Są filmy które w momencie premiery zyskują miano klasyka i Irlandczyk w reżyserii Martina Scorsese w oczywisty sposób aspiruje do tego miana. Najnowsze dzieło twórcy takich filmów jak Kasyno czy Chłopcy z Ferajny na dobrą sprawę stawia tu gatunkową kropkę. Wcześniej wymienione dzieła na dobrą sprawę ukształtowały postrzeganie tego gatunku, a klamra jaką stawia tu Scorsese działa na kilku płaszczyznach. Sam film przedstawia historię którą już nie raz widzieliśmy, klasyczny amerykański sen od pucybuta do milionera. Czy to w przypadku tego gatunku od osoby nie nie znaczącej do wpływowego członka organizacji, jednak tu historia idzie o krok dalej. Dając nam perspektywę osoby która na dobrą sprawę przeszła tą całą drogę żeby wrócić do punktu wyjścia. Pokazując że starość czy samotność w pewnym momencie dotyka i takie osoby. Postacie są mocno osadzone w rzeczywistości co sprawia że łatwiej się z nimi utożsamić, a historii nadaje prawdziwości. Nie ma tu pośpiechu w budowaniu postaci i wszystkie przemiany bohaterów są bardzo subtelne co poniekąd przekłada się na długość tego filmu. jednak ważne odnotowania jest to że mimo że film trwa aż trzy i pół godziny to ciężko tu mówić o momentach które są niepotrzebne, bo każda scena sprawia wrażenia ważnej, czy to dla budowania postaci czy prowadzenia historii. Film ten nie byłby tym samy gdyby nie kapitalna obsada, trójka De Niro, Al Pacin i Joe Pesci odgrywa tu najlepsze swoje od lat. Osobiście pokochałem soundtrack do tego filmu który świetnie sprzedaje klimat nie tylko tamtych czasów, ale i starych filmów.
Jest to dzieło kompletne któremu aż ciężko coś zarzucić, piękna klamra gatunkowa i ukoronowanie kariery Scorsese. Dla którego na dobrą sprawę mógłby być to ostatni film stawiając piękną klamrę nie tylko gatunkowo, ale i w swojej bogatej twórczości.