1/10 za tytuł ;/

Dłuższej nazwy filmu jeszcze nie widziałem...

  • A właśnie powinno być 10/10 za sam tytuł! Aby coś takiego wymyślić, trzeba być zdolniachą, a nie jakimś partaczem, nie potrafiącym sklecić dwóch słów do kupy...
    Ten tytuł nie jest zresztą aż tak oryginalny - podobne, "proceduralne", miały inne włoskie filmy kryminalno-polityczne z tamtego okresu, np. ŚLEDZTWO W SPRAWIE OBYWATELA POZA WSZELKIM PODEJRZENIEM, ŚLEDZTWO SKOŃCZONE - PROSZĘ ZAPOMNIEĆ itp.

    • No i warto by również wspomnieć, że długie tytuły są znakiem firmowym Liny Wertmuller.Co prawda polacy nadwali skrócone, znacznie banalniejsze tytuły jej obrazom (jak choćby ta cała nieszczęsna "Krwawa zemsta", ale zdarzały się wyjątki ("Porwani zrządzeniem losu przez wody lazurowego sierpniowego morza").

      • Mała uwaga. Polacy piszemy z dużej litery jak każdą inną nazwę narodowości. Ktoś mógłby powiedzieć, że się czepiam, ale włącza mi się tryb grammar nazi i nic na to nie poradzę. Tym bardziej, że coraz więcej inteligentnych ludzi, do których się niewątpliwie zaliczasz, popełnia ten szkolny błąd. To kłuje w oczy, kiedy wszystko inne jest bez zarzutu, przecinki, składnia, itd. itp., a ten nieszczęsny Polak napisany małą literą.
        PS. Lubię czytać twoje posty, bo lubisz starocie i często jakąś ciekawą pozycją mnie zainteresujesz.

      • No ja przepraszam, ale "Porwani zrządzeniem losu przez wody lazurowego sierpniowego morza" to taka grafomania, że aż zęby bolą. Boję się nawet myśleć, jaką artystyczną jatką musi być scenariusz filmu o takim tytule, biorąc pod uwagę, że wyszedł spod lewej pachy (no bo przecież nie spod pióra) tej samej osoby co tytuł.

        Nie jestem zwolennikiem oceniania bez oglądania, ale w przypadku twórczości tej Pani nawet jestem w stanie zrozumieć takie podejście.

        • Whatever. To nie oglądaj. Ja chyba lubię kicz i grafomanię. Nie w każdej formie, ale w tej na pewno. Scenariusz faktycznie ma pewne cechy tytułu, więc lepie sobie daruj oglądanie. Ja Panią Wertmuller akurat uwielbiam.

          Rozumiem, że jesteśmy tylko ludźmi i pochopne opinie, tudzież ocenianie książki po okładce, zdarzają się każdemu. Ale taki opinie można zachować dla siebie, bo nie wnoszą zupełnie nic. Autor tego tematu wystawił ocenę 1 filmowi, którego nie widział, bo ma za długi tytuł. W sumie mnie akurat to nie boli, bo średnie filmów na fw obchodzą mnie tyle, co repertuar tvp - czyli wcale. Nie zmienia to jednak faktu, że gość zaśmieca forum tematem, z którego nie wynika absolutnie nic. Sam umiem przeczytać tytuł, ale o filmie nie napisał nic.

          Btw, słuchasz Therapy?

          • >To nie oglądaj

            Nie zamierzam. Chociaż muszę przyznać, że odczuwam pewną niezdrową fascynację i gdyby się przypadkiem nadarzyła okazja, to pewnie bym zerknął, żeby sprawdzić, czy mam rację (tak jak obejrzałem Kał Wawa - nie porównuję poziomu, tylko swoje zaciekawienie i chęć sprawdzenia).

            Czy temat nic nie wnosi - nie do końca - gościa zszokował taki tytuł i dał temu wyraz na forum (tylko mógł nie oceniać) - zgadzam się z nim, że tytuł jest szokująco absurdalny i totalnie zniechęcający.

            Therapy? uwielbiam - to mój ulubiony zespół.

            • Żeby oceniać trzeba by znać dobrze włoski. Wiemy jedynie, że jest długi. A polski brzmi dla mnie słabo i banalnie. "The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford" - też długi tytuł, ale oburzenia pod jego adresem nie słyszałem.

              We Włoszech w latach 70-tych powstawała masa filmów giallo o długich i dziwacznych tytułach pokroju "4 much na szarym aksamicie" (to i tak delikatny przykład). Można takie tytuły lubić, lub nie, ale wielkie zdziwienie i oburzanie jest dla mnie po prostu zabawne. Takie tytuły były po prostu były zjawiskiem powszechnym. Dla mnie takie tytuły są, jeśli już, to nie zniechęcające, tylko przeciwnie - intrygujące. Można by też komentować "Robocopa" na podstawie opisu: "człowiek-maszyna? przecież to kretynizm! 1/10!". Tylko po co? I czemu tu się dziwić? Horror to zombie i duchy, jazz to trąbki, rap to słowa na bicie, a włoskie kino gatunkowe lat 70-tych do długie tytuły. Taki już jest ten świat, deal with it :)

              Po namyśle muszę przyznać tyle, że Lina miał tytuły dłuższe od większości gialli i na pewno może irytować niemożność ich zapamiętania oraz konieczność wymawiania tak długich wyrażeń za każdym razem wypowiadając się o filmie.

              Tak na marginesie od Liny bardziej podobał mi się "Miłość i anarchia", o równie długim oryginalnym tytule.

              T? - również moja ulubiona kapela, chyba pierwszy raz "spotykam" przypadkiem kogoś, kto ich jeszcze zna. Więc piona, może kiedyś spotkamy się koncercie, jeśli jeszcze kiedyś nas odwiedzą. Oby.

              • >Lina miał tytuły dłuższe od większości gialli

                No w ciekawostkach jest, że ten film jest w Księdze Guinnessa za najdłuższy tytuł. Więc naprawdę jest się czym dziwić - podane przez Ciebie przykłady nawet się nie umywają, włącznie z Jesse Jamesem, który to tytuł dla mnie też jest idiotyczny i jeśli nie słyszałeś jak nad nim wydziwiam, to może tylko dlatego, że za cicho krzyczałem, gdy wszedł na ekrany. ;-)

                Da się zrobić fajny długi tytuł, ale to jest zajebiście trudne. Tak na szybko to jeden mi przychodzi do głowy: "Wszystko co chcieliście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać" - to jest niedościgłe mistrzostwo. No i przy nim tytułotwórczość tej Pani sprawia podwójnie żałosne wrażenie - ale to oczywiście tylko moja opinia.

                A że coś było powszechne - sam ten fakt nie stanowi żadnego usprawiedliwienia ani legitymacji, bo i dlaczego? Disco polo też swego czasu było popularne i powszechne, ale to w żadnym razie nie czyni tego gatunku bardziej strawnym i mniej obciachowym.

                > może kiedyś spotkamy się koncercie, jeśli jeszcze kiedyś nas odwiedzą. Oby.

                Oby. Pewnie za 10 lat, jak poprzednio. Byłeś na poprzedni koncercie?

                • Coś, co jest powszechne może mi się nie podobać, ale nie jak gdzieś słyszę kątem ucha disco polo, to raptem mi szczęka nie opada ze zdziwienia ;) Mi wiele długich włoskich tytułów się podoba. A ten film miał jednak polski tytuł (jest nawet w innych tytułach tu w bazie):

                  "Krwawe zajście pomiędzy dwoma mężczyznami z powodu pewnej wdowy. Podejrzewa się przyczyny polityczne"

                  Szczerze? Dla mnie jest całkiem spoko. Nie ta klasa co Allen, ale bez przesady, nie jest zły. Oczywista oczywistość - to tylko moja opinia.

                  Byłem w Proximie. Wróciłem z t-shirtem, singlem i zepsutym słuchem na pół doby. Ogólnie od mniej więcej 2006 roku jaram się, kolekcjonuję co się da i co parę miesięcy wracam do tego, choć znam już wszystko na pamięć. Kozacka kapela. Masz może w mp3 solowe płyty Andy'ego? Bo nigdzie ani do kupienia, ani do pobrania nie widziałem.

                • >Szczerze? Dla mnie jest całkiem spoko. Nie ta klasa co Allen, ale bez przesady, nie jest zły

                  No zgodzę się o tyle, że ten jest "tylko" dziwny. Nie jest przynajmniej pretensjonalny jak ten o lazurowym morzu.

                  >Byłem w Proximie.

                  Tutaj t-shirt, CD (bo jeszcze nie miałem) i singiel. :)

                  Ja jestem fanem od 1994, gdy zobaczyłem w MTV teledysk do "Trigger Inside" i prawie mózg mi się zagotował z wrażenia. Natychmiast pobiegłem kupić kasetę (jeszcze wtedy piracką), potem kupiłem płytę CD (moją pierwszą) i byłem rozczarowany, że nie ma tekstów w książeczce (jeszcze nie było Internetu). Więc jak zobaczyłem, że we wkładce do oryginalnej kasety są teksty, to kupiłem i kasetę - tylko dla tekstów. Jedyny album, który mam na trzech nośnikach i jedyny, który kupiłem najpierw na CD a potem na kasecie. :)

                  I w moim przypadku odpowiedź na pytanie: Therapy? brzmi: Yes, bo kilka razy w życiu zdarzyło mi się puszczać "Troublegum" w trybie "repeat" na pełen regulator, gdy byłem w dość słabej kondycji psychicznej i dla mnie to jest totalne katharsis. Ale to takie polskie przecież - nic nam tak nie poprawia humoru, jak słuchanie, że innym jest gorzej. ;-) A nikt inny tak pięknie nie wyśpiewuje bólu istnienia jak Andy.

                  Po "Infernal Love" obniżyli trochę loty i to już nie to samo, ale koncert był wypas.

                  O istnieniu jego solowych płyt nawet nie wiedziałem, bo nie jestem typem fana, który śledzi wszystkie niusy o ulubionych artystach. Będę musiał poszukać. Jeżeli zostały wydane, to na pewno gdzieś w sieci są - wszystko (no, prawie) jest, tylko trzeba umieć znaleźć.

                  Z rzeczy mniej typowych to mam tylko EP-kę "Born in a crash", parę singli i koncertowy bootleg z 1994 roku z totalnie zajebistego koncertu (np. kilka roboczych wersji piosenek, które potem weszły na "Infernal Love" - z innymi tekstami).

  • Tym razem wyjątkowo podoba mi się polskie "tłumaczenie" tytułu...

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię