Srodze zawiodą się wszyscy miłośnicy jatki w stylu kung-fu. Niegdyś podobnie byli zawiedzeni miłośnicy kina samurajskiego po obejrzeniu "Rudobrodego" z Toshiro Mifune w roli głównej. "Człowiek z Shaolin" jest dramatem egzystencjalnym ocierającym się chwilami o melodramat. Reżyserowi dość zgrabnie udało się połączyć amerykański sposób narracji z charakterystyczną dla chińskiego kina nadekspresją, widoczną właściwie tylko w części odnoszącej się do historii klasztoru Shaolin. Oczywiście nie oczekujmy żadnego arcydzieła, ale dostajemy obraz całkiem dobrze wpasowujący się w nurt kina tematycznego i zarazem etnicznego. Dodatkowe 0,5 punktu (co najmniej) za wystylizowanie filmu w manierze lat 80-tych.