Jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku zameldował się przed paroma dniami na ekranach polskich kin. Krytycy, fani pierwszej części i znaczny odsetek konsumentów kinowych nowości sprowadzili dzieło Todda Phillipsa do parteru. Chyba niekoniecznie słusznie.
Reżyser zszokował publiczność już w momencie ogłoszenia początków prac nad kontynuacją filmu o bohaterze ze świata komiksów DC. Ni stąd, ni zowąd pojawił się pomysł - Joker: Folie à deux będzie zawierał elementy musicalowe. Śpiew połączony z historią enigmatycznego, psychopatycznego komika. Czy to nie brzmi jak żart? W rzeczy samej nim jest. Ten żart jednak nie śmieszy. Śmieszyć zresztą nie ma.
Phillips faktycznie dekonstruuje pierwszą część. Stawia na elementy, które nie zostały dostatecznie wyjaśnione poprzednio. Zerka na rolę mediów w kreowaniu fałszywych gwiazdorów. Z lupą przygląda się genezie problemów psychicznych głównego bohatera. W końcu z niepokojącym śmiechem i głębokim spojrzeniem patrzy na widza. Właśnie to spojrzenie wielu odbiorcom może się nie do końca spodobać. Część osób, mając wobec filmu pewne oczekiwania, żąda i pragnie tego, co ujrzała w pierwszej części. Ognia, płomieni trawiących miasto. Zamiast tego dostaje bawiący się przeróżnymi gatunkami i kontrastami spektakl, który sprawia, że widz czuje się nieswojo. Reflektory zastąpione są przez więzienne światła. Scenę stanowią mury Arkham i ściany sądu. Do pewnego momentu to bawi, zapewnia rozrywkę. Na pewnym etapie może jednak nudzić, nużyć i pozostawić widza w matni jego własnych fantazji na temat filmu. Tym przecież żyje widz w tym wypadku - wyobrażeniem o filmie, nie samym obrazem. Kiedy seans już nie ciekawi, a Joker staje się zbędny, najłatwiejszym rozwiązaniem zostaje kręcenie nosem i odhaczenie tytułu na liście planowanych premier. Film odpycha, wcale nie przyjmując z otwartymi ramionami widza. A jest to przecież seans pokazujący odrzucenie jednostek, panicznym śmiechem wołających o pomoc. Izolacja obserwatora na ostrzu ironii.
Muzyka towarzyszy nam od pierwszych minut seansu i zostaje z nami aż do końca. Wykorzystanie piosenek do pokazania dualizmu przedstawionej historii jest świetnym rozwiązaniem. Szczególnie, kiedy śpiewane są one pustym i nieco ochrypłym głosem smutnego klauna.
Co, jak nie dźwięki zapamiętujemy podczas umykająch nam chwil codzienności? Piski opon, muzyka na cudzych słuchawkach w autobusie. Wrażliwi na głos, choć nie zawsze na ten naprawdę wart uwagi.
Druga część Jokera to spektakl pod znakiem gasnących świateł. Ukazanie oblicza problemów psychicznych, które niekoniecznie znamy z hollywoodzkich produkcji. Przepełnione bólem i cierpieniem sceny nie ułatwiają oglądania, ale kto powiedział, że powinny to robić? Reżyser gra z widzem w niebezpieczną grę. Akcentuje niezauważalną granicę pomiędzy aktorem i widzem, bohaterem i antagonistą. Ta cienka linia jest tak naprawdę iluzoryczna.
Widzimy obraz człowieka, którego społeczeństwo zawiodło na każdym możliwym etapie. Społeczeństwo, które go wykreowało. Kto jest w tym filmie oprawcą? Jaka jest rola publicznych instytucji w tym wszystkim? Jak niezdrowy obraz rzeczywistości kreują media? Phillips wierci dziurę w brzuchu widza. Krzywe zwierciadło Gotham okazuje się wcale znowuż nie takie odrealnione.
Są nawiązania do pierwszej części. Jest naprawdę bardzo dobry duet aktorski. Jest piękno pojedynczych scen. Parasolki tańczące na deszczu i występy Jokera niczym z estrady. Jest też 135 minut, podczas których widz musi odpowiedzieć na pytanie: czy to wystarczająco, by ocenić człowieka? Wystarczająco, aby ocenić film i rys społeczeństwa? Joker exists as long as the world wants him to. After that, there is nothing. For a moment.
Pięknie napisane. Piosenki, które śpiewa Joker, są bardzo wymowne (chociażby właśnie "The Joker" czy "When You're Smiling"). Kiedy Arthur jest Jokerem i się uśmiecha/śmieje, widzowie bawią się świetnie i są usatysfakcjonowani ("when you're smiling, the whole world smiles with you"), ale kiedy cierpi i jest "zwykłym" człowiekiem, widzowie nie chcą już tego oglądać...