Jakub Popielecki

"Evangelion" czy ewangelia?

J.Pop
/fwm/article/%22Evangelion%22+czy+ewangelia-135714 Getty Images © John Lamparski
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/%22Evangelion%22+czy+ewangelia-135714

"Evangelion" czy ewangelia?

J.POPPodziel się

Jakub Popielecki wraca do cyklu felietonów, który wbrew tytułowi nie ma traktować tylko o japońskiej popkulturze. Nie pomaga mu fakt, że znowu pisze o czymś japońskim.

Jakub Popielecki wraca do cyklu felietonów, który wbrew tytułowi nie ma traktować tylko o japońskiej popkulturze. Nie pomaga mu fakt, że znowu pisze o czymś japońskim. 

Jak opisać "Neon Genesis Evangelion" komuś, kto nigdy nie miał styczności z serialem, w którym wielkie roboty, depresyjne nastolatki i biblijna symbolika idą ramię w ramię z mieszkającym w lodówce udomowionym pingwinem? Ja zawsze uciekam się do retorycznego wytrychu: wyobraź sobie, co by było, gdyby Terrence Malick wyreżyserował "Pacific Rim". 

Jeśli wiesz, że Malick ma słabość do ezoterycznego spleenu, jeśli kojarzysz, że "Pacific Rim" opowiada o wielkich robotach, i jeśli nie przeszkadza ci kinofilski anachronizm ani zachodni punkt widzenia, to wytrych powinien zadziałać. Są jednak prostsze sposoby. Gdzieś w odmętach internetu znalazłem kiedyś piękne streszczenie, które odcina całą fabularno-symboliczno-porównawczą ekwilibrystykę i celuje w samo sedno:

"Chłopiec musi wsiąść do wielkiego robota, by ocalić Ziemię. Chłopiec nie chce wsiąść do robota". 

Bingo. W tych dwóch zdaniach mamy z grubsza wszystko, co trzeba. Jest tu gatunkowy punkt wyjścia, czyli "mecha", konwencja, którą najłatwiej opisać dwoma słowami: "wielkie" oraz "roboty". Są tu dwa centralne konflikty: ten zewnętrzny, między ludźmi a kosmicznym zagrożeniem, oraz ten wewnętrzny, między Shinjim (wspomnianym chłopcem) a nim samym. Jest tu też przedsmak szczególnego pasywno-agresywnego (a czasem aktywnie agresywnego) stosunku, jaki mają do serialu jego fani. No bo wielkie roboty naparzające się z kosmitami – spoko. Tylko czemu ten maruda nie chce zrobić tego, czego wymaga się od bohatera serialu o wielkich robotach? 

*

(Do tej pory użyłem sformułowania "wielkie roboty" już pięć razy. Jeśli to dla kogoś za dużo, powinien poważnie przemyśleć swoje plany zbindżowania "Evangeliona".)

*

Tylko że właśnie na tym "marudzeniu" polega cały numer serialu. Kosmiczna stawka i równanie z ziemią metropolii to tylko pretekst dla popwariacji na temat Freuda, Schopenhauera i Biblii. Może więc nie trzeba zaraz zrażać się tymi "wielkimi robotami". Tak, mamy tu arsenał atomowych ciosów oraz symfonię wyjącego metalu. Ale mamy też depresję i samotność, toksycznych ojców i nieobecne matki, zakompleksionych nastolatków i dysfunkcyjnych dorosłych. Perypetie rodem z licealnego korytarza czy wielkookie, długonogie nimfy w obcisłych kombinezonach wcale nie wykluczają zaś psychodelicznych strumieni świadomości i pseudointelektualnego intelektualnego bełkotu rozmachu. 

"Evangelion" kusi cukierkami i wybuchami, a potem przeczołguje nas przez egzystencjalny rynsztok, konfundując, frustrując i szarpiąc pazurami biedne widzowskie duszyczki. Nic dziwnego, że ma status kultowego. Serial, który wyrządzi ci tyle krzywdy, można tylko znienawidzić albo pokochać. Czasem jedno i drugie na raz.

*

"Evangelion" kusi cukierkami i wybuchami, a potem przeczołguje nas przez egzystencjalny rynsztok.
Jakub Popielecki
Irytacja widzów biernością Shinjiego bierze się przecież najpewniej właśnie stąd, że poruszył w nich czułą strunę. Podobnie jak irytacja wycofaniem Ayanami, autodestrukcyjnością Misato, krnąbrnością Asuki. Polubiliśmy ich i nie chcemy, by cierpieli ani ulegali swoim najgorszym instynktom. A że owa troska wyraża się najczęściej agresją? A to już paradoks internetu i fandomu. Stąd lawina inwektyw pod adresem Shinjiego, stąd dyskusje na noże, czy Asuka realizuje typ Tsundere czy nie (mniejsza o to czym jest Tsundere). Stąd frustracja, kiedy finałowe dwa odcinki serialu zamiast epickim zwieńczeniem okazują się narracyjnym eksperymentem. Stąd złość, kiedy nakręcony w reakcji na tę frustrację "End of Evangelion" przynosi nie tyle epickie, co epicko złośliwe zwieńczenie typu "uważaj, o czym marzysz, bo jeszcze to dostaniesz". Stąd agresja, kiedy po latach twórcy postanawiają odświeżyć cykl w serii pełnometrażowych filmów "Rebuild of Evangelion", które są – w sumie nie wiadomo – rebootami bądź sequelami filmu i mają czelność igrać z literą pierwowzoru. 

Tak już bywa: moc popkulturowego mitu jest obusieczna i prowokuje fanowski zapał, który nie różni się za bardzo od religijnego fanatyzmu. Łatwo zakochujemy się w tym micie i zaraz stajemy się zaborczy, chcąc bronić uczucia, że oto udało się nam wrócić do łona nieświadomości zbiorowej. To efekt pomieszania priorytetów albo – prościej – efekt "Gwiezdnych wojen": odbiorcy tak bardzo utożsamiają się z wygodnym światem opowieści, że sama opowieść schodzi na drugi plan. Ważniejsze od sensu historii stają się wówczas jej insygnia, gadżety, arbitralne reguły. Nieważne, co z tego wszystkiego wynika. Ważne, żeby statek kosmiczny X miał felgi marki Y, a Czarny Lord używał tylko siedmiu ciosów opisanych w Podręczniku Ciosów Czarnego Lorda. 

I tak fan staje się fanatykiem, i tak "Evangelion" staje się ewangelią. Religijna ikonografia serialu działa przecież niczym samospełniająca się przepowiednia. Sprawdźcie sami:

"Neon Genesis Evangelion" – oczywiście, Stary Testament. 
"End of Evangelion" – oczywiście, Nowy Testament. 
"Rebuild of Evangelion" – oczywiście, apokryfy, herezja, Szatan wcielony.

*

Kiedy "Evangelion" zadebiutował niedawno na pewnym popularnym serwisie streamingowym, karuzela ruszyła od nowa. Zapowiadało się na ponowne przyjście Chrystusa anime – a tu kolejny dopust. Oryginalna obsada dubbingowa? Zmieniona! Tłumaczenie? Nowe, w którym gubią się ważne podteksty i wymowa niektórych wątków! Grająca zawsze na napisach końcowych piosenka "Fly Me to the Moon"? Nieobecna! Policzek za policzkiem, świętokradztwo za świętokradztwem.

Żeby nie było, nie drwię tu z fanowskich lamentów, tym bardziej że większość z powyższych jest jak najbardziej zasadna. (Zapytam tylko dyskretnie, co to za Prawdziwy Fan, który ogląda anime z dubbingiem? "Polecam" takiemu zwłaszcza "Ghost in the Shell" po angielsku, a fe.) Mam jednak przeczucie, że w ogniu walki o czystość "Evangeliona" zaciera się prawda o serii, która nigdy "czysta" nie była. Co więcej, ta jej nieciągłość, migotliwość – do pewnego stopnia nawet niedoskonałość – to nie tylko cechy charakterystyczne, co wręcz zalety. 

*

Ów paradoks "Neon Genesis" tkwi już w jego gatunkowej tożsamości. Mówisz "Evangelion", myślisz "mecha", ale w tym odruchu gubi się specyfika tego, co seria robi z konwencją. Tak, "Evangelion" jest "mecha" w takim sensie, że mamy tu demolujące miasta wielkie roboty. Tyle że (spoiler) owe roboty w zasadzie robotami nie są. Nie mówiąc już o tym, że klasyczna "mechowa" narracja rodem z jakiegoś "Daimosa" zostaje tu doprowadzona do logicznej ściany i brutalnie zdekonstruowana. Dziś – niemal ćwierć wieku po premierze – "Evangelion" to oczywiście klasyka gatunku, ale ten klasyczny status został ufundowany na deptaniu tradycji. Co tu dużo mówić: seria destrukcją – a nawet autodestrukcją – stoi. 


Już sami bohaterowie, zaplątani na amen w rozliczne neurozy, bez przerwy się samobiczują. "Lovehate", jakim darzą serię fani, doskonale naśladuje więc postawę Shinjiego, który jako pierwszy stanąłby w kolejce do nienawidzenia siebie samego. Ten protagonista wolałby zniszczyć świat, niż go ocalić. Podobnie jest z twórcą całego ambarasu, Hideakim Anno, w każdej chwili gotowym zmieść z powierzchni ekranu to, co dotychczas stworzył. Geniuszem anime uwikłanym w niekończącą się spiralę kolejnych dramatycznych "końców" i "przebudowań". 

*

Za tym idzie styl "Evangeliona", pełen ezoterycznej symboliki i tajemnic niewyjaśnianych tygodniami, a potem rozładowywanych w nagłym zrzucie informacji tak gęstym i treściwym, że alienującym nawet bardziej. (Kto chce jeszcze bardziej skomplikować sobie życie, przypominam, że istnieje również manga, której intryga mniej lub bardziej "rozjeżdża się" z serialem.) Gęsto krytykowany eksperymentalny ton dwóch finałowych odcinków może i był skutkiem budżetowych niedostatków, ale nie pojawił się znikąd. Przecież Anno i spółka od samego początku flirtowali z przekuwaniem ograniczeń na zalety i z rozbijaniem mainstreamowego "stylu zerowego". "Evangelion" to przecież nie tylko japońskie wielkie roboty plus japońskie wielkie oczy, ale też ciąg japońskich "pustych miejsc". Tyleż wymuszonych przez brak kasy, co zaprogramowanych, by budować osobny klimat serialu.

Styl "Evangeliona" jest pełen ezoterycznej symboliki i tajemnic niewyjaśnianych tygodniami.
Jakub Popielecki
Przypomnijcie sobie tylko powracające raz za razem refleksyjne ujęcia opustoszałego Tokyo-3: krajobraz samotnych uliczek i słupów elektrycznych, któremu towarzyszy akompaniament cykad. Bliżej stąd do emanujących satori filmów Yasujiro Ozu niż jakiegoś – dajmy na to – "Mobile Suit Gundam". Jest też pamiętna scena w windzie, w której niemal minutę czasu ekranowego zajmuje statyczny obrazek dwóch bohaterek. Jedynym znakiem, że to nie awaria odtwarzania, jest metaliczny odgłos dobiegający z szybu. Rozumiem, że niektórzy widzą tu jedynie bezczelną próbę zaoszczędzenia na kosztownej pracy animatorów. Ale ów moment ciszy przed burzą jest bezbłędnie sfunkcjonalizowany: niespodziewany bezruch tylko potęguje wiszące w powietrzu napięcie między Asuką a Ayanami. Ekran aż elektryzuje, choć nominalnie "nic się nie dzieje" i patrzymy w zasadzie na nieruchomy rysunek.
 
*

Względną hermetyczność "Evangeliona" potęguje jeszcze otoczka złośliwej nieuchwytności serialu. Oczywiście dziś, w czasach pewnego serwisu streamingowego i pewnego międzynarodowego sklepu internetowego to już w dużym stopniu pieśń przeszłości. Jedyne, w co musi uzbroić się obecnie fan serii, to pieniądze i cierpliwość, by przetrwać odstępy między premierami kolejnych części "Rebuild of Evangelion". Odstępy iście epickie, sytuujące się gdzieś w rejestrach popkulturowych Świętych Graali typu "Fear Inoculum" czy "Half-Life 3" (Część czwartą "Rebuild" zapowiedziano na przyszły rok). 

Porównajcie to jednak z sytuacją sprzed zaledwie kilku, kilkunastu lat, gdy sprowadzane z Japonii płyty okazywały się zakodowane nie w tym regionie, co twój odtwarzacz, albo gdy zawiła fabuła serialu stawała się jeszcze bardziej zawiła, bo kryła ją mgła amatorskich tłumaczeń z Napiprojektu, tembr lektora z Hypera, dziury bieda-rozdzielczości z eMulea czy szumy z kasety VHS.

Wniosek jest prosty: "Evangelion" nigdy nie był przejrzysty, jednoznaczny, zamknięty. Im większym weteranem serii ktoś jest, tym lepiej to zrozumie, bo musiał dopowiedzieć sobie więcej, kopać intensywniej, zaangażować się bardziej. Oczywiście na dwoje babka wróżyła, bo ten "Evangelion w głowie" na zawsze pozostanie wersją najlepszą. Taką, której żaden Blu-rayowy remaster, żaden streamingowy renesans ani żaden wyczekiwany latami reboot nie dorówna. 
27