Jedno mnie zastanawia. Jeśli ja miałbym jakąś kolekcję starodruków albo przynajmniej jakiś jeden taki cenny okaz, to raczej starałbym się go szanować i obchodzić z nim jak z jajkiem. Już nawet abstrahując od faktu, że takich białych kruków raczej nie powinno się wystawiać na światło dziennie ani przeglądać gołymi rękoma, to przynajmniej elementarne zasady ochrony powinny być zachowane. A tutaj nic, jedzą nad książkami, piją, nawet palą papierosy, jakby to była gazeta poranna. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie to dość istotnie burzyło klimat.
Mnie tez :) od samego poczatku do samego konca, przy kazdej scenie czytania ksiazki od nowa mnie to denerwowalo.
Niezależnie od tego jak rewelacyjny byłby ten film, sposób obchodzenia się z tymi książkami był niedpouszczalny. Twórcy filmu wykazali się ekstremalnym brakiem profesjonalizmu. Zwykły laik wie, że w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej.
Racja. Ale najbardziej mnie rozwalilo kserowanie... takie zabytki i jeb na ksero, bez problemu:)
a mnie wydaje się że to wszystko o czym piszecie,było celowo przedstawione przez twórców. miał na celu pokazanie osoby Corsa. dla niego nie były to zabytki z którymi trzeba się obchodzić jak z jajkiem. dla niego to było po prostu źródło dochodu.
tak ja to odebrałem.
Wkurzało mnie to, niezależnie od filozofii. Zważywszy, jak pilnowali kilku książek z marnego 1920 roku w moich lokalnych bibliotekach...
Zacznijmy od tego, że w ogóle ta książka nie powinna nigdy opuścić księgozbioru Balkana. Corso mógł (i powinien) wykonać fotokopie i na swoją "misję" pojechać z kopiami - w zupełności by mu wystarczyły do porównywania egzemplarzy bez potrzeby narażania cennej księgi.
No ale wtedy połowy filmu by nie było, bo nie byłoby wątku prób odebrania Corso księgi... ;)