Jakub Socha

Rumuński klejnot

Gorączka złota
/fwm/article/Rumu%C5%84ski+klejnot-135002
Filmweb sp. z o.o.
https://www.filmweb.pl/fwm/article/Paulina+na+pla%C5%BCy-134952

Paulina na plaży

PERŁY LAMUSAPodziel się

W najnowszej odsłonie cyklu "Perły lamusa" Piotr Czerkawski opowiada o "Paulinie na plaży" Erica Rohmera.

W najnowszej odsłonie cyklu "Perły lamusa" Piotr Czerkawski opowiada o "Paulinie na plaży" Erica Rohmera.

***

Co roku to samo. Mniej więcej w połowie września mojego Facebooka zalewa piosenka "Septembre" zespołu La Femme. Nie ma w tym nic dziwnego – trudno o utwór, który bardziej pasowałby do melancholijnej atmosfery kończącego się lata. Wyśpiewana zwodniczo zmysłowym głosem wokalistki Clémence Quélennec fraza "Maint'nant je vais devoir travailler, fini, la plage et toutes ces belles soirées, pour neuf mois, me voilà condamnée" (Teraz będę musiała pracować. Koniec z plażą i pięknymi wieczorami. Na dziewięć miesięcy jestem potępiona) trafnie określa wrześniowe nastroje większości z nas. Jeśli istnieje ekwiwalent "Septembre" w świecie kina, jest nim z pewnością "Paulina na plaży". Akcja filmu Erica Rohmera toczy się na normandzkim wybrzeżu w okresie, gdy plaże pustoszeją, woda robi się zimna, a słońce rzadko już wygląda zza chmur. Położenie nacisku na te detale nie stanowi wyłącznie pomysłowego zabiegu stylistycznego, lecz odsłania swój metaforyczny sens. W "Paulinie" schyłek lata harmonijnie łączy się z końcem młodzieńczej beztroski.

Legendarne, Rohmerowskie wyczucie szczegółu daje o sobie znać już w pierwszej scenie. Kamera Nestora Almendrosa przygląda się zamkniętej bramie do nadmorskiej willi. Po dłuższej chwili wrota zostają uchylone, a naszym oczom ukazuje się piętnastoletnia Pauline (Amanda Langlet), która przybyła na wybrzeże w towarzystwie starszej kuzynki – Marion (jedna z muz reżysera – Arielle Dombasle). Po przyjeździe dziewczyny wyrażają zadowolenie z faktu, że niemal wszyscy sąsiedzi wyjechali i obiecują sobie leniwe, pozbawione ekscesów wakacje. Jak to często bywa w filmach francuskiego mistrza, los postanawia jednak zadrwić z oczekiwań bohaterek i sprawić, by nadmorski pobyt okazał się niezapomnianym przeżyciem zwłaszcza dla Pauline.

"Kto za dużo gada, ten sam sobie szkodzi"

Pojawiający się w pierwszej scenie – i powracający w finale opowieści – obraz bramy nasuwa skojarzenia antropologiczne. Tytułowa bohaterka opuszcza bezpieczny świat dzieciństwa i wkracza na obce, tajemnicze terytorium dorosłego życia. Zapis przygód, których Pauline doświadcza w trakcie trwania filmu, stanowiłby w tej sytuacji treść osobliwego rytuału przejścia. Trop antropologiczny wzmacnia poczucie, że Rohmer przygląda się perypetiom protagonistów z chłodnym, badawczym dystansem. Choć przez cały czas najważniejsza dla reżysera pozostaje Pauline, Francuz bierze pod lupę także pięcioro postaci z jej najbliższego otoczenia. Wszyscy spośród nich (z jednym wyjątkiem) przynależą do tej samej kategorii – paryskich burżujów spędzających wakacje w Normandii. Rohmer, sam w pewnym stopniu będąc częścią tej grupy, patrzy na jej członków jak na przedstawicieli obcego plemienia, którego zwyczaje przyjmuje z najwyższym zdumieniem. Reżyser z premedytacją przeciąga na przykład sceny, gdy bohaterowie dyskutują o swoim rozumieniu miłości i wierności, by za chwilę pokazać, jak w praktyce sprzeniewierzają się swym deklaracjom (pewnie właśnie dlatego film otwiera motto z Chrétiena de Troyes: "Kto za dużo gada, ten sam sobie szkodzi"). Kiedy indziej Rohmer pokazuje natomiast, że jego protagoniści może i toczą intelektualne rozmowy o Huxleyu i Machiavellim, ale tak naprawdę myślą tylko o tym, by złapać kogoś za tyłek bądź kolano (ta druga część ciała jest dla Francuza tak samo ważnym fetyszem jak stopy w filmach Quentina Tarantino i domaga się osobnego eseju). 

Jeśli istnieje ekwiwalent "Septembre" w świecie kina, jest nim z pewnością "Paulina na plaży".
Piotr Czerkawski
Nie bez powodu reżyser podkreśla, że tytułowa bohaterka przez długi czas zachowuje dystans wobec tego rodzaju hipokryzji. "Paulina na plaży" to bowiem nie tylko naukowy traktat, lecz także Mrożkowska z ducha komedia, w której młodzi okazują się dużo dojrzalsi niż starzy. Farsowy charakter filmu znajduje odzwierciedlenie w charakterystyce bohaterów, narysowanych świadomie grubą kreską. Wspomniana Marion to paryska Barbie z ekskluzywnego domu towarowego. Spotkany przez nią na plaży Pierre jest atrakcyjnym surferem w typie Davida Hasselhoffa z czasów sprzed popularności Davida Hasselhoffa. Zaprzyjaźniony z Pierre'em Henri to z kolei lubujący się w rozpiętych koszulach à la Janusz Głowacki przedstawiciel – wiarygodnej chyba tylko w świecie Rohmera – kategorii playboya-intelektualisty. Stawkę najważniejszych bohaterów uzupełniają ponadto nastoletni Sylvain i ekscentryczna Louisette, traktowana przez resztę postaci z dystansem z powodu znacznie niższego statusu ekonomicznego. Wszyscy zachowują się jak tancerze z "Climaxu" Noego, którym złośliwy demiurg wzbogacił drinki o solidną porcję eliksiru miłości.

Ponura farsa


Jak przystało na farsę, uczuciowe perypetie protagonistów osiągają absurdalny poziom komplikacji. Świeżo rozwiedziona Marion odrzuca zaloty Pierrea, by ulec awansom Henriego. Henri zdradza Marion z Louisette, ale próbuje wepchnąć tę drugą w ramiona Sylvaina, który ma z kolei romans z Pauline. Plan Henriego próbuje udaremnić Pierre, który nie może pogodzić się z przegranym starciem o Marion Dorośli uczestnicy tej potyczki są traktowani przez Rohmera z nieskrywaną niechęcią. Marion zostaje przedstawiona jako rozkojarzona hipokrytka, niepotrafiąca wywiązać się z powierzonego jej zadania opieki nad Pauline. Henri to pozbawiony głębi seksualny drapieżnik mamiący swoje ofiary opowieściami o egzotycznych podróżach. Pierre jest nieznośnym hipokrytą, który moralizując wszystkich wokół, stara się powetować sobie niepowodzenia w erotycznych podbojach. Louisette to natomiast rozwiązła trzpiotka, przechwalająca się tym, że "ma dwóch narzeczonych – jednego we Francji, drugiego w Ameryce" i nieustająca w wysiłkach, by znaleźć sobie trzeciego. Na tle wszystkich tych cynicznych układów, pozornie banalny romans nawiązany przez Pauline i Sylvaina urasta do rangi szczerego, budzącego szacunek uczucia. Intryga Henriego, chcącego zniszczyć ten związek, by ukryć własną zdradę, urasta wobec tego do rangi najwyższej niegodziwości.

Działanie mężczyzny, jakkolwiek ekstremalne, w pełni wpisuje się w logikę ekranowych wydarzeń. Pod powierzchnią komedii kryje się w "Paulinie" dramat upokorzonej niewinności. Oglądając film, można odnieść wrażenie, że wszyscy protagoniści sprzysięgli się, by udowodnić tytułowej bohaterce, że dorosłość to coś więcej niż upragniona przez nią wolność decydowania o sobie samej. Jak uczą Pauline Marion, Henri, Pierre i Louisette, bycie dojrzałym oznacza przede wszystkim gotowość akcesu do toczącej się wokół gry pozorów. Nic dziwnego, że pod wpływem tej gorzkiej lekcji życia rozgniewana protagonistka wykrzykuje pod adresem swych towarzyszy zdanie: "Nienawidzę was za to, że nie potraficie być prostolinijni!".


Rozgniewana Pauline wykrzykuje pod adresem swych towarzyszy: "Nienawidzę was za to, że nie potraficie być prostolinijni!".
Piotr Czerkawski
Łatwo odnieść wrażenie, że Pauline przemawia w tej scenie w imieniu samego Rohmera, który przeszedł do historii jako konsekwentny badacz i piewca młodości. Reżyser, choć w momencie realizacji filmu będący już dobrze po sześćdziesiątce, wciąż pozostawał młody duchem (Właściwość ta została mu zresztą do końca życia. Tadeusz Sobolewski, wspominając swe spotkanie z sędziwym Rohmerem, pisał w "Gazecie Wyborczej": "Starość Rohmera wydawała mi się maską nałożoną na twarz człowieka młodego, o niewyczerpanej sile i optymizmie".). Również dlatego był daleki od spoglądania na nastoletnich bohaterów z protekcjonalną naiwnością. Chcąc utrzymywać kontakt ze światem, który opisuje, francuski twórca odwiedzał paryskie domówki i zmieniał dialogi w swych scenariuszach pod wpływem rozmów z aktorami. Jednocześnie jednak reżyser dbał o to, by jego opowieści przekraczały ograniczenia doraźności i miały w sobie archetypiczną uniwersalność. W jednym z wywiadów Rohmer wspominał, że na pomysł użytej w "Paulinie" intrygi wpadł już w latach czterdziestych, gdy sam jeszcze był młodym człowiekiem. Po latach świadomość tej ponadczasowości wydaje się zresztą zbawienna w kontekście filmu, który na poziomie scenografii i kostiumów wydaje się silnie zanurzony w niezamierzenie śmiesznej dziś, "ejtisowej" stylistyce.

Uśmiech Pauliny

Dziedzictwo wczesnych lat osiemdziesiątych ujawnia się w "Paulinie" w jeszcze jednym, dużo ciekawszym kontekście. Oglądając dzieło francuskiego mistrza, na każdym kroku czuć, że powstało ono w epoce pozbawionej strachu przed wirusem HIV i hołdującej liberalizmowi obyczajowemu. Nie chodzi tylko o to, że bohaterowie "Pauliny" chętnie eksponują swoją nagość i chodzą do łóżka z kim popadnie. Zastanawiająca wydaje się raczej erotyczna swoboda na poziomie słowa i gestu, z jaką dużo starsi mężczyźni w rodzaju Henriego zachowują się wobec piętnastoletniej Pauline (we Francji granica wieku zgody na obcowanie płciowe wynosi właśnie 15 lat). Jakkolwiek by nie oceniać tych praktyk w dobie #metoo, "Paulina" pokazuje jedno – Rohmer, jasno deklarujący się jako katolik i konserwatysta obyczajowy, udowadniał, że hołdowanie tym wartościom niekoniecznie musi iść w parze z pruderią.

Nachalny podryw Henriego, który spotyka się z jednoznacznie negatywną reakcją tytułowej bohaterki, można odebrać jako kolejną próbę zbrukania młodzieńczego idealizmu przez niegodziwą dorosłość. W gorzko pesymistycznym filmie Rohmera dzielna Pauline kapituluje dopiero w finale. Myśląc o sugestywnym zakończeniu dzieła Francuza, łatwo dostrzec w nim rewers pamiętnej "Viridiany" Luisa Buñuela. W tamtym filmie bohaterka, irytująca w swej naiwności świecka święta, przekonuje się ostatecznie o absurdalności własnej strategii życiowej. Gdy Viridiana puka do drzwi swojego kuzyna-libertyna i rozpoczyna z nim partyjkę w karty, cieszymy się, że dała się wywieść na pokuszenie,  widząc w tym geście deklarację wyzwolenia. W "Paulinie na plaży" – odwrotnie: zgoda Pauline, która przytakuje Marion przekonującej, że relatywizm bywa wygodniejszy niż upieranie się przy prawdzie, stanowi akt kapitulacji. Oto cała przewrotność Rohmera: wieńczący film afirmatywny uśmiechem bohaterki okazuje się jednym z najbardziej przygnębiających grymasów w historii kina. 
9