Niestety kolejny crowdpleaser.

Cholernie czekałem na ten film. Podkreślając cholernie. Już po pierwszych informacjach na temat filmu uważałem, że będzie to produkcja, która przyniesie Oscary Chalametowi i/lub Carellowi.

Co się jednak okazało? Obejrzałem film, który przywodzi mi na myśl jedynie, często uwielbiane przez filmwebowiczów, "wzruszacze" z Julią Roberts, albo co gorsza - dramaty młodzieżowe, często wygrywającymi statuetki People's Choice czy MTV Movie Awards, a więc filmy, które często zwyciężają w rankingu filmwebu z dziełami mistrzów kinematografii, czy tych z odległej już przeszłości, czy ówcześnie działających, nowych ekscytujących twórców jak McQueen, Lanthimos czy Guadagnino.

Problemem jest przede wszystkim to, że film, bez grama subtelności szantażuje emocjonalnie. Jasne, dramaty mają prowokować do refleksji, emocji, co wrażliwsi widzowie z pewnością rozpłaczą się na sali kinowej, jednak kiedy inny film Chalameta "Call Me By Your Name" przebijał gatunkowe ramy, dał nam niezwykle czuły obraz miłości z ogromną głębią postaci, subtelnie i cierpliwie rozgrywając fabułę, tak "Beautiful Boy" nie kryje się z zamiarem nabrania widzów na "wielkość" i "DRAMAT" z caps locka. Nawet najprostszy przykład muzyczny, chociaż playlista filmowa jest wypchana cudownymi kawałkami, tak sposób w jaki one są użyte balansuje niemal na granicy autoparodii i filmów często puszczanych na lekcjach religii w Polsce, gdzie zapaść bohatera reprezentuje deathmetal, gdzie nostalgiczne ujęcia z przeszłości są zawsze przy melancholijnym śpiewie Johna Lennona czy innych wielkich, gdzie gdy bohater stoi przed wyborem, musi grać niepokojąca piosenka o "głębokim" tekście. Subtelność zerowa, kinematograficzne wyczucie ogranicza się do najprostszych emocji. Jasne, przykład muzyczny jest najbardziej banalnym argumentem, ale schemat w tym filmie powtarza się na każdym polu.
Szczególnie przy montażu. Ewidentnie materiał z kilka lat życia bohatera pokazany w wersji chronologicznej, nieposzatkowanej flashbackami do dzieciństwa byłby zdecydowanie za słaby do oglądania i wynudziłby niesamowicie przez brak dramaturgii i werwy. Film jest do granic możliwości zdynamizowany przez kontrast między "dobrymi", a "złymi" momentami życia bohatera, agresywnie wymuszając na widzach uwagę.
Chociaż nie powiem, że film jest przewidywalny, tak srodki użyte do przedstawienia historii już tak. Nawet symbolika jest jedną z najbardziej oczywistych i po najmniejszej linii oporu, gdzie nawet chwile zwątpienia syna są błyskawicznie porównywane z chwilami zwątpienia ojca, oczywiscie w tych samych pozach pochylającymi się nad meblem, niemal jak w polskich telenowelach.

Nie porywam się na pisanie recenzji, bo w oczywisty sposób musiałbym nagrodzić też dobre elementy filmu, jak Chalamet, jak Carell, jak historia i część scen dramatycznych, które niestety zostały zmarnowane przez to, jak zawodzi produkcja Amazon Studios, która z łatwością mogłaby pisać historie kina. Chyba najbardziej smutne byłoby porównanie do innego filmu tego studia - Manchester by the Sea, które przecież było wybitną i nieoczywistą definicją nowoczesnego dramatu, czego Beautiful Boy jest niestety parodią.

Prawdziwym celem tego wpisu jest pewien apel do być może przyszłych kinomanów czy kinomanek, którzy wystawili lekką ręką Beautiful Boy 9 lub 10, szybko po seansie polecając go na snapchacie czy tumblerze (gdzie ogromny fandom Chalameta, którego sam też uwielbiam). Proszę skonfrontujcie ten film z innymi dramatami. Oglądajcie, doświadczajcie. Być może uwielbienie dla tego obrazu przerodzi się dla kogoś w pasję, bo przecież każdy z nas miał taki tytuł od którego zaczęła się przygoda z eksplorowaniem kina. Nie mówię, że wiem lepiej, być może film jest faktycznie wybitny i nie obrażam osób, które po prostu były zachwycone tą produkcją. Sam jednak zacząłem zabawę od ocenienia "Kodu da Vinci" na 10/10, nie dając sobie sprawy co przede mną kryje kino. Po latach wracając do "Kodu" oceniłem go oczywiście na ocenę o wiele niższą, bo mój zachwyt przerodził się w krytyczną ocenę filmu, porównując wobec znacznie wybitniejszych Dzieł.
To może być kolejny film po "Wonder" z Julią Roberts, grzecznym "Bohemian Rhapsody", który jest najlepiej tutaj ocenianym filmem muzycznym (!!! - a Amadeusz? a Whiplash?), którego entuzjastyczna ocena jest po prostu krzywdząca dla kinematografii. Krzywdząca dla wybitnych dramatów, krzywdząca dla wielkich twórców, krzywdząca nawet dla innych filmów Carella i Chalameta, znacznie lepszych jakościowo.

Tak więc insynuując, proszę, zastanówcie się. Bądźcie bardziej krytyczni wobec tego co oglądacie. Nie tylko ja tego potrzebuję. Cała kinematografia tego potrzebuje. Pozdrawiam wszystkich! :)

59

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: