Kocham, więc cierpię

Zacznijmy od zalet. Mateusz Banasiuk dobrze przygotował się do roli. Miło się patrzy na niego przez parę minut. Ale to troszkę mało.

Jeśli ktoś obejrzał parę filmów tzw. LGBT rzyga już schematem: dwóch w miarę już dorosłych (zdawało by się) facetów nagle (ależ zaskoczenie!) odkrywa, że podoba mu się kolega (co robili w liceum na wf-ie?), ale wstydzi się do tego przyznać. Jak już się przyzna, to się troszkę wstydzi, ale miłość w końcu wygrywa. Następnie akcja dąży do pierwszego lodzika, osiągając punkt kulminacyjny w scenie seksu analnego. Nie może to być jednak scena normalna, w łóżku, na spokojnie, po ludzku, żeby się troszkę sobą nacieszyć i żeby było fajnie. Musi to być jakiś parking, czy coś, na zewnątrz, cóż za romantyzm, troszkę jak z Iluśtam Twarzy Greya. Wielki wstyd powiedzieć mamie: jestem gejem, ale anal na zewnątrz to już na wyluzie. Potem jeszcze społeczeństwo, które przemilcza, odrzuca, a nawet bije. I koniecznie dziewczyna w ciąży, bo jakże inaczej. Biedne dziecko. Identyczny, dosłownie identyczny schemat ma niemiecki Freier Fall (u nas znany jako „Siła przyciagania”), też z 2013. Szkoda, że takie filmy robi się na Zachodzie już od 20 lat. Mogliby ci geje wreszcie dojrzeć i zamieszkać razem i mieć jakieś normalne problemy.

No i oczywiście wszystko w smutku i cierpieniu. Jakby gej w Polsce musiał koniecznie kochać i cierpieć katusze, a nie mógł wesoło przeżywać swojej miłości.

Bohaterowie za dużo nie rozmawiają, ale rozumieją się świetnie. Wow, cóż za chemia. Scena jak wskakują do jadącego pociągu, razem krzyczą, są wolni i jest fajnie, to żywcem wzięta z jakiegoś romantycznego teledysku z lat dziewięćdziesiątych. Ależ im zazdrościmy, co za kumple!

Film wydaje się w zamierzeniu jako produkt na festiwale gejowskiego kina w Zachodniej Europie. Reżyser zupełnie zignorował wszelkie możliwe polskie konteksty, chcąc zrobić film do znudzenia uniwersalny, a wyszedł do bólu oderwany od rzeczywistości. Postaci schematyczne, ze smutnymi twarzami. Ale nie do końca wiadomo dlaczego cierpią, w ogóle nie mają zamiaru sobie z sytuacją poradzić i jakoś jej sensownie rozwiązać: zostajemy razem czy rozchodzimy się. Na szczęście w życiu ludzie radzą sobie jakoś lepiej niż w kinie. Sceny takie jak się widziało już dziesiątki razy czy u Ozpetka (scena przy stole) czy u Stéphane’a Giusti’ego (skakanie do basenu). Głosy kolegów żartujących z Michała w słuchawce, kiedy dzwoni do Kuby to już jednak żenada. Really? W Warszawie? Toż u mnie na prowincji ludzie jacyś bardziej cywilizowani i tak by się nie zachowali. A wydawałoby się, że Michał się w takim środowisku para-artystycznym obraca, a więc można by oczekiwać, że bardziej tolerancyjnym. Ale nie, ma kolegów troglodytów. I dlaczego dzwoni do ukochanego właśnie, jak jest z nimi, jakby nie mógł odejść parę metrów?

To wszystko czyni ten film mega-nierealistycznym i oderwanym od rzeczywistości. Na Boga, reżyserowie, powinniście się udać na jakieś badania terenowe i opuścić warszawskie salony, wybrać się na jakąś wycieczkę do Pcimia, Tarnowa, Gliwic, Łańcuta czy Siedlec i zobaczyć, jaka jest naprawdę Polska i jak żyją polscy geje. A wy wciąż w tym werterycznym, po(?)-nowoczesnym sosie chcecie się nurzać, tak że jak już zrobicie „pierwszy polski gejowski film” to ciężko się z nim minimalnie zidentyfikować. No nie wiem, jakiś profil na fellow na początek, by zanim się przystąpi do pracy nad pięknymi obrazami, jakiś minimalny risercz zrobić.

Aha, jeszcze jedna sprawa. Ma się wrażenie, że nie udało się w filmie przełamać lęku przed męskim seksem, tabu nie zostało złamane, a bynajmniej wyeksponowane. Kilble, szatnie, podwórka nocą. Wciąż wszystko musi być wstydliwe, ukrywane, zakazane. Dajcież spokój. Dorośnijmy. Kochajmy się jak ludzie, którzy mają do tego prawo.

Zmarnowana szansa, a szkoda!

157

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: