Zdaję sobie sprawę, że muszę się wyrażać ostrożnie, bo to klasyk, ale nie mogę nie skomentować filmu, na który przeznaczyłem 3 i pół godziny swojego życia. A że ten film mi się nie podobał nie będzie to komentarz przychylny.
Fabuła - bandyci napadają na wioskę, chłopi zatrudniają samurajów, kilka bitew, wygrywają wieśniacy. Ani to nie jest wielce oryginalne (chyba, że do tego czasu nikt jeszcze nie nakręcił filmu o samurajach, albo w ogóle filmu fabularnego, albo po prostu japońskiego filmu), ani nie niesie jakiegoś głębszego przesłania, ani nie jest specjalnie skomplikowane. Historia jest dobra, ale na pewno nie bardzo dobra ani tym bardziej rewelacyjna. Tylko, że nie widzę sensu rozdmuchania tego do 3,5 godziny! Przez taki czas historia musiałaby mnie naprawdę porwać. Ale fakt, że nie zasnąłem ani nie wyłączyłem filmu się chwali... ale nie o to przecież chodzi w domniemanych klasykach. Bohaterowie prawie niczym się nie różnią. Jest samuraj x 7, wieśniak x kilkanaście i bandyta x 40. Ktoś napisał, że film idealnie prezentuje mentalność chłopów. Może i tak, ale przez tak długi czas można było w nią wniknąć dużo głębiej.
Gra aktorska - no jakoś nie widzę nic wielkiego w tym, że jeden lata i krzyczy jak upośledzony, a drugi cały czas głaszcze się po głowie.
Muzyka - naprawdę to jest bez rewelacji. Rzadko się pojawia, jest skomponowana na jedno kopyto i taka sama jak w "Tronie we krwi".
Kwestie techniczne przemilczę, bo jeśli tak wygląda wersja zremasterowana to nie chciałbym widzieć wersji oryginalnej.
Nie dostrzegam w tym filmie niczego wybitnego. Ani jednej sceny, ani jednej roli czy choćby dialogu. Ktoś wspomniał, że to jeden z największych japońskich filmów. Godzilla z pewnością jest większa.
Spodziewam się sporo komentarzy typu: "fan porno nie powinien oglądać takich filmów". Skoro ja już to napisałem to Wy możecie sobie darować.
Jakoś w innych japońskich filmach nikt się tak nie zachowuje. Tylko Kikuchiyo.
Zdaję sobie sprawę, że film to nie życie i jak sądzę takie zachowanie znalazło się w filmie celowo i wcześniej zapytałem dlaczego. Feuerbach uznał to niestety za wygłupianie się.
W Rashomonie Mifune też się bardzo wyróżnia. Kurosawa specjalnie moim zdaniem tak mu proponował grać bo po prostu świetnie to robił. Wiadomo, że sam typ takiego zachowania nie wygląda jakoś realistycznie, ale za to wygląda oryginalnie, a to się powinno liczyć w filmach. Zapewne gdyby grał "zwyczajnie" to dla Ciebie nie byłoby 6 samurajów + ten inny, ale 7 sobowtórów co jest bardzo złym myśleniem bo każdy z nich posiadał inne cechy, które reprezentowały zasady bushido.
Nie oglądałem jeszcze Rashomona, ale jeżeli znowu ten sam aktor gra tam tak jak w Samurajach i Tronie we krwi to trochę kiepsko.
Może nie spłycasz, to złe słowo. Na pewno upraszczasz. Już Ci tłumaczyłem, że "Siedmiu samurajów" to nie jest film rozrywkowy. Chyba nie muszę wyjaśniać czym są filmy rozrywkowe tj. "Terminator" czy "Mroczny rycerz"? Filmy rozrywkowe muszą mieć przewagę wydarzeń nad psychologią, przesłaniem, wartką akcję. Przede wszystkim muszą dostarczyć rozrywki. W przypadku takich filmów opisanie zdarzeń zajmuje trochę czasu. Odnoszę się tutaj do Twojego streszczenia ze streszczenia: "Tyle wątków? Atak, trening i obrona wioski, w tle gdzieś miłość i to tyle." Otóż to jest prostackie streszczenie, bo w tym filmie nie tylko o wydarzenia chodzi. Za każdym z tych zdarzeń idzie jakaś "głębsza tematyka": dramat egzystencjalny ludzi ubogich, pytania o honor samuraja, dramat klasowy, poszukiwanie drogi w życiu, eskalacja przemocy, przemijanie starego porządku (walczący mieczem samurajowie giną od broni palnej), każda z postaci ma swoją historię, dramat. Takie niuanse zawiera fabuła, którą Ty sprowadziłeś do 3 słów.
Jeśli chodzi o postać Kikuchiyo to sprawa jest bardziej złożona niż "skakanie i bieganie". Na początku wypadałoby zaznaczyć, że aktorstwo w japońskich filmach (szczególnie z tamtego okresu) charakteryzuje pewna stylizacja, konwencja. Wywodzi się ona z teatru kabuki i polega na nadekspresji, wyrażaniu emocji poprzez gesty, ruchy, mimikę twarzy. To się może podobać, albo nie. Natomiast tego nie można negować - to jest taka kultura.
Przypadek Mifune jest szczególny. Ten ulubiony aktor Kurosawy, idealnie wpasowywał się swoim temperamentem w pomysł na kino Kurosawy. Nieprawdą jest, że potrafił grać tylko takie szalone role. Kto nie wierzy, powinien obejrzeć "Straż przyboczną". Co nie zmienia faktu, że pisane mu były role żywiołowe, na granicy szarży. Moim zdaniem rola w "Siedmiu samurajach" jest jego najbardziej naturalną, spontaniczną (w porównaniu choćby do "Tronu we krwi").
Odnośnie stylizacji watro zauważyć, jak się zachowują pozostali samurajowie. Tak żywiołowo jak Kikuchiyo? Nie, są dostojni, opanowani, rozważni, jak przestało na wojowników. Zresztą Kurosawie, który miał samurajskie korzenie, zarzucano idealizację stanu samurajskiego w jego filmach. W sposób kontrastowy przedstawieni są ludzie prości, nieokrzesani (w tym zarówno chłopi, jak i bandyci). Obie grupy są w tym karykaturalnym przerysowaniu. Przy czym wieśniacy są ulegli, pokorni, tchórzliwi, zgięci w pół, ze spuszczoną głową. Natomiast bandyci są porywczy, dumni, okrutni.
Ważne jest, żeby pamiętać: Kikuchiyo de facto NIE JEST SAMURAJEM. To wieśniak, który - prawdopodobnie - ukradł miecz i rodowód jakiegoś zmarłego samuraja. Uzurpator, który zapragnął przygód i postanowił dołączyć do jakiejś grupy samurajów. I to jest w zasadzie jego jedyna motywacja - przeżywać przygody, odznaczać się brawurą. O pomaganiu biedakom, lojalności wobec kompanów nie ma mowy. W tym sensie Kikuchiyo mógłby zostać bandytą. I uwaga: jego zachowanie jako żywo przypomina zachowanie nie wieśniaków, nie samurajów, ale bandytów (choćby tych z początku filmu). Jest dumny i porywczy jak oni.
Kikuchiyo to w gruncie rzeczy bohater w duchu amerykańskim. Odważny, uroczy łobuz, lekkoduch, idol młodzieży. Ale Kurosawa nie pozwala sobie na amerykańską naiwność. Kurosawa twierdzi, że heroizm jednostki nie jest rozwiązaniem. Kiedy Kikuchiyo postanawia dla własnej chwały wykraść bandytom strzelbę, skutki są tragiczne. Tym samym bowiem Kikuchiyo opuszcza wyznaczone stanowisko, niszczy taktykę przywódcy, co doprowadza do śmierci jednego z samurajów. Widzimy potem, jak załamany Kikuchiyo siedzi całą noc nad grobem Gorobeia. Zaś w finałowej bitwie walczy za pięciu, by wreszcie dokonać istnego kamikadze z mieczem, na uzbrojonego w strzelbę bandytę (ratując życie Katsushiro i pewnie innym). Piękna przemiana i odkupienie.
Dlaczego Mifune aż tak szarżuje? Może dlatego, że potrafi to robić w sposób autentyczny i uroczy. Bywa komiczny, jak w tej scenie zalotów:
http://www.youtube.com/watch?v=JXDCOVRrUu4
... bywa dramatyczny, jak w tej (może kluczowej) scenie:
http://www.youtube.com/watch?v=Nha8ICFYMzs
Zwróć uwagę na końcówkę tej sceny, gdy Kikuchiyo jeszcze próbuje ukryć wzruszenie i zażenowanie pod maską wściekłości, ale w końcu zalewa się łzami.
Kikuchiyo to kinowy archetyp wieśniaka, który zostaje wojownikiem np. Luke Skywalker w "Gwiezdnych wojnach". Również maniera aktorska Mifune nie pozostała bez naśladowców - wypisz wymaluj Eli Wallach w "Dobrym, złym i brzydkim". Żeby nie było: zarówno Leone, jak i Lucas nie ukrywają inspiracji Kurosawą i sporo mu zawdzięczają, ale to temat na inną bajkę.
Z tych i innych względów uważam rolę Mifune za wybitną.
No i to są argumenty! Po tym co napisałeś ta postać zyskuje bardzo w moich oczach. W zasadzie nie wiem co odpisać, bo masz po prostu rację. Pokazałeś parę rzeczy, których nie dostrzegałem, a także napisałeś o innych, o których nie miałem pojęcia, jak teatr kabuki. O tym, że Lucas się inspirował Kurosawą wiedziałem.
Swoimi argumentami doprowadziliście do dwóch rzeczy:
1. podwyższę nieco ocenę na teraz
2. na pewno kiedyś wrócę do tego filmu. Wcześniej jednak zamierzam poczytać o kodeksie bushido, teatrze kabuki i obejrzeć inne filmy Kurosawy.
Ciesze się, jeśli w jakimkolwiek stopniu przekonałem Cię do filmu. Numerek jaki postawisz filmowi to nie moje zmartwienie ;)
Wszyscy jesteśmy fanami porno, większość się po prostu nie przyznaje.
Film wielki, mający ogromny wpływ na kinematografię całego świata. Ale to przecież nie znaczy, że musi ci się podobać. Zresztą wiele prekursorskich filmów po latach się już nie broni.
Ale i tak cię nawracali i nawracać będą, bo większość ludzi to orędownicy prawdy najmojszej.
Pierwszy film o samurajach to chyba Rashomon z 1950 roku. Potem wrota piekieł z 1953. Ale siedmiu samurajów był jednym z pierwszych i najważniejszych.