Wielkie nadzieje

Na „Zimną wojnę” czekałam jak zła. Hype z Cannes potęgował odliczanie dni do przedpremiery. Czekałam na dzieło kalibru „Idy”, które mnie zniszczy i zbuduje od nowa. Ale średnia historia ubrana w najpiękniejsze zdjęcia, jest dalej średnią historią. Bogowie nie śnili o romansie, jakiego Żal doświadcza z obiektywem kamery. I tylko tym dla mnie jest nowy film Pawlikowskiego - totalnym, kompletnym arcydziełem operatorskim. Pozbawionym żaru, namiętności, odbijającym się od sceny do sceny, a z każdym odbiciem emocje bledną. Tło społeczne i polityczne, które jest dużo ciekawsze, schodzi szybko na drugi plan, aż niknie zupełnie. Pozostają kochankowie, targani głównie własnymi kaprysami. Dużo w tym powierzchowności, papierowych emocji. Mało człowieka.

Jest mi strasznie przykro, bo uwielbiam Pawlikowskiego – jego wrażliwość, kunszt, warsztat, wizjonerstwo, ale mimo najszczerszych chęci nie byłam w stanie zbliżyć się do bohaterów. Trzebuchowska i Kulesza w „Idzie” były tak blisko, że nie byłam w stanie ich od siebie oddzielić. Z Zulą i Wiktorem nigdy się nie spotkam. Nie wiem czy to kwestia obsady (Kulesza mimo że krótko, swoje znowu zrobiła po mistrzowsku; nawet Szyc nadał swojej postaci odpowiedni rys) czy tego, że widziałam w kinie wielkie pożary i nie umiem zachwycać się małym płomieniem.

Ale myślę teraz o tym, jak niedoceniany jest u nas Kuba Czekaj, jak Gośce Szumowskiej dostało się za „Twarz” i o sukcesie „Cold war”, którego nie rozumiem.

173
  • Zgadzam sie z Toba całkowicie.

  • Podobnież. Niedawno skończyłem "Prześnioną rewolucję" Ledera i po trailerze zrobiłem sobie nadzieję na coś w tym klimacie (czego zresztą nie brakowało w Idzie) - wpisanie bohaterów w zdrowo popieprzoną sytuację lat powojennych, z jej przemianami społecznymi, bardzo świeżą traumą powojenną, całkowitym przemeblowaniem starych hierarchii, redefiniowaniem świata i budowaniem nowej rzeczywistości. Takie były pierwsze sceny, potem to uleciało. Komunizm sprowadza się do groteskowego sukinsyństwa - Szyc zaczął z wysokiego C, ale w każdej kolejnej scenie jego postać coraz bardziej przypominała żałosny szwarccharakter z nowej generacji bajek disneja i drimłorksa. Nic w tym zdrożnego, że autorzy przedstawiają komunistów krytycznie, ale wyszło to strasznie płasko i zupełnie drugoplanowo - a potencjał był na dużo, dużo więcej.

  • Co to znaczy, że "Gośce Szumowskiej dostało się za "Twarz"? Dostalo się jej Srebrnego Niedźwiedzia, owszem, a i wygraną w polskim konkursie na Off Camera. To naprawdę dużo za dużo jak na ten obraz. Film Szumowskiej przy filmie Pawlikowskiego jest jak nieudolna etiuda amatorki, ze scenariuszem pisanym na kolanie. Dopracowana do najmniejszego szczegółu, formalna i piękna formalnie, wystudiowana, choć dla mnie osobiście rozsadzana emocjami, których doświadczamy w przebłyskach, a nie linearnej historii "Zimna wojna" może się nie podobać, ale "dzieło" Szumowskiej dzielą od Pawlikowskiego lata świetlne.

    • 1. W debatach krytyków, filozofów itd, "Twarz" była mocno krytykowana za zerojedynkowość, odcięcie się od duchowości, szczególnie w zestawieniu z "Wieżą. Jasnym dniem" (ten sam czas wejścia na ekrany). Nagrody nagrodami, a dyskurs dyskursem.
      2. Widzisz, dla Ciebie scenariusz "Twarzy" był pisany na kolanie, a ja mam takie odczucie w stosunku do "Zimnej wojny". "Twarz" jest spójna, konsekwentna. Można jej zarzucić jednostronność, ale ja przymykam na to oko. Emocje w przebłyskach? Nigdy! Ja czułam je cały czas. Mamy świetną historię, ogromny dramat człowieka.
      "Zimna wojna" natomiast emocjonalnie mnie nie drasnęła, bo ta historia jest wydumana. Nie czuję w niej szczerości.
      3. Jakbym miała te dwa filmy porównać, to oczywiście "Cold war" bije wszystkie ostatnie obrazy artyzmem wizualnym. Ale to tombak. Nie ma nic pod spodem. "Twarz" może nie ma monochromatycznych zdjęć, za to poruszyła mnie do żywego - a tego szukam w kinie, nie tylko ładnych obrazków.

      • Ale gdzie te emocje były w "Twarzy"? We mnie ten film z emocji rodził głównie irytację. Przerysowane postaci, ledwo naszkicowane, sztampowe sytuacje, wszystko przewidywalne. Jedyne, co było na plus, to zdjęcia Englerta i niezła gra Kościukiewicza. Ten film nie ma żadnego przesłania, żadnej pointy. W dodatku (jak dla mnie) jest zrobiony z pogardą dla zwykłych ludzi. To wszystko co piszesz o "Zimnej wojnie" ja widzę właśnie w "Twarzy", czyli wydumanie i brak szczerości. Ta historia MOGŁA być świetna, bo miała dobry punkt wyjścia, ale wyszedł z niej rodzajowy potworek. Mam tyle szacunku do tego filmu, co Szumowska do swoich bohaterów, niestety.

    • Według mnie te filmy są nieporównywalne. W moim osobistym rankingu to zupełnie inna półka. Na tych seansach przeżywałam coś zupełnie różnego, ale w obu przypadkach byłam zachwycona po seansie. "Twarzy" drugi raz raczej nie zobaczę w najbliższej przyszłości (kto wie, może za kilka lat, bo jestem fanką), natomiast na "Zimną wojnę" wybieram się w niedalekiej przyszłości do kina.

  • Absolutnie zgadzam się z każdym słowem, dodałbym jeszcze jeden zarzut: film nie jest filmem, tylko jego streszczeniem. Żadnego z najważniejszych wydarzeń w życiu bohaterów nie oglądamy na ekranie. Dowiadujemy się o nich post factum z rozmów. Trudno iść za losami bohaterów i przejąć ich emocje, kiedy się w nich nie uczestniczy. To tak, jakby oglądać horror, ale zamiast rosnącego napięcia i jumpscare'a w finale, dostać scenę, w której jedna postać opowiada drugiej, co ją spotkało. Dlatego mam wrażenie, że obejrzałem streszczenie. Nie widziałem, co spotyka bohaterów, widziałem jak sobie wszyscy opowiadają, co wcześniej się u nich działo. "Wyszłam sobie za mąż za Włocha", "Ach, to ty nie wiesz, wyjechała do Polski", "Wróciłem przez zieloną granicę", "Ktoś tam się postarał i jesteś wolny". "Oh, BTW: teraz mam dziecko z tamtym". Staram się zrozumieć, że taki był pomysł na narrację, ale ten zabieg uniemożliwił mi wczuwanie się w któregokolwiek z bohaterów. I może właśnie dlatego, że więcej jest opowiadania o minionych zdarzeniach niż rzeczywistej akcji, między aktorami nie rodzi się krztyna chemii i to niestety bardzo widać.
    Zwiastun mnie urzekł. Liczyłem na coś pomiędzy "Małą Moskwą" Krzystka i "Dworcem dla dwojga" Michałkowa, ale w poetyce "Idy". Srogo się rozczarowałem, aż mi z tym źle.

    • Edit: "Dworca dla dwojga" rzecz jasna Riazanowa, z Michałkowem w jednj zról. ;)

      • Masz rację - taka narracja mocno spłyca film. I być może jest powodem braku chemii.
        Mnie zwiastun również mocno urzekł, pobiegłam jak szalona na pierwszy pokaz przedpremierowy. Na co liczyłam? Chyba na dzieło uniwersalne pokroju "Idy", subtelnie dotykające niedotykalnego.

        Wczoraj odpaliłam Damage, nie wiem który już raz. Postać Binoche też jest nieco autystyczna, zamknięta, ale w interakcji ze Stephenem płonie. Nie chcę porównywać tych filmów, ale jeśli mówimy o miłości "niemożliwej" to dla mnie Damage jest właśnie takim filmem. Nie Cold war.

        I mam bardzo podobne odczucie: też mi źle z tym rozczarowaniem.

        • W zasadzie, skoro sobie tak spoglądamy krytycznym okiem na ten film, przyznam, że w zasadzie czuję się oszukany już samym tytułem. Gdy przeanalizować fabułę, nie ma ona z nim nic wspólnego, a tło historyczne jak piszesz: z każdą sceną blednie, aż zupełnie znika, pomimo wyraźnych sugestii, że będzie grać pierwszoplanową rolę. Być może po prostu poszedłem kliszą i wydawało mi się, że dostanę melodramat o kochankach rozdzielonych żelazną kurtyną, a tymczasem nie rodzielają ich historyczne zawirowania, tylko prywatne kaprysy i osobiste interesy. Zresztą, Zula poprzez międzynarodowe koncerty podrózuje na Zachód, a później przez ślub z Włochem (skąd go wytrzasnęła?) staje się obywatelką wolnego świata i zupełnie legalnie wyprowadza się do Francji, więc tytułowa zimna wojna zupełnie ich nie dotyczy. Chyba, że tytuł nie odnosi się do nazwy epoki, tylko do stanu napięcia między bohaterami, wtedy ten brak chemii i mechaniczna, beznamiętna kopulacja nabierają sensu. :)

          • Myślę, że tytuł odnosi się kondycji uczyć bohaterów - tak, wtedy ma to sens. Jednak w dalszym ciągu nie czyni tego filmy wybitnym :)

          • Wczoraj oglądałam, coś wczoraj na gorąco napisałam i trochę jestem spokojniejsza: myślałam, że nic a nic nie znam się i nie poznałam się na arcydziele! podpisuję się pod wszystkimi uwagami, bo są bardzo trafne. Nie należę do tych kinomanów, jak i Wy koleżanki i koledzy, co to wychwalają pod niebiosa, bo film nagrodzony. Albo mnie strzeli piorun po obejrzeniu filmu, albo muśnie mnie bryza. Wczoraj to był lekki wiatr. Szkoda, bo nadzieje były ogromne! Myślę sobie, że jurorzy na świecie nie widzieli wielu wybitnych polskich filmów sprzed lat i nie mają świadomości, iloma arcydziełami filmowymi Polska może się szczycić. Nie jestem więc sama. Lepiej mi :) Główna uwaga: film o miłości życia bohaterów bez odrobiny namiętności i ognia. To raczej zlepek przypadkowych spotkań, przy których przypominali sobie o swoim istnieniu i poudawali przed sobą wielką miłość. Tak to odebrałam. Śmierć na koniec? a już nie mamy pomysłu na siebie: weźmy się zabijmy. Wielu wzruszy, mnie zdziwiło. Może taki był zamysł twórców?

            • to napisałam wczoraj, po seansie: Ida i Zimna wojna - urzekające kadry (czarno-białe, więc klimat taki, jaki lubię) i piękna muzyka. Film jako dzieło wizualne i muzyczne tak! mam przy obu takie same odczucia: jest inny niż to, co pokazuje świat, zupełnie inna forma (świat dawno o takiej zapomniał). Mam kilka filmów z polskiej kinematografii (czarno-białych sprzed pół wieku najczęściej), który wywarły na mnie ogromne, ogromne wrażenie! Te dwa tak na mnie nie podziałały i nie mówię tu o ckliwości, która mogłaby takie wrażenie potęgować. Nie w tym rzecz i trudno to nazwać. Doceniam oba dzieła, ale w jednym i drugim zabrakło mi czegoś, co sprawiłoby, żebym razem ze znawcami kina z całej Europy krzyknęła: genialne! Chciałabym, ale zrobiłam to kilka razy w przeszłości, oglądając polskie kino. Taki film siedzi wówczas w mojej głowie (sercu) przez kilka tygodni, a potem całe życie...

            • "film o miłości życia bohaterów bez odrobiny namiętności i ognia. To raczej zlepek przypadkowych spotkań, przy których przypominali sobie o swoim istnieniu i poudawali przed sobą wielką miłość. (...) Śmierć na koniec? a już nie mamy pomysłu na siebie: weźmy się zabijmy." To jest najlepszy opis fałbuły, jaki czytałem. Będę cytować. :)

    • Dokładnie takie same odczucia mam po wczorajszym seansie. Nastawiona byłam bardzo pozytywnie, chociaż para Kot i Kulig jakoś mi się ze sobą nie bardzo kleiła. Szanuję i lubię bardzo oboje z osobna, ale razem?... coś mi nie styknęło. Zdjęcia mistrzowskie, muzycznie świetne, ale w to ich uczucie chyba nie uwierzyłam. Jestem zaskoczona swoją reakcją, ale skłamałabym gdybym napisała inaczej. Koncówka filmu? Takie meh.

    • Też srogo się rozczarowałam i jest mi z tym źle. Niedopracowany scenariusz, brak spójności, przeestetyzowane ujęcia i plenery, które wraz z piękną muzyką miały chyba te braki jakoś przykryć. Nie rozumiem zachwytów nad tym filmem. Ida była świetna , ale ten film rozczarowuje. Kto wie może laureat Oskara bał się właśnie rozczarować kolejnym dziełem i ten lęk odbił się się na tym filmie?
      Nie wiem czemu, ale oglądając ten film myślałam o Różyczce Kidawy-Błońskiego nie tak wymuskanego estetycznie, ale jak bogatego w głębokie treści i emocje.

  • To ciekawe.
    "Ida" , filmy Kuby Czekaja i Szumowskiej to dla mnie przerost formy nad treścią , więc jeśli "Zimna wojna" Ci się nie spodobała to w sumie dobrze dla mnie :)

    • Hehe, jest zatem duże prawdopodobieństwo, że "Zimna wojna" Ci się spodoba :)
      Czekaj jest dla mnie objawieniem, "Ida" arcydziełem, natomiast z Szumowską mam problem. "Twarz" jest pierwszym jej filmem, z którym się zsynchronizowałam emocjonalnie. Wcześniej nie czułam jej dzieł. Doceniam, że porusza ważkie tematy, ale nie powiem, że czekam na jej kolejne filmy z niecierpliwością ;)

  • użytkownik usunięty

    a

  • ja mam na odwrot, Ida w ogole mnie nie ruszyla byl to dla mnie film tak oszczedny ze nie wzbudzil we mnie zadnych emocji, bardzo slaby, jedynie scena z odkopywaniem kosci rodzicow wywowala jakies emocje. Sukcesu Idy nigdy nie zrozumiem
    ZImna Wojna podobala mi sie o wiele bardziej, jest ciekawasza lepiej zrobiona, wzbudza emocje

    Chyba do kazdego trafia inny rodzaj emocji bo wszyscy jestesmy inni.

  • Obejrzałem z zainteresowaniem. Obrazy świetne, bo czarno białe, dużo odbić w lustrze, kontrastów. Film wydaje się rodzajem streszczenia, jest przez to trochę uproszczony. Niestety nie jest to jednak poziom "Idy", ale według mnie warto obejrzeć. Podobała i się gra Kota. Kulig i Szyc wyszli trochę według mnie szablonowo. Daję 7/10.

  • dla mnie film przepiekny, a ostatnie zdanie mistrzostwo świata :)

  • Zgadzam się w pełni, romans z ładnymi kadrami, nic ponadto...

  • Zgadzam się z krytycznymi ocenami filmu. Na seansie męczyłam się strasznie i cały czas zachodziłam w głowę, jakim cudem to DZIEUO popełnił ten sam reżyser, spod którego ręki wyszła "Ida" i "Lato miłości". Nic tu nie grało: gra aktorska głównych bohaterów (patrząc na Kota, miałam wrażenie, że strasznie się męczy), "chemia aktorska", której w ogóle nie było (i co pogrzebało cały film, bo nie można robić filmu o miłości bez chemii między aktorami), scenariusz (To nie bohaterowie, tylko papierowe kukły. Nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta ich wielka miłość, która tłumaczyć miała ich wszystkie idiotyczne życiowe wybory. A dialogi chwilami były tak koszmarne, że ocierały się o grafomanię. O tle historycznym wolę nic nie mówić, bo to wyjątkowo ciężką ręką robione było.), a nawet reżyseria (po cholerę Pawlikowski nieustannie robił cięcie po jakiejś w miarę istotnej kwestii, nie dając jej wybrzmieć?). Bronią się zdjęcia, muzyka, Borys Szyc, Agata Kulesza i Adam Woronowicz. Kompletna strata czasu i pieniędzy.

  • bardzo śmiało oceniacie dzieło PP, a przecież nie jesteście zawodowymi krytykami , może trochę pokory , bo z tego co czytam raczej większość Krytyków ( zawodowych) chwali "zimną wojnę" i to chyba jasne, że im bardziej ufam ; idźcie do szkoły i wtedy oceniajcie ; to nie jest film pod publikę, rozrywkowy, to jest dzieło sztuki (to tak jakby mieć do wyboru piosenkę pop i muzykę klasyczną) , należy mieć przygotowanie ,aby ocenić taki film ,należy mieć pojęcie chociażby o języku filmu , ja np próbowałam kiedyś przyswoić sobie tą wiedzę ,ale nie jest łatwe i z tego wszystkiego zapamiętałam ,że istnieje coś takiego jak plan amerykański ( do połowy kolan) ;)

    • Przykro mi, że dla Ciebie przyswojenie tej wiedzy nie było łatwe, ale mierz innych swoją miarą (mogę udzielić korepetycji z planów, choć to akurat banalne).
      Oceniam śmiało, bo mam potrzebną do tego wiedzę (i papiery), filmem zajmuję się od prawie trzech dekad. Pokory mam pod dostatkiem.
      To, że krytycy oceniają pozytywnie, nie oznacza, że musimy im przyklaskiwać. Każdy powinien mieć swoje zdanie, swój rozum, a nie bezrefleksyjnie bić brawo, bo robią to inni. Ślepa wiara w autorytety ma fatalne skutki (polecam eksperyment Milgrama).
      Zarzuty odnośnie produkcji Pawlikowskiego powielają się, także warto to przeanalizować i postarać się o merytoryczne kontrargumenty, a nie teksty "nie jesteście zawodowymi krytykami", które nie popychajaą dyskusji do przodu.

      • cyt : " Każdy powinien mieć swoje zdanie, swój rozum, a nie bezrefleksyjnie bić brawo, bo robią to inni. Ślepa wiara w autorytety ma fatalne skutki (polecam eksperyment Milgrama). " , owszem ,mam swoje zdanie , jeśli chodzi o Życie ,ale tu mówimy o wiedzy , nie możemy być specjalistami w każdej dziedzinie ; ps zasięgnęłam języka i rzeczywiście masz wiedzę o filmie ,ale krytykiem zawodowym chyba nie jesteś , to chyba Twoje hobby,hmm ; a co do konkretów, to chyba sam Pawlikowski stwierdził, że tytuł 'zimna wojna' odnosi się nie do epoki , ale do tego co się dzieje między głównymi bohaterami, nie potrafili unieść tego uczucia (zwłaszcza Zula) ,które na nich spadło ,stąd może wrażenie , że między tą parą nie ma tzw chemii; a Joanna Kulig porównywała relację Wiktora i Zuli do pary Miller i Merylin Monrow ,czy jak jej tam było

        • Rozumiem, że jeśli ktoś nie jest zawodowym krytykiem, to nie ma prawa się wypowiadać? Może Filmweb powinien zatem skasować opcję komentarzy - skoro i tak to nie ma żadnej wartości? Niech rozmawiają sami "zawodowi" krytycy.

          Tytuł jest dwojaki - z jednej strony dotyczy tła historycznego, z drugiej kondycji związku bohaterów.
          Zula nie tyle nie potrafi udźwignąć tego uczucia, ile dusi się sama w sobie. Nie potrafi znaleźć szczęścia, ani sama, ani z Wiktorem. Wiecznie niespokojny duch.
          Brak chemii wynika raczej ze sposobu narracji - gwałtownych cieć, które skracają ekspozycję bohaterów.
          Niektórym taki klimat pasuje, dla mnie jest nie do zniesienia. Trochę jak w "Lady bird", w którym też nie byłam w stanie "zaprzyjaźnić" się z bohaterami.

          • cyt : "Rozumiem, że jeśli ktoś nie jest zawodowym krytykiem, to nie ma prawa się wypowiadać? Może Filmweb powinien zatem skasować opcję komentarzy - skoro i tak to nie ma żadnej wartości? Niech rozmawiają sami "zawodowi" krytycy." oczywiście , że ma prawo się wypowiadać , ale Ty podważasz opinię zawodowych krytyków właśnie, przyznasz, że coś tu zgrzyta ( taki cytat znalazłam "Dlatego kompletnie nie rozumiem aż takiego zachwytu Cannes, krytyków i naszej szerszej publiczności, która umówmy się, do kina chadza częściej po to, żeby zjeść popcorn i napić się Coli, niż doświadczyć sztuki.
            Dla kogoś na fw to jest nawet najlepszy polski film wszech czasów - co jest czystym bluźnierstwem i świadczy o mocno fragmentarycznej znajomości kina")

          • cyt :"Tytuł jest dwojaki - z jednej strony dotyczy tła historycznego, z drugiej kondycji związku bohaterów.
            Zula nie tyle nie potrafi udźwignąć tego uczucia, ile dusi się sama w sobie. Nie potrafi znaleźć szczęścia, ani sama, ani z Wiktorem. Wiecznie niespokojny duch. " ,może jest zakompleksiona

        • Tło jest również istotne, jeśli nie najistotniejsze. To co zawodowi krytycy popełniają i powielaja tak od siebie, to unikanie oceny wiarygodności realiów tamtych czasów. Nie wystarczy bowiem zatrudnić dobrego operatora, scenografa czy kostiumologa aby uznać: "tak, teraz jest wiarygodnie"
          "Diabeł tkwi w szczegółach" ale i pomiędzy nimi. Zdjęcia, kostiumy czy scenografia są tylko filmową materią, zdolny reżyser przed realizacją filmu o przeszłości dokonuje przede wszystkim researchu, bada fakty, tak aby historia brzmiała wiarygodnie. Jak już zostało tu na forum udowodnione są pewne elementy produkcji gdzie Pawlikowski nie dokonywał rozeznania. Pawlikowski dzięki pracy innych sprawia wrażenie intelektualisty ale gdy przychodzi do scenariusza okazuje się, że to wrażenie jest błędne. On otoczył się najzdolniejszymi ludźmi z branży i to ich praca jest godna pochwał, ich nazwiska powinni odmieniac wszyscy krytycy. Przed "Idą" gdzie Pawlikowski był w świadomości ludzi?

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: