Postrach galaktyk, żywa apokalipsa, niby taki silny, niby taki potężny... a po jego "wielkim" przybyciu na Ziemię przedstawili go i pokonali w tak frajerski sposób jakby to był jakiś przeciwnik 3 sortu z Power Rangersów, co wyskakuje tylko po to, żeby dostać bęcki i zniknąć.
Aż się prosiło, żeby Hawkeye z tamtego uniwersum przyleciał i jakimś gadżetem z Decathlona unieruchomił go jak dziecko w parku linowym
Przecież to nie pierwszy raz,jak Galactus czy inny wielki, jest pokonane w prosty i głupi sposób. W anime często to samo jest ;D
Przesadzasz i to bardzo. Sue by ratować syna poszła na całość znacznie przekraczając swój limit po czym zmarła. A to i tak nie wystarczyło, bo bez pomocy SS Galactus wydostałby się z portalu.
Oczywiście syn ją wskrzesił, ale ona wypychając Galactusa nie była świadoma, że przeżyje.
Galactus był głodny. W komiksach jak jest najedzony może rozwalać celestiali ale jak jest głodny to jest podatny na ataki. Co prawda nie aż do tego stopnia jak w tym filmie ale można to sobie tak tłumaczyć.
W ogóle jego celem nie jest pożeranie, on chce się od tego uwolnić, dlatego potrzebuje dzieciaka by sam stał się Galactusem.
no tak, ale powiedział, ze jak mu nie oddadzą dzieciaka to pożre ziemie. Poza tym jest jeszcze jedno wytłumaczenie z komiksów. Najsilniejszy Galactus, ten którego znamy, jest z ziemi 616, a tutaj mamy świat alternatywny, więc postać może być dużo słabsza.
Oglądając to jak chodzil po ziemii to od razu skojarzyło mi się zielony Smokozord (?) z Power Rangers
Haha przecież Galactus idący przez miasto wygląda jak z teledysku Intergalactic - Beastie Boys. Nie wiem czy taki efekt chcieli osiągnąć, ale wyglądało to pokracznie xD
Nie dało się tego zrobić tak żeby w miarę dobrze to wyglądało, bo on by ich mógł pierdnięciem przecież rozwalić. Mogli oczywiście w ogóle go wyrolować i wlatując na Ziemię wylądowałby na niewidzialnym portalu, który by go od razu przeniósł w kosmos. Jednakże wtedy nie byłoby sceny walki i każdy by narzekał, że nudne to było.
Gdzie pokonali? Z trudem i tylko przy pomocy Silver Surfer teleportowali. Oglądasz bez zrozumienia
Chyba Ty oglądasz bez zrozumienia bo pochodnia by go wepchał tylko ss się poświęciła bo sumienie ją ruszyło
Jak ty nie rozumiesz Jodorowsky'ego i wszystko musisz kropka po kropce tłumaczyć twój problem. Ja ogladałem i swoje wiem.
Nie jestem fanem komiksów ale trochę czytam o świecie Marvela z różnych źródeł. Z tego, co wiadomo, Galactus może mieć bardzo zmienny poziom siły i umiejętności. Gdy jest u kresu sił, jest podatny na ataki. Może być ciężko z teleportacją. Poza tym, w takim stanie, postacie pokroju Thora, Thanosa mogą z nim wygrać.
Dodatkowo, to dziecko, to jest Franklin Richards, czyli jedna z absolutnie najsilniejszych postaci Marvela. Jak dotąd pojawiały się potężne postacie, jak Thanos z 6 kamieniami, Arishem (Twórca Celestiali), Scarlet Witch, Void. Franklin jest potężniejszy od nich wszystkich, ma moc tworzenia wszechświatów. Jedynie Thanos z 6 kamieniami ma zbliżony potencjał. Dorosły Franklin zrobił z Galactusa swojego herolda.
Są pewne różnice między MCU i komiksami ale na pewno postać Franklina Richardsa nie jest w tym filmie przesadzona.
Co nie zmienia faktu, że jest ogromnie rozczarowujące, jak frajersko i po łebkach potraktowany został Galactus. Zaprzepaszczony potencjał.
Przywal się jeszcze że w scenie porodu nie było lewitującej kulki krwi. Litości z takimi komentarzami, to chyba twój pierwszy film z superheroes albo się do nich zwyczajnie nie nadajesz
Naucz się chłopie dyskutować, a nie że na krytykę filmu od razu ludzi obrażasz, bo nie umiesz przetrawić innego zdania. Kto pamięta filmy typu Zimowy Żołnierz, Strażników Galaktyki czy Infinity War ten na scenie porodu Sue mógł poczuć dreszcze żenady jakie to wszystko spłaszczone i głupiutkie, Galactus miał mocny początek, potem gorzej, niemniej film miał i dobre fragmenty i fajną stylistykę.
Na początku Galactus zrobił wrażenie, a surferka już w ogóle. Natomiast faktycznie potem siadło kompletnie i poszło szybko, chociaż gwoli ścisłości - nie dokonali tylko teleportowali w cholerę. Szkoda szkoda
Poniekąd masz rację ale... jak widziałeś w filmie starania fantastyczniej czwórki pomimo ze dawali z siebie wszystko nie robiły na galactusie wrażenia to tak jakbyś opędzał sie od komarów. Jego głównym celem było dziecko i na tym sie skupił. Z drugiej strony jedyna osoba która mogła go na chwilę zatrzymać była sue bo reszta to nawet nie miała podjazdu do niego.
Chyba oglądaliśmy inny, zupełnie inny film.
1. Tak na moje oko Sue miała co prawda najwięcej czasu ekranowego ale nie dużo więcej niż reszta.
2. Nie pokonała samodzielnie. Większość zrobił Reed, a sue po czasach bycia damą w opresji już dawno wyrosła na jedną z silniejszych postaci Marvela.
No te villainy w MCU to straszne łamagi i lamusy. I też już jestem zdrowo tym poirytowany.
- Thanos w Endgame dostaje vpie*dol od Scarlett Witch, a potem od Kapitan Marvel
- Dormammu wystarczyło tylko zrobić w bambuko
- Kanga pokonuje kabareciarz Ant-Man (w sensie, że w MCU pełni bardziej rolę comic reliefa)
- na Smokozor... wróć! Galactusa wystarczyła jedna Sue Storm
Tak, wiem, wszystko można jakoś wytłumaczyć i podpiąć pod fabułę komiksową. A to że Scarlett Witch to jedna z najpotężniejszych istot w Marvelu, a to że Kang to jeszcze nie był ten Kang-co-miał-być, a to że Galactus był głodny, i tak dalej i tak dalej.
Ale jak zbierzesz to wszystko do kupy, to nagle naprawdę okazuje się, że w tych filmiczkach MCU brakuje walk o stawkę i większe zagrożenie. Tak jak np. było w pierwszych Avengers, gdzie rzeczywiście czuć było tę bitwę o Nowy Jork - mimo iż na przestrzeni późniejszych filmów Marvela, jej skala wcale nie była aż tak duża.
W Człowieku ze Stali Snydera - jakkolwiek nie byłby to udany film - to jednak czujesz ciężar starcia Supka z Zodem i jego poplecznikami.
A co daje nam Marvel? Ano nic. Marvel daje nam jakiś tam kolejnych wielkozaurów, co niby zjadają całe planety, a w praktyce okazuje się, że można pokonać ich łącząc się w Megazorda i przywołując Miecz Mocy.
Marvel od kilku lat daje nam chore twierdzenia że siła to kobieta i tym właśnie zniszczyli kino superbohaterskie , dobrze że SS nie była trans i tęczowa
Zauważ, że Reed w pewnym momencie otwiera mu jedno ze złącz na plecach i wypływa z niego lawa, a to Galactusa osłabia.
Ten film totalnie spalił wszystkie moje nadzieje na dalszy sens całego uniwersum Marvela. Te filmy i seriale i tak często odchodzą od oryginału z komiksów, zawsze coś dodadzą od siebie, zamienią albo zapomną. Więc liczyłem na świetne zakończenie filmu. Cały film siedziałem znudzony aż nagle widzę, że Sue poświęciła życie żeby pokonać Wielkiego. Jak Reed ją żegnał przez myśl przeszła mi myśl "o kurde, Marvel, nie no, w końcu tu ktoś się poświęca, szacun". Długo nie musiałem czekać... XͯDͩˣᴰ
Koniec końców nie spodziewałem się niczego innego. W końcu 15 lat czekaliśmy żeby w końcu uśmiercić kogoś znaczącego w Marvelu (iron mana).... tylko po to żeby i tak jego postać w pewny sposób powróciła.
Sądziłem, że skoro i tak nigdy filmy nie są odwzorowane 1:1 to, że w końcu zaczną robić jakieś marvele bardziej dla dojrzalszych umysłowo widzów ale to nadal bajki dla 6 latków gdzie w ostatniej scenie każdy musiał przeżyć lub być wskrzeszony, siedzą wspólnie przy stole i żartują niczym w Familiadzie. Czas chyba w ogóle odpuścić do kino superbohaterskie.
Stare DC - mroczny, rysowany w paincie klimat
Nowe DC - fajtłapa superman połączony z familijną komedią
Marvel all day long - dobry zawsze wygrywa, dobry zawsze musi przeżyć, dobry zawsze musi być wskrzeszony
W Doomsday pewnie i tak na koniec umrze tylko Doom a cały Marvel zmartwychwstanie.