywania władzy i manipulacji ludźmi ......

      • Eee ja bardziej jestem poszukiwaczem duchowym niż praktykującym katolikiem. Ale jest kilka rzeczy które dotyczą również i chrześcijaństwa i mam z nimi problem. Te rzeczy nie dają mi teraz spokoju. Przykładowo mam problem z ego. Tak z tym złym ego którego najlepiej się pozbyć. Mam z tym problem bo faktycznie ego jest źródłem problemów ale przecież działa też determinująco. Czy aby na pewno ego to jest coś w 100% złego jak mówi New Age czy nawet chrześcijaństwo? Kolejny problem to zagadnienie walki ze złem. Gdzieś przeczytałem że prawdziwe dobro nie walczy ze złem. I tutaj znów jest problem nadstawiania drugiego policzka, poddania, bierności. Tak to nie tylko chrześcijaństwo ale i inne religie głoszą hasła o poddaniu się, nie stawianiu oporów życiu. A przecież życie tą ciągła walka, nawet w nas samych wciąż toczy się wojna. Gdyby nie nasz układ odpornościowy który dzielnie zwalcza różne choróbska to już byśmy dawno umarli. Zacząłem mieć duże, bardzo duże wątpliwości co do tych zagadnień.

        • Ja kiedyś wychodziłem z założenia że trzeba być "mądrzejszym" i nastawić drugi policzek ....obecnie z wiekiem i doświadczeniem życiowym nabrałem przekonania że "oko za oko" to jedyne rozwiązanie walki ze złem ....nie można być biernym,bo w ten sposób dajemy przyzwolenie,na wszystko co złe.Podam Ci przykład ,obecnie walczę z moim byłym pracodawcą który oszukiwał przez lata kilkadziesiąt osób i nie robię tego z jakiejś ,złości,chęci zemsty ale dlatego że uważam że bierność ludzi doprowadza do tego że takie "mendy" pasożytują na społeczeństwie,ludzie dają się oszukiwać ,odchodzą ze skruszoną miną a źli ludzi rosną w siłę ....w te sposób ten świat schodzi na "psy" Jedynie walcząc z ludźmi złymi można coś zmienić...Ja nic specjalnie nie uzyskam ale dzięki mojej "walce" z byłym pracodawcom,ludzie którzy u niego pracują będą mieli lepiej a on się 3 razy zastanowi czy warto dalej oszukiwać...proste..

          • Racja. Dla mnie przykłady że chrześcijańskie nadstawianie policzka czy "poddanie" w wersji New Age nie oddaje rzeczywistości. Załóżmy że idziemy po lesie i nagle atakuje nas jakiś dziki niedźwiedź. Co robimy, biernie dajemy się zeżreć? Nie, uciekamy w popłochu, najlepiej na drzewo bo miśki szybko biegają a jak mamy jakąś broń to się bronimy. Inny przykład, wpadamy w bagno. I co robimy? Krzyczymy licząc że ktoś nas usłyszy, jednocześnie staramy się wydostać, złapać jakiegoś drąga. Robimy tak bo tak działa nasz instynkt przetrwania. Tak jesteśmy skonstruowani. życie to ciągła walka. Krytykuję też New Age. Często można trafić na jakiegoś guru który pierze w głowach ludziom i gada że trzeba nic nie robić, wygasić pragnienia, nie ma żadnych problemów. Oczywiście że duża część problemów tworzy się w umyśle ale gdybyśmy nic nie robili udając że wszystko to wytwór naszego umysłu to byśmy z głodu poumierali bo nie mielibyśmy pieniędzy na jedzenie czy dachu nad głową. Potem chodzą tacy wysmarowani popiołem żebracy bo myślą że ta asceza, wyrzeczenie się wszystkiego pomoże im w osiągnięciu jakiegoś oświecenia. To samo ci nawiedzeni mnisi buddyjscy. Oni na widok kobiety wzrok odwracają.
            Więc ostatnio doszedłem do wniosku że jeśli coś nas pcha do rozwoju duchowego to jest samo życie które ma swoje aspiracje, pragnienie bycia bardziej, pełniej. Nie należy mylić tego z płytkim egoizmem. My przecież mamy tą aspirację nieśmiertelności, aspirację bycia panami własnego życia, życia wolnego od ciągłego strachu. Ale wszędzie naokoło mówią nam że trzeba cierpieć w pokorze bo tak ma właśnie być. Poddać się jakiemuś Bogu albo guru, wyrzec się czegoś, nie pragnąć i tak dalej. Tak jakby cały świat zaprzysiągł się przeciwko życiu.

            • Podkreślam że to tylko moje zdanie, nikt nie musi się z nim zgadzać. Wprost przeciwnie, argumenty przeciw są nawet pożądane:)

              • Argumentów że lepiej nastawić drugi policzek można mnożyć wiele i to że dobrem zwycięży się ze złem też,ale czy jeśli walczysz ze złem to nie jest właśnie dowód "dobra"?Przecież bycie pasywnym względem "złych ludzi" nie oznacza bycie dobrym? Tylko słabi i nieudolni nie walczą a bycie słabym i nieudolnym nie oznacza bycia "dobrym" hehe...masło maślane ale myślę że wiesz o co mi chodzi.

                • Taka jest natura życia. Trzeba zło nazwać złem a dobro dobrem nawet jeśli ci wszyscy super mądrzy duchowi guru będą gadać że nie ma dobra ani zła albo że nasze umysły mają ograniczone postrzeganie aby widzieć całą "prawdę". Po etapie chrześcijańskim stałem się zwolennikiem buddyzmu i New Age. Teraz buddyzm uważam za toksyczny tak samo jak chrześcijańskie poczucie winy. Dajmy na to takie hasła jak - brak istniejącego ja, brak pragnienia brakiem cierpienia, unikanie nieprzyjemnych doświadczeń, brak przywiązania. Jest to filozofia antyludzka która nie powoduje rozwoju życia a zamianę człowieka w jakiegoś robota który ma tylko przeżywać wyłącznie same wymuszone, wyuczone pozytywne emocje. A co ze spontanicznością? Co z wolnością? Jeszcze gorsze pomysły buddyzmu to obrzydzanie sobie ciała i zmysłowości. A czy zmysłowość i ciało nie są aby częścią życia? Czemu mamy sobie to wszystko obrzydzać? Dopiero teraz zdałem sobie sprawę jakim syfem jest buddyzm ale jak to mówią lepiej późno niż wcale. A najlepsze jest to że ci tzw. głosiciele filozofii poddania i nadstawiania drugiego policzka sami nie mają problemów z "ewakuacją" w razie jakiegoś problemu albo zarabianiem masy pieniędzy na naiwności swoich wyznawców. To nadstawianie drugiego policzka jest doskonałe ale dla naszego potencjalnego wroga który nie tylko nie nadstawia ale jeszcze dodatkowo jest pozbawiony zasad moralnych. Więc bez mrugnięcia okiem może nas zniszczyć, jak nie pozbawić życia to okraść lub doprowadzić do choroby psychicznej albo fizycznej. I tutaj też przychodzą mi do głowi ci wszyscy politycy którzy chcą abyśmy ciągle angażowali naszą uwagę w ich ciągłe kłamstwa i oszustwa, chcą żerować na nas naszą energią życiową nie dając tak naprawdę w zamian nic.

                • Też te tematy bardzo mnie interesują i ostatnio doszedłem do wniosku, że ogólną filozofię i narrację gnostycyzmu dałoby się zaadaptować do dzisiejszej psychologii. Czyli generalnie nie chodzi o odrzucenie tak naprawdę czegokolwiek z definicji, ale odrzucenie wszystkiego, co jest tylko i wyłącznie pro formą, pozorami, powierzchownością (w klasycznym gnostycyzmie to było po prostu "ciało"). Też dużo się mówi o "wewnętrznym dziecku" w psychologii - zaraz ciąg skojarzeń następuje, bo Jezus mówił, by stać się jak dzieci, narodzić się ponownie - ale z Ducha, to z kolei kojarzy się już z gnostycznym Jezusem znanym np. z Ewangelii Tomasza, ziarnko gorczycy z perłą, to z trzecim okiem znanym z New Age... czyli generalnie wszystko, co pochodzi z naszego prawdziwego ja, tej bożej iskry, jest dobre. Nic samo przez się w świecie zewnętrznym nie jest złe, ale może zwodzić pozorami. Rozwój duchowy to rozkwit tej rośliny z małego ziarnka, gdy jest ku temu dobry katalizator. Roślina, gdy rośnie, oplata wszystko, co w nas jest, zaduszając to, co zbędne, niepasujące do tej prawdziwej istoty, a integrując to, co kompatybilne. Wydaje mi się, że w duchowości tak naprawdę sednem jest integracja, synchronizacja, a nie usuwanie czegokolwiek. To nie sęk. Ale ważne, by to, co wewnątrz, rodziło coś, co wyrasta na zewnątrz, nie o budowanie sztucznych fasad. Co do nadstawiania policzka i miłowania nieprzyjaciół, to władcy/politycy napuszczają na siebie "szarych ludzi". Gdyby nie wzajemna nienawiść i chciwość maluczkich, ci u górze nie mieliby profitów. Mam świadomość, że miłość do wrogów to jest cholernie trudna sprawa, czasem wydaje się, że wręcz nienaturalna postawa. Jednak nie oszukujmy się - jest to możliwe, gdy naprawdę jesteśmy w pełni świadomi, że zło jest jak choroba wirusowa. Gra na zasadzie "podaj dalej". Nie tyle chodzi o to, by po prostu nie odpłacać się pięknym za nadobne, co wytworzyć w sobie taki stan, w którym krzywda nie może nas dotknąć, ale nie dlatego, że się zamykamy lub wywyższamy, a dlatego, że mamy autentyczną miłość w sobie.

                • Ja do czego doszedłem a grzebię w różnych rzeczach. Ostatnio trafiłem na pogaństwo a nawet duchowy satanizm. Nie mylić z Kościołem Szatana i innymi toksycznymi sektami. Więc cechy wspólne które uznaję za podstawę to że rozwój duchowy musi być w ciele materialnym więc żywe mięso i kości. Dlaczego? Bo ciało materialne tak samo jak ego i świadomość jest życiem. To wszystko jest życiem albo inaczej energią tylko że na innych wibracjach. To życie można właśnie uznać za Boga Absolutu. Nie jest to jednak Jahwe ani jakikolwiek Bóg pogański. Życie jest tajemnicą i ponad wszystkimi wierzeniami. Więc moim zdaniem rozwój duchowy musi być w ciele materialnym. Może być tylko tu i teraz ponieważ życie może być wyłącznie tu i teraz, nigdzie indziej. Samobójstwo wyklucza więc rozwój duchowy, tak samo jak oczekiwanie w czasie na apokalipsę czy życie po śmierci. Boga Absolutu porównałbym do Słońca które daje niezliczoną ilość promyków słonecznych. Słońce jest energią, słońce jest życiem, bez Słońca nie byłoby życia. Słońce jest światłem więc życie jest światłem. My również jesteśmy światłem ale tu nie chodzi o to żeby modlić się do Słońca. Chodzi o to co my możemy zrobić jako to światło. Więc moim zdaniem my możemy jako to światło zacząć mocno świecić "jaśnieć". To wszystko co tak naprawdę możemy zrobić jako życie w aspekcie duchowym. Jako ten mały promyk mamy ambicję aby sami stać się gwiazdą, podobną Słońcu. To wydaje się sensowne. Przecież we wszechświecie istnieją miliardy takich Słońc. A im bardziej jesteśmy tym bardziej świecimy rozjaśniając wszystko zarówno wewnątrz nas jak i na zewnątrz. Nie tylko świecić ale można nawet i płonąć żywym ogniem który tak jak Słońce ma działanie oczyszczające. Oczywiście to wydaje się taką paplaniną o niczym ale mam nadzieję że sedno uchwyciłem. Czym jest tak naprawdę życie, co może i tak dalej.

                • Co do miłości. Ktoś powiedział że prawdziwa miłość przychodzi wtedy gdy jest spontaniczna, niestety ludzie od dziecka uczą się miłości, każe im się kochać. Dlatego ludzie potem wybierają często nienawiść bo nienawiść nie jest wyuczona i robi się łatwo spontaniczna.

                • Brzmi całkiem sensownie, choć gdzieś tam pod całą abrahamiczną kompilacją wierzeń (pełną zresztą symboli), kryje się, jak dla mnie, jeszcze głębszy wymiar duchowości. Żydzi mają w końcu swoją kabałę, która być może rozwijała się długo, a którą Chrystus nazwał kluczami poznania ukrytymi przez ówczesnych żydowskich władców religijnych. Zauważ, że życie jest rzeczywiście energią, ale tzw. materia (wspominasz o materialnym ciele) to tylko pośledni rodzaj owej energii. Fizyka kwantowa zdaje się więc przychylać bardziej do filozoficznego stanowiska idealizmu, niż materializmu, tj. świadomość/mentalizm/duchowość jest pierwszorzędna; ona wytworzyła to, co znamy jako "materię". Bo rzeczywiście, mimo że wszystko jest rodzajem energii, ten podstawowy jej mikropoziom rządzi się innymi prawami, niż ten widoczny. Można powiedzieć - tam bardziej widać boskość. Nasza wiara leczy lub unieszczęśliwia. Zarówno na poziomie zwykłej psychologii i prawa samospełniającej się przepowiedni, jak i na poziomie energetycznym, bo wiadomo, że zarówno serce (organ inteligentny), jak i mózg, pozostają ze sobą w realnej komunikacji, tworząc wokół nas pole elektromagnetyczne. Efekt placebo i nocebo dają się pociągnąć do ekstremum, a wówczas jesteśmy świadkami tzw. cudów, np. niespodziewanej i radykalnej remisji nowotworu. Co wywiera tak gigantyczny wpływ na... materię? To, co jest głębiej. To, co wewnątrz. To, co mniej stałe i bardziej przypomina potocznie znaną energię. Nasze myśli i uczucia są impulsami elektromagnetycznymi, i to one, np. w formie niezwykle silnej wiary, wywierają wpływ na procesy zachodzące w "materialnym" organizmie. Jeśli uwierzysz, że "jest jak jest", i nic się nie da zmienić, na różnych poziomach twoje życie potwierdzi takie przekonanie. Jednak gdyby nie takie rzeczy jak pasja lub wiara, nadal żylibyśmy jako ludzie pierwotni, w jaskiniach. A zatem, na człowieku widać najdobitniej, iż to nie życie dostosowuje się do warunków, a warunki dostosowują się do życia. Życie jest siłą twórczą, kreatywną, konfigurującą to, co zastane. Można to sprowadzić do prostej zasady, znanej właśnie idealizmowi: "duch rządzi materią". Jeśli spojrzysz natomiast we wnętrze atomu, to tak, jakbyś spojrzał w jakiś układ planetarny. Wszystko w kosmosie wydaje się więc złożone z podsystemów i nadsystemów, choć każdy kolejny pułap jest analogiczny do tego, który w sobie zawiera. To sprawia, że kosmos zaczynamy wizualizować sobie jako hologram. To z kolei sprawia, że całkiem uprawomocniona staje się wizja, w której mówimy "W BOGU żyjemy, poruszamy się i jesteśmy". Przypomina panteizm? Może, ale to cytat z Ewangelii. Podobnie jak "ja jestem w Ojcu, a on we mnie". Rozwijać połączeń między Ewangelią i żydowską tradycją, a najnowszymi odkryciami naukowymi nie będę, ale skupię się na jednym: Rupert Sheldrake, naukowiec odrzucony przez mainstream, uważa, że niedługo zmieni się naukowy paradygmat. Materialistyczny staje się powoli przeżytkiem. Rupert postuluje, że im więcej wiemy, tym bardziej przekonujemy się, że to jednak starożytni mieli słuszną intuicję - że wszystko wokół nas w pewien sposób ŻYJE i jest ŚWIADOME. A to... przywołuje na myśl kabalistyczną, bardziej wyrafinowaną wizję Boga - mianowicie, akt kreacji trwa nadal, czy też współkreacji. Cały kosmos to w tej wizji MYŚL w WIECZNYM UMYŚLE BOGA. Czyli to jednak Bóg pozostaje w dalszym ciągu najbardziej adekwatnym, a jednocześnie przyswajalnym pojęciem, najlepszą klamrą, która spina to wszystko, co wiemy. Co za tym idzie, mądrości nabiera zakaz bałwochwalstwa; zakaz sporządzania podobizn, nazywania Boga po imieniu (powiedział "jestem, który jestem", a Żydzi zrobili z tego... imię) itd. Jest to mądre, ponieważ człowiek ma tendencję do ubóstwiania wybranego aspektu przyrody (np. rzeczonego słońca), choć jest to wciąż jedynie jeden z efektów kreacji, a nie Kreator. Możemy więc po tym, co widoczne, wnioskować o cechach Kreatora, ale Jego samego nie da się zamknąć w jakimś pojedynczym, prostym wzorze, i nie o to chodzi. Możemy wziąć jakiś element przyrody i stwierdzić "to jest do Boga całkiem podobne", ale nie można stwierdzić, że jest to podobizna - bo to co innego. A to z kolei sprawia, że nie czcząc wyrywków stworzenia, życie duchowe ma szansę stać się faktycznie duchowym, głębokim, intuicyjnym, a nie pusto rytualnym, na pokaz. Chodzi faktycznie o docenienie życia takiego, jakim jest, docenienie jego ukrytego bogactwa, bo we wdzięczności i czujności można z każdego niepozornego elementu zrobić cuda (przykładem wybitni wynalazcy, naukowcy). Oczywiście, że nie chodzi o wypatrywanie nagrody w raju. Czy jakiejkolwiek odpłaty. To jest drugorzędne - ważne, że jest tu i teraz. Królestwo jest obecne. Bo gdy się będzie go wypatrywać w przyszłości, wtedy zmarnotrawimy to, co po drodze, choć jest to dar. A zatem, symbolika duchowości z genezą w judaizmie i chrześcijaństwie, oddaje wg. mnie esencję duchowych poszukiwań człowieka. Choć nie rozwinąłem tego w całości. Wbrew pozorom, tam właśnie upatrywałbym tej najszerszej klamry, która spaja to wszystko, co inne tradycje duchowe opisują wyrywkowo.

                • Widzę że skupiasz się bardziej na judeochrześcijaństwie kiedy ja preferuję tzw. wiedzę alternatywną. Jednak żeby było jasne ja traktuję rozwój duchowy w cudzysłowie. My już mamy wszystko co jest potrzebne, wielu duchowych nauczycieli nawet mówi wprost ty już "tym" jesteś. Tylko że wszystko wynika z ignorancji, człowiek będzie szukał wszędzie tylko nie u siebie bo tak skonstruowany jest umysł. On zawsze będzie szukał bez końca i zwodził. Umysł tak naprawdę jest tutaj naszym największym wrogiem. Moim zdaniem, jest to absolutnie tylko moje zdanie i nikt nie musi się zgadzać, ludzie na tym etapie są jak zwierzęta pogrążone w śnie. Teoretycznie nie różnimy się niczym od zwierząt. Oczywiście mamy o wiele większą świadomość i jako jedyni na tej planecie możemy osiągnąć pełną samoświadomość. Co do Słońca też wyjaśniam. Słońce również potraktowałem metaforycznie jako uniwersalnego Boga Absolutu zwanego inaczej Życiem a nie Boga w sensie jakiegoś kreatora jak w chrześcijaństwie. Oczywiście że poza Słońcem jest cała masa innych gwiazd ale życie jest zawsze to samo, zawsze jest światłem, zawsze jaśnieje na tyle na ile może.
                  A teraz żeby to jakoś rozdzielić. Pisałem o Bogu Absolutnym którym jest życie samo w sobie. Potraktowałem to symbolicznie porównując do światła. Teraz napiszę coś o "naszych" Bogach. To co napiszę będzie nieprzyjemne więc ostrzegam. Więc dogrzebałem się do tego że ci wszyscy bogowie łącznie z Jahwe mogą być kosmitami i toczą pomiędzy sobą wojnę. Pewnie wielu słyszało historię o Annunaki ale pewnie niewielu zdaje sobie sprawę że ci sami "Bogowie" przewijają się w wielu religiach tylko że pod innymi imionami. Więc ten nasz Jahwe inaczej nazywany Tetragram JHWH, Jehowa, Adonaj. Jest też Kronosem, Saturnem albo po prostu plemiennym Bogiem Żydów. Jednak co najważniejsze jest też Sumeryjskim Bogiem Anu, Bogiem Nieba. Więc modląc się do Jahwe ludzie modlą się tak naprawdę do Anu. Anu jednak nie stworzył ludzi tylko Enki. Enki z kolei jest synem Anu i jego przeciwnikiem dlatego według niektórych źródeł został nazwany adwersarzem, Szatanem. Dla chrześcijan to diabeł z rogami smażący się w piekle. Podobnie inni pogańscy bogowie uważani są przez chrześcijan za złe demony. W rzeczywistości to Legiony prawdziwego stwórcy ludzkości który toczy wojnę z Jahwe i jego gadzią armią. Jednak do czego ja tu zmierzam. Zastanawiam się od dłuższego czasu czy któregokolwiek z tych "Bogów" można uznać za prawdziwego. W końcu mamy Jahwe który daje swoim ludziom Arkę Przymierza, każe ją im ciągać, ubierać się w jakieś specjalistyczne ubrania ochronne. Zapewne służy do komunikacji tylko czy prawdziwemu Bogu potrzebne by były takie wynalazki? Czy prawdziwy Bóg wymagałby ofiar ze zwierząt czy nawet z ludzi? Tego właśnie chce Bóg Żydów. Dalej Enki robiący eksperymenty na jakiejś humanoidalnej małpie, tworzący ludzi z modyfikacji genetycznych. Znów jest pytanie. Czy prawdziwemu Bogu potrzebne byłyby takie eksperymenty? Kolejna kwestia to tocząca się wojna. Więc znów pozostaje pytanie czy prawdziwi Bogowie toczyliby pomiędzy sobą jakieś trwające tysiące lat wojny? Jaka jest nasza rola w tym wszystkim? Czy może być tak że my jesteśmy karmieni religią miłości i postrzegamy w taki sposób subiektywnie świat kiedy funkcjonuje on trochę inaczej? A może to wszystko są jacyś fałszywi bogowie, najeźdźcy z kosmosu walczący o swoją strefę wpływu? Jednak idąc jednak dalej. Zakładając że to życie jest światłem co jest według mnie najpewniejsze z tego wszystkiego. Sam miałem takie doświadczenia podczas medytacji. Ale jeśli koniecznie już chcemy to połączyć z jakimś bogiem-kreatorem to czym to jest? Jezusem? Szatanem? A może jakimś innym Bogiem np. jest taki Bóg Mithra, Bóg Słońca. Praktycznie nic nie wiadomo, to jest jedna wielka zagadka. Życie nie przedstawia się i mówi. Witaj to ja twój Bóg, mam na imię tak a tak. Ja przynajmniej nic takiego nie doświadczyłem. Mogę powiedzieć tylko że dalej nic nie wiem.

                • Wiesz, nie ograniczam się do judeochrześcijaństwa, nie wystrzegam się innych religii z góry, przeciwnie. Wcześniej wspomniałem, że bliskie są mi idee gnostycyzmu, który w klasycznej formie uznaje takiego Jahwe za szatana. :) Te interpretacje z kosmitami doskonale znam. To, ile interpretacji można wyprowadzić z tych samych pism, porównując je ze sobą, to głowa mała. Wczoraj pierwszy raz spotkałem się z tezą, że biblijny Kain miał być fizycznym synem szatana. Głowa mała. Jeżeli traktować Jahwe jako zbyt mściwego i prymitywnego jak na Boga, wówczas faktycznie, Jezus przyszedł raczej jako jego przeciwnik, który niekiedy zwodził Żydów, powołując się wyrywkowo na ich prawo. Gdyby jednak uznać, że Kain był synem szatana, to wszystko się wywraca, i wówczas ten Bóg ma prawo mordować i kazać mordować wielu ludzi, skoro de facto w dużej mierze nie są oni ludźmi, a okrutnymi bestiami, które nie zwiastują poprawy. Ale to przy założeniu, że Kain to syn diabła. :) Takie założenie czyni o wiele bardziej zrozumiałymi również inne fragmenty ST i NT, zapoznaj się. Właściwie to nie wiem, w co wierzyć w kwestii faktograficznych szczegółów, i nie mam ciśnienia na to, żeby poznać prawdę w tym sensie, to dla mnei raczej ciekawostki. Natomiast co do słońca - wiem, że ująłeś to metaforycznie. Mam na myśli fakt, że odwoływanie się do Najwyższej Inteligencji (Boga) lepiej według mnie oddziałuje na człowieka mentalnie, niż takie, metaforyczne czy nie, czczenie słońca/sił przyrody itd. Ma tu znaczenie fakt, że jednak jakościowo się od zwierząt różnimy, a kiedy mówimy "jestem bogiem", to też może mieć to różny wydźwięk. Balansujemy między pychą a pokorą, więc narracja typu "Boga nie ma, ale każdy jest bogiem", na dłuższą metę nie działa. Bo z tego "każdy jest" zostaje tylko "ja jestem". Tymczasem w ten sposób, czyli opacznie rozumiana boskość, jest przecież atrybutem naszych czasów. Każdy chce być jak najbardziej samowystarczalny, niezależny, goni i goni zajadle. Większość przynajmniej. A jak komuś się gorzej wiedzie i narzeka, to jest "toksyczny". No, to z takim się lepiej nie kontaktować, niech też "sam" se radzi. Jezus wskazał, że trzeba się stać raczej jak dzieci, a władzę utożsamił ze służbą. Pociągając ten tok wartościowania konsekwentnie, również Bóg panuje przez najwyższą służbę, służąc ludziom wszystkim, co przydaje się do życia. "Mieć w sobie boskość" czy "być Bogu podobnym" czy "mieć boską cząstkę" to co innego, niż "być bogiem". Takie sformułowania są już niebezpieczne.

                • A ostatecznie, to jasne. Bóg jako taki, to raczej pojęcie intuicyjne. Myślę, że nie bez powodu i nie bez celu go używamy, nie bez powodu i nie bez celu się ono pojawiło, nie bez powodu i nie bez celu zawierzamy narracji ewolucyjnej, która każdą taką wiarę sprowadzi do błędów poznawczych naszej galarety pod czaszką. Co do moich doświadczeń, to miałem z rok temu olśnienie naukami Jezusa. Również apokryficznymi. Zdumiony byłem, jak wcześniej przechodziłem obojętnie i lekceważyłem Jego zdania. To było doświadczenie... intelektualno-mistyczne :D Mam wrażenie, że wszystko to, co nazywamy "natchnieniem" to faktycznie natchnienie, czyli wszyscy takie miewamy, czyli każdy z nas dostaje sygnały od Boga, ale niektórzy są bardziej wrażliwymi odbiornikami, a później... nadają. ;) W tym kontekście, Jezus jawi mi się jako ten, który wypowiedział wszystko, co niezbędne. Budda, starożytni filozofowie itd... wielu ludzi zasłynęło z wielu mądrych stwierdzeń, ale Jezus zawarł esencję. Takie moje zdanie. Biorąc różne cytaty z Ewangelii (powtarzam - też apokryficznych), mogę z tego wywodzić mnóstwo porównań, każda przypowieść może mieć kilkanaście pięter. Serio. Ująłbym to jednak tak: Bóg to rzeczywiście tajemnica. I rzeczywiście, intelektem w pełni się Go nie pozna. A gdyby ludzie w większości trzymali się etyczno-moralnych zasad, wtedy dopiero bylibyśmy genialną cywilizacją, faktycznie zrównoważoną. Niestety, lekceważą taką np. Ewangelię, uznają ją za bajania oderwane od życia, więc mamy postęp techniczny, który przy egocentryzmie może doprowadzić do samozagłady. Można się zastanowić, czy stajemy się bardziej boscy dzięki komputerowi połączonemu z mózgiem, dzięki lotom w kosmos, planom lotu na Marsa, czy raczej bliżej by nam było do Boga, gdybyśmy zadbali w pierwszym rzędzie o nasze własne podwórko.

                • Co do Szatana to nie można mówić o jednym Szatanie. Wychowaliśmy się w wierze który traktuje Szatana jako Ojca kłamstw, wroga ludzi, upadłego anioła i tak dalej. Ten Szatan wygląda źle, jest czerwony, ma rogi, ogon. W najlepszym wypadku wygląda jak jakiś imperator jak w filmie Gibsona albo biznesmen, gangster. Dalej mamy moim zdaniem toksyczne sekty satanistyczne takie jak Kościół LaVeya czy inne. Naprawdę nie chce mi się w to wchodzić. Jeszcze co ciekawe to podobno LaVey był z pochodzenia żydem i przedstawicielem ścieżki prawej ręki. A prawdziwy satanizm to podobno ścieżka lewej ręki.
                  Ale mamy też Szatana w wersji z kosmitami. Tutaj Szatan nie przypomina w niczym Szatana chrześcijańskiego. Zresztą mamy też jego Legiony które są tak naprawdę Bogami pogan.
                  Zresztą ten Szatan to tylko jedno z imion które oznacza wroga Jahwe bo faktycznie ci Bogowie toczą bitwę pomiędzy sobą. Ale mamy też inne nazwy takie jak np. SATya które oznacza z Sanskrytu "Wieczna Prawda. Więc żeby było zabawniej Szatan który miał być ojcem kłamstw okazuje się być Wieczną Prawdą. Inne to oczywiście Enki jako Bóg Sumeryjski. Jest to też Hinduski Bóg Shiva, Egipski Ptah i pewnie wiele innych. Może też odnosić się do mitu o Prometeuszu który dał ludziom ogień. Ci pozostali Bogowie to również elita pogańskich Bogów znana pod różnymi nazwami Marduk czyli Amon Ra, popularny Thor, ISIS - Izyda. Cała masa jest tych Bogów. Na pewno też słyszałeś o demonie Lilith. Tak to jest żona Enki a właściwie to jedna z jego żon. Lilith też ma różne imiona i podobnie jak Enki jest Bogiem a raczej Boginią. Lilith jest opiekunką ludzkich kobiet. Jest matką pierwszej ludzkiej kobiety Ti-amat. Miała ją w łonie przez dziewięć miesięcy. Pierwszym ludzkim mężczyzną jest Adama. Opiekunką Adama była Bogini Ninoursag. Lilith również ma przeróżne imiona, w tej mitologii Sumeryjskiej to Damkina, jest też Kali, Devi, Durga, Parvati. Ale ogólnie można nazwać ją matką ludzkości. Ale jak oni w ogóle wyglądają? Przecież to nie są ludzie. Według tych mitów większość ma wygląd typowo nordycki. Mocna budowa ciała, wzrost ponad dwa metry, niektórzy prawie trzy, szaro niebieskie oczy. Oni z pewnością dysponują zakładając że w ogóle istnieją bardzo zaawansowaną technologią, zdolnościami i wiedzą okultystyczną, potrafią kontrolować żywioły, lewitowć, dysponują telekinezą czy telepatią. Ale ogólnie to chyba nie są jakieś magiczne moce a raczej siła ich umysłów które potrafią zaginać, kontrolować energię. Oni sami są potężnymi bytami energetycznymi. Więc są silni ale nie zapominajmy że Jahwe też ma swoją armię i to dużo liczniejszą.
                  Czyli z tego co do tej pory napisałem wnioski są jasne i mogą być szokujące. Szatan stworzył ludzi, demony to dawni pogańscy Bogowie ludzi, Jahwe nie jest w ogóle przyjazny ludziom. Ja idę nawet o krok dalej i uważam że wszystkie te pogańskie religie prawdopodobnie wywodzą się z jednego i są takim Satyanizmem, np. Hinduizm bo jak już pisałem wyżej Enki Satya to też Shiva. Więc ludzie nie zdają sobie nawet sprawy że modlą się do jakiegoś kosmity. Kolejny argument na potwierdzenie tej tezy to symbolika okultystyczna w tym symbol węża obecny praktycznie wszędzie. Shiva ma węża,
                  https://www.alamy.com/stock-photo/shiva-snake.html
                  Lilith opleciona jest wężem,
                  https://pixels.com/featured/lilith-john-collier.html?product...
                  Egipscy Bogowie mają węże. ISIS z kobrą na czole, trzecie oko.
                  https://isiopolis.files.wordpress.com/2014/08/crowns2-23.jpg
                  I tutaj dochodzimy do twojej tezy że stwierdzenie - człowiek ma być bogiem jest niebezpieczne. Więc znów wyjaśniam tajemnicę o której mało kto wie. Symbol węża to symbol węża Kundalini, ten wąż ma pomóc człowiekowi osiągnąć boskość.
                  https://gnosticwarrior.com/serpent-spinal-cord.html
                  Jeśli interesujesz się chociaż trochę New Age tu musiałeś trafić na takie pojęcie jak Yoga kundalini. Tak, to chodzi właśnie o tego węża który rzekomo siedzi uśpiony u podstawy kręgosłupa. Mało kto zdaje sobie z tego sprawę ale praktycznie cała symbolika okultystyczna skupia się na przebudzeniu człowieka do boskości. Lilith opleciona jest wężem, tak samo Shiva i inni bogowie. Jednak gdy ktoś postrzega wszystko przez pryzmat chrześcijaństwa będzie widział tylko złego węża z raju. Więc ten kosmita, stwórca ludzkości daje ludziom jakiegoś węża żeby sami stali się bogami. Jahwe się wkurzył bo nie chciał konkurencji w postaci boskich ludzi. I to cały problem w zarysie, teoretycznie ci zbuntowani przeciwko Jahwe kosmici powinni być po naszej stronie. Oczywiście chrześcijaństwo odwraca wszystko do góry nogami i degraduje Satya do roli jakiegoś zbuntowanego anioła a reszty Bogów do demonów. Podkreślam ja tego nie wyznaję, nawet nie praktykuję yogi. Tylko piszę co wiem bo wiedza ta powinna być powszechnie znana. Oczywiście nie ma sensu tego tłumaczyć przypadkowym ludziom bo jeszcze uznają cię za wariata. Podobnie jest z takim pojęciem jak bóg. Jeśli postrzegamy wszystko przez pryzmat chrześcijaństwa i potem mówimy że człowiek ma stać się Bogiem to jest to jakieś bluźnierstwo. Oczywiście że tak jest. Ale jeśli ci kosmici są bogami, zakładając że w ogóle istnieją, że nie jest to tylko mit. Ci kosmici nie są TYM Bogiem. Satya to nie jest jakiś bóg wielki kreator wszechświata, wszystko mogący, tworzący galaktyki i tak dalej. Nic z tych rzeczy, ci kosmici uzyskali nieśmiertelność ale było to w drodze długotrwałej ewolucji. Enki Satya był podobno pierwszym z tych kosmitów który uzyskał nieśmiertelność spontanicznie sam z siebie i przez to jest taki wyjątkowy. Oczywiście że oni mają moce ale one wynikają z wykorzystania możliwości umysłu a nie że są jakimiś bogami w sensie w jakim uczy chrześcijaństwo. A ile procent mózgu potrafi wykorzystać człowiek 5%, 6%? Ci kosmici też mogą wyrządzać zło, też potrafią być wkurzeni, lubią się bzykać, zaliczali ziemskie kobiety. Ktoś może nazwać ich nawet jakimiś zboczonymi kosmitami. Ledwo co stworzyli człowieka a już czują do niego pociąg. Ale nie zapominajmy też że przy okazji przekazują swoje "boskie geny" na ludzki gatunek.

                • kto Ci zabrania zmysłowości w Kościele? Chodzi Ci zapewne o to, że życie w rodzinie jest nudne i lepiej sobie fruwać, latać bzykać :) Życie w rodzinie wymaga poświęcenia, więcej kultury chociażby ze względu na dzieci, pilnowanie pewnych zasad i nie obnażanie się ze swoją seksualnością nadmiernie. Większość z tych rzeczy można robić będąc singlem "na poziomie", ale mimo wszystko to jednostka jaką jest rodzina warunkuję sprawnie działające społeczeństwo, wymusza szacunek jednych do drugich, wymusza nieustanną pracę nad swoimi słabościami. Jest takie powiedzenie, że polityka polega na tym, by nieustannie odpychać zło. Myślę, że tak samo jest w przypadku każdego z nas i życie w rodzinie zwyczajnie cywilizuje z automatu, bo ze względu na bliskich staramy się odpychać zło, dla nich. Tego też uczy Kościół, miłości. Nie widzę w tym nić nienormalnego, chyba, ze komuś to stoi na przeszkodzie do spełnienia swoich zachcianek.

                • Odnośnie tej zmysłowości to chodziło mi o podejście kościoła do ludzkiej seksualności czy ciała w ogóle. Otóż kościół traktuje seks wyłącznie jako sposób do rozmnażania. Takie pojęcie jak cnota, śluby czystości są wartością dla kościoła tak jakby seks był czymś złym, jakimś wynalazkiem diabła. W rzeczywistości seks jest kolejnym przejawem energii życiowej, węża Kundalini, jest to jak najbardziej element duchowy który przy odpowiednich praktykach tantrycznych może poszerzać świadomość. Nie twierdzę że należy uprawiać jakieś orgie czy coś w tym stylu. Chodzi o to że judeochrześcijaństwo jest przeciwko naturze ludzkiej, przeciwko duchowości bo oddzielają ducha od ciała kiedy zarówno jedno jak i drugie jest energią życiową, do rozwoju duchowego konieczne jest też ciało fizyczne. A kościół jest jednym z wielu nurtów uważających ciało za coś niegodnego. Tak samo zresztą jak wyłącznie w negatywnym znaczeniu przedstawiane jest ego. Ciągle tylko gadają że dusza jest święta, czysta i w ogóle to najlepiej batożyć się po ciele i żałować za grzechy. Podobnie toksyczne z punktu duchowości poglądy mają odnośnie kobiet czyli pierwiastka żeńskiego Jin. Kobieta ma być posłuszna, słuchać się męża i milczeć. Nie chodzi mi o to że jestem za feminizmem, feminizm to właśnie skrzywione pokłosie tych wynaturzeń. Chodzi o zaburzenie równowagi bo oba pierwiastki powinny się równoważyć i wtedy stanowić jedność. judeochrześcijaństwo to jednak patriarchalny model i przeciwnik pierwiastka żeńskiego. Kobieta uosobienie, zła, nieczystości, to ona skusiła Adama. Kiedyś kobiety nie mogły nawet chodzić do kościoła w czasie menstruacji albo po porodzie bo były uważane za krwawiące zwierzęta. Kościół zdając sobie sprawę że potrzeba pierwiastka żeńskiego w naszej cywilizacji pozwolił jednak na kult Maryjny. Licha to bogini przypominająca muzułmankę z wyglądu jednak w jakiś sposób wypełnia to zapotrzebowanie na boginię matkę. Oczywiście nie ma problemu że ten kult jest bałwochwalczy przy założeniu że Maryja jest jedynie człowiekiem, matką Jezusa ale jednak tylko człowiekiem wyniesionym przez kościół. Oczywiście katolicy będą stawiasz szereg kontrargumentów że przecież Maryja opiekuje się kościołem, że przez Maryję Jezus posyła Ducha Świętego i tak dalej. Oczywiście żadne argumenty nie przysłonią bałwochwalstwa czynionego przez wyznawców żydowskiego Jahwe.
                  Co do reszty to są typowo konserwatywne poglądy, więc nie ma sensu żebym się do nich odnosił.

                • Po części się zgadzam, a po części nie. Jest takie stwierdzenie że nie ma dobra i zła, są tylko różne punkty widzenia. Na pierwszy rzut ucha, może to i brzmi absurdalnie,ale jak się tak zastanowić głębiej to jest w tym sens. Oczywiście jest dobro i zło, ale czy wszyscy jednoznacznie określą co jest tak na prawdę w 100% dobre czy złe? Każdy człowiek uważa siebie za dobrego. Jestem ateistą i dla wielu osób wierzących już przez to jestem zły. No cóż, ja tak nie uważam. Chodzi o to ,że wszystko jest subiektywne i dla każdego zło i dobro znaczy troszkę coś innego. Tak jak Ty mówisz o słabościach buddyzmu,ale to tylko twoja opinia. Widać przecież, że jest wielu, którym to wszystko odpowiada i są z tym szczęśliwi. Dla niektórych jak widać to filozofia pro-ludzka. Po prostu to nie dla Ciebie. To czy tam występuje oszustwo? Oczywiście! jak wszędzie. Polityka, religia, praca, - wszędzie zdarzają się oszuści, kłamstwa manipulacja. Jednak jeśli ktoś ciągle o tym mówi, jak jest źle, to ja proponuję wyjść na chwilę z własnej skóry i popatrzeć na siebie z dystansu. Czy ja nigdy nikogo nie oszukałem, nie okłamałem,nie zmanipulowałem. Jak ja bym się zachował gdybym był na ich miejscu. Czy na pewno odpowiedź jest oczywista i jednoznaczna.

                • Bez względu na to czy istnieje dobro i zło to wciąż istnieją pewne zasady moralne którymi warto się kierować. Oczywiście że to co piszę o buddyzmie jest subiektywne bo poparte własnym doświadczeniem oraz nabytą wiedzą. Buddyzm jest w tym sensie zły że według mnie jest przeciwieństwem egocentrycznego satanizmu. To są jakby dwie skrajności ale równie szkodliwe. Buddyzm brzmi dobrze na papierze. W rzeczywistości sprawia że zamiast leczyć nas z cierpienia to powoduje że popadamy w jeszcze większe. Przecież to nasze cierpienie jest wynikiem wewnętrznego konfliktu. Każdy kto cierpi zazwyczaj powie że nienawidzi samego siebie. A co buddyzm proponuje? To że ego jest wyłącznie złe i trzeba się go pozbyć czyli jeszcze bardziej pogłębia wewnętrzny konflikt. Ego jest faktycznie źródłem problemów i cierpienia ale jest też wciąż częścią nas czy nam się to podoba czy nie. Tak samo fizyczne ciało które podobnie jak w chrześcijaństwie traktowane jest jak obcy, niepożądany twór który można się pozbyć. Buddyści idą przykładowo na cmentarz, oglądają martwe ciała w prosektoriach żeby oswoić się ze śmiercią i rozkładającym się ciałem. Martwe ciało jest oczywiście rzeczą ale takie praktyki tylko pogłębiają pogardę wobec fizycznego ciała czyli również nas samych. Znów to fakt że nasze ciała starzeją się i brzydną ale pomimo to wciąż są częścią tego życia którym jesteśmy póki nie ustaną ich procesy życiowe i nastąpi śmierć mózgu.
                  Co do braku Boga w buddyzmie. Z początku sam uważałem to za postęp w porównaniu do chrześcijaństwa. Teraz uważam to za kolejną mocno depresyjną filozofię buddyzmu. Osobiście to nie wyznaję wiary w żadnego Boga i modlenie się do jakiegoś Boga wydaje mi się w ogóle śmieszne. Te wszystkie wyuczone pozy i śmieszne ubrania. Z drugiej strony na podstawie własnych doświadczeń a nie jakieś wiary mogę stwierdzić że TO, czymkolwiek to jest, to jest już częścią nas samych. Ale żeby się o tym przekonać to trzeba spróbować medytacji. Istnieje naprawdę niewielka szansa żeby to się spontanicznie w człowieku przebudziło. Trzecie oko nie jest mitem, to istnieje naprawdę tylko że ludzie sobie nie zdają z tego sprawy a nawet jeśli o tym wiedzą to wydaje im się że to ich nie dotyczy że to tylko jakaś filozofia dalekiego wschodu i dotyczy to tylko jakichś łysych mnichów żyjących w klasztorach.
                  Jeszcze jeden absurd który zauważyłem u tzw. buddystów ci ludzie uważają się za buddystów ale nie zapominajmy że zakładając że ego jest iluzją to nie ma żadnego buddysty. To jest tylko kolejna łatka którą nadaje sobie ego. I ludzie tkwią w tych sprzecznościach. Oczywiście są ludzie którzy uważają się za buddystów i jest to dla nich sposób na samorealizację w której czują się szczęśliwi. Ale czy przypadkiem ego nie jest iluzją? W takim razie kto się samorealizuje? Dalej pragnienie tworzy cierpienie. Skoro pragnienie ego jest wyłącznie złe to czemu mamy pragnienie żeby nie pragnąć? Po co te wszystkie praktyki, modlitwy, medytacje, zasady według których należy żyć, wielorakie ścieżki i tak dalej? Czy aby to nie jest właśnie pragnieniem? A czy nie wierząc że kieruje nami jakaś toksyczna karma z poprzedniego wcielenia przypadkiem nie tworzymy sobie sami takiej właśnie negatywnej karmy? W tym życiu tu i teraz. Przecież materializujemy myśli i karma staje się rzeczywistością. Podobnie jest z toksycznym grzechem pierworodnym z chrześcijaństwa. Dostajemy to w prezencie a potem trujemy się tym przez resztę życia. Kolejny element układanki który sprawia że jesteśmy nieszczęśliwi i skonfliktowani z samym sobą.

        • a propos ego polecam świetną książkę Ericha Fromma "Patologia normalności" rozdziały o narcyzmie. Powszechny problem, narastający.

    • A niby to dlaczego ludzie mieliby szukać Boga w sobie? To Bóg jest w ludziach? Cóż to za teoria?

      • Tu jest to wyjaśnione w wersji New Age czyli świadomość osiąga stan prawdziwego ja zwanego też świadomością Chrystusową. Podkreślam ja nie lubię takiego chrześcijańskiego New Age gdzie miesza się wszystko jak groch z kapustą (Jezus, anioły, cuda, JP2 i tak dalej) ale widocznie to trafia do ludzi.
        http://www.augustynski.eu/swiadomosc-chrystusowa/
        Jeśli chodzi o praktykę. Bogowie radzą wibrować mantrami podczas praktyk medytacyjnych. Energia jest też myślą więc wibrując mantry wprowadza się ją w odpowiednie częstotliwości. To co mamy teraz to hałas w głowie z którego wielu ludzi nawet nie zdaje sobie sprawy.

        • Jednak idąc dalej zgodnie z tym co pisałem wyżej czyli m.in czy ego jest w 100% złe. Jeden z teksów znalezionych sugerujący że może istnieć paradoks że gdy popadamy w konflikt z ego to będzie to właśnie z poziomu ego co może spowodować że staniemy się wewnętrznie skłóceni, rozbici i nieszczęśliwi. Dlatego właśnie doszedłem do wniosku że medytując nie należy tworzyć sobie wewnętrznego wroga w postaci własnego ja. Ego powinno nas determinować do działania, do większych rezultatów, do tego abyśmy również takim podstępem osiągnęli upragnioną wolność. https://akademiaducha.pl/ego-nasz-wrog-czy-sprzymierzeniec-n...

        • New Age. To wyjaśnia wszystko. New Age to wpierw filozofia, a religia wtórnie (bo pozyskała wyznawców). Gdy filozofia staje się religią, zaczyna kontrolować masy, a pytanie gdzie i kim jest (jeżeli jest) Bóg, pozostaje otwarte. Tak jest nie tylko w przypadku New Age ale w przypadku każdej religii. Gdy stara religia rozczaruje wówczas pojawi się kolejna nowatorska teoria, nazwijmy ją umownie: Brand New Age, niektórzy uwierzą i staną się jej wyznawcami. I tak w kółko...Pozdrawiam

          • New Age jako filozofia nie jest niczym nowym bo buddyzm czy hinduizm głoszą to od tysiącleci. Po prostu wraz z ruchem hippisów w latach 60-ych i najazdem tych guru z Indii ludzie zrobili sobie taką religijną alternatywę do głównego nurtu. Chyba najbardziej znany przykład to guru Maharishi Mahesh Yogi i zespoły takie jak The Beatles czy The Beach Boys. Promowali to też aktorzy jak Schirley McLaine. Słuchałem różnych duchowych nauczycieli guru i niektórzy mówią naprawdę ciekawe rzeczy, przynajmniej tak to odebrałem z początku.. Problem z tym polega na tym że część z tych guru to zwykli oszuści którzy może i posiadają pewną wiedzę duchową jednak nie są oświeceni. Po drugie problemem jest to że czasami przyjmuje to formę sekciarską i guru traktowany jest jako bożek. I co najważniejsze to że ciężko oddzielić wartościową wiedzę duchową od śmietnika. Dla mnie takim śmietnikiem jest gdy zaczyna się gadka w stylu "Jezus powiedział" i dalej cytat. Taka gadka pod publiczkę i niepotrzebne mieszanie filozofii wschodu z chrześcijaństwem. Ja nie po to szukam dalej wiedzy duchowej żeby znów słuchać o Jezusie. Więc łatwo wyczuć fałsz w tych nauczaniach jeśli ktoś posiedzi w tym dłużej.
            Tutaj mam przykład jednego gościa którego lubiłem kiedyś słuchać. Nie wiem czy to prawda ale tutaj mają dowody że to jakiś gangster i oszust.
            https://ezoteryka77.wordpress.com/2014/04/26/mooji-tony-moo-...
            Klasyczny już Ruch Transcendentalnej Medytacji w który zaangażowany jest też David Lynch.
            http://www.joga-joga.pl/pl177/teksty1252/cala_prawda_o_tm_me...
            Samo to że każą płacić za mantry kiedy jest ich pełno choćby w sieci, wystarczy poszukać, jest dowodem na ich zwykłe sekciarstwo i oszustwo.
            I na deser ciemna strona buddyzmu.
            https://newhumanist.org.uk/articles/4021/the-dark-side-of-bu...
            Jeszcze jedno. Moim zdaniem prawdziwy duchowy nauczyciel to tylko taki który powie że sam dla siebie jesteś własnym guru, nikt inny. Oszust będzie kręcił, przeciągał, obiecywał wszystko ostatecznie żeby zyskać profity a nawet zniewolić. Dotyczy to zresztą nie tylko New Age ale każdej religii obiecującej zbawienie tylko że zawsze jest w tym jakieś ale, musisz się słuchać, wpłacać kasę, wykonywać ich sekciarskie sztuczki, szukać w ich rzekomo świętych księgach.

            • To samo jeśli ktoś ci powie że jest guru albo jakimś okultystą od jogi Kundalini o której już pisałem wyżej. Skoro ci guru to tacy specjaliści jak twierdzą w swojej dziedzinie to niech pokażą choćby jak lewitują nad ziemią albo przesuwają przedmioty. W końcu do tego ma prowadzić wznoszenie węża Kundalini, manifestuje się to mocami psychicznymi i innymi nadnaturalnymi zdolnościami. Niech to udowodnią i coś pokażą.

              • Samo już założenie, że Bóg potrzebuje takich "podwykonawców" (kapłanów, przewodników, guru etc.) jest już mocno podejrzane. Czyżby sam nie dawał rady?

                • Kult Mooji, warto zobaczyć te filmiki, ludzie kompletnie zbaranieli, zaczęli padać przed swoim guru jak przed jakimś bogiem a on tylko coś tam pokrząkuje, pocąc się pociera chusteczką.
                  https://gurumag.com/becoming-god-inside-moojis-portugal-cult...
                  Wstyd mi że kiedyś lubiłem Moojiego :I

                • Słyszałem o gościu. Ale po cóż poszukiwania aż tak odległe? Ja znam ludzi, którzy nie mniej niż tamci baranieją na widok księdza proboszcza jak idzie pod baldachimem w procesji

                • Albo ten, Eckhart Tolle, absolutna czołówka. Facet ma wizerunek takiego skromnego poczciwiny który kiedyś coś tam doznał i teraz naucza o tym ludzi. Wszystko dobrze ale jak się poszuka to facet jest zaliczany do jednych z bogatszych celebrytów. Majątek wyceniany na 70 milionów dolarów a może i więcej. https://www.celebritynetworth.com/richest-celebrities/author...
                  No jak się to ma to do jego gadania że siedział dwa lata na ławce i głodował bo doznał tak cudownego przebudzenia? I w ogóle to on prowadzi skromne, normalne życie. Ale okazuje się że spora kasa "przebudzonym" też się przydaje. https://www.youtube.com/watch?v=TkyvlygnnZI
                  Co do kościoła to nie za bardzo wiem kto, co i za ile. Dowiedziałem się za to kilka ciekawych teorii. Przykładowo INRI to podobno system magiczny mający czerpać energię z nic nie świadomego goja modlącego się do plemiennego Boga Żydów. INRI oznacza Jezus Nazarejczyk Król Żydów. CZemu tak się dzieje? Bo modlitwa to też myśl a to z kolei energia poddana wibracjom jest skierowana w tym wypadku w żydowskiego bożka. Oczywiście zupełnie nieświadomie. Po drugie kościół podobno odcina się od wszelkich praktyk magicznych i filozofii dalekiego wschodu. Podobno ponieważ powtarzane w kółko "Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina." to nic innego jak mantra i to mantra negatywna wprowadzająca podświadomie w głębokie poczucie winy. Dalej zamiana chleba w ciało, krew w wino. Jest to rytuał magiczny ponieważ każdy rytuał z zasady jest magiczny. Jest to kanibalizm bo w rytuałach magicznych to co jest fikcją staje się prawdą. Podobnie z rytuałem chrztu i resztą sakramentów. I księża lubią kłaść swoje łapska na czole bo tam jest trzecie oko. Sypią popiołem albo maszczą wodą święconą. Oficjalnie oczywiście kościół odcina się od wszelkich praktyk magicznych, zakazuje tego samego wiernym. Potem ciężko się oczyścić z tego całego syfu nawet jak masz już tego świadomość. Poczucie winy zalega głęboko w podświadomości. Ludzie myślą że jak dokonają apostazji to sprawa skończona, nawet nie wiedzą jak bardzo się mylą.

  • Bóg jest własnością Kościoła Katolickiego. Boga chrześcijańskiego nie wymyślili protestanci, tylko żydzi, którzy, jako sekta nie byli tolerowani w Jerozolimie i przenieśli się do Europy, bo uznali, że bogów greckich i rzymskich pokonać jest łatwiej, niż zreformować i przerobić judaizm.

  • To że widzisz duchowość poza Kościołem nie znaczy, ze nie ma jej w Kościele. Wszystkie kościoły i religie świata, a nawet sekty, zajmują się duchowością, więc to "będzie ze sobą mieszane"

    • Zdaje sobie z tego sprawę tylko w zagranicznych filmach ta duchowość rzadko jest wiązana z kościołem ...a u nas każdy film praktycznie to samo powiela .....

      • Przecież też "praktycznie to samo powiela" się w filmach, a mianowicie duchowość w filmie amerykańskim czy europejskim (np francuskim) to w 99 procentach albo religie dalekiego Wschodu (przetrawione oczywiście na naszą modłę i splycone w sposób niemożebny), albo jakieś new age połączone z medytacją, reinkarnacją itp. Ewentualnie, jesli mamy do czynienia z produkcją chrześcijańską z USA, jakiś kościoł protestancki. To chyba dość logiczne, że skoro u nas większość ludzi wierzących to chrześcijanie, częściej będziemy sięgać po ten wątek niż np po islam albo po motywy buddyjskie.

  • Mam wrażenie, że komentarz Dominika1980, który zaczął tę - przyznam, bardzo ciekawą dyskusję - mówi o Bogu, który jest jakby tylko nowotestamentowy. W Starym Testamencie możemy zobaczyć, jak ludzie - od iluś już pokoleń włączeni do Narodu Wybranego - wybiórczo traktują przykazania, odchodzą od wierności Bogu całymi rodzinami czy regionami Izraela, zachłystują się bogactwem i obcymi bogami, robią sobie prywatne ołtarzyki, tzw. wyżyny. Nie wiem o co chodzi z tą polityką w Kościele, ale może czasem jest tak, że niektórzy z nas, jak tylko słyszą, że Kościół zabiera głos w jakiejś sprawie "masowej", społecznej, to już tam nie widzą Boga, bo On, ich zdaniem, jest bardziej "osobisty", może dyskretny. Patrzę na Kościół trochę inaczej. Dla mnie ludzie zgromadzeni na Mszy to jakby tłum, który słuchał Jezusa. On naprawdę nie pogardzał tymi, którzy nie w pełni rozumieli Jego Ewangelię. Cierpliwie siał Słowo, a w wielu momentach, zwłaszcza gdy odpuszczał grzechy, naprawdę liczył na to, że ludzie tego nie zmarnują (i Ewangelie nie opisują, co ci ludzie robili dalej). Sytuacja nieco się zmieniła, gdy Kościół stał się masowy, ludzie ochrzczeni stali się większą grupą, a ta podatna jest na "rozwarstwienie" w podejściu do wiary, opisane w wielu miejscach Starego Testamentu.

  • Wpis został zablokowany z uwagi na jego niezgodność z regulaminem

  • ".. tyle samo jest dobrych ludzi pełnych wiary którzy nie chodzą do kościoła jak i tych prokościelnych którzy bywają w kościele ..". Do Nieba pójdą zbawieni, dobrzy pójdą do piekła. Do przemyślenia. Pozdrawiam.

  • Czyli nie rozumiesz na czym polega wiara. Bycie dobrym jest zbyt trywialnym stwierdzeniem. Co to znaczy być dobrym? Każdy z nas ma w sobie cząstkę dobra, jak i również każdy z nas ma w sobie ciemność (złą energię, cień, mrok, nazwij to jak chcesz). Bycie obrym nie ma nic wspólnego z wiarą, choć często jest tak postrzegana z tego co udało mi się zaobserwować czytając opinie osób antykościelnych jak i tych, którzy myślą, że wiedza na czym Kościół polega.

    Modlitwa nie daje Ci sakramentów, które masz w Kościele to po pierwsze. Na mszy Bóg jest osobiście w tym opłatku, który trzyma kapłan i jeśli tego nie wiesz lub w to nie wierzysz to nigdy nie poznałeś w pełni wiary.
    Tak samo w sakramencie pokuty. Tam nie siedzi ksiądz, który przebacza, tylko Jezus, który zabiera Twoje grzechy i je unicestwia. Kapłan pełni rolę pośrednika w tym sakramencie.

    Poza tym kościół jako budynek to tylko miejsce spotkań, w których odbywają się ważne dla każdego katolika celebracje i "rytuały".
    Kościół jako społeczność to zgromadzenie wszystkich wiernych. I tak, Kościół jest ważnym elementem życia katolika gdyż w nim uczy się doskonalić relację nie tylko z ludźmi z Kościoła ale i poza nim.

    Poza tym bycie dobrym, a bycie zbawionym nie ma ze sobą aż tak wiele wspólnego jak by się niektórym mogło zdawać.

  • Odpowiedziałeś sobie już na początku, "nie bardzo kojarzysz".

  • damn, co za długi i ciekawy wątek

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię