Dorota Masłowska

[{"id":21,"name":"himself","above5p":true,"career":{"name":"we własnej osobie"},"ranking":{"name":"Występów","link":"/person/ajax/roles/580667/21","url":"/ranking/person/himself"},"rating":{"count":150,"rate":5.673333333333333,"desc":"ocen","profession":"występów osoby"}},{"id":17,"name":"originalMaterials","above5p":true,"career":{"name":"autorka materiałów do scenariusza"},"ranking":{"name":"Materiałów do scenariusza","link":"/person/ajax/roles/580667/17","url":"/ranking/person/originalMaterials"},"rating":{"count":65,"rate":6.323076923076923,"desc":"ocen","profession":"materiałów do scenariusza"}},{"id":1,"name":"screenwriter","above5p":false,"career":{"name":"scenarzystka"},"ranking":{"name":"Scenariuszy","link":"/person/ajax/roles/580667/1","url":"/ranking/person/screenwriter"},"rating":{"count":4,"rate":6.5,"desc":"oceny","profession":"scenariuszy"}},{"id":22,"name":"guest","above5p":false,"career":{"name":"gościnnie"},"ranking":{"name":"Występów gościnnych","link":"/person/ajax/roles/580667/22","url":"/ranking/person/guest"},"rating":{"count":1,"rate":7,"desc":"ocena","profession":"gry aktorskiej"}}]
5,7
150 ocen występów osoby
powrót do forum osoby Dorota Masłowska
  • jak wyżej

  • jestem_piatym_elementem SZTUKA OPIUM DLA LUDU
    Była niedziela, późny wieczór i jakby śniło mi się to wszystko. Co prawda, miałam zaproszenie obwieszczające, że Dorota Masłowska, serdecznie zapraszamy, rozdanie nagród artystycznych, artystki i artyści, Telewizja Gdańska, ulica taka i taka, ale wszystko jakieś inne było od początku, jakieś lewe, jednostronne pieniądze i makieta jedzenia, jakby przyśniło się niechcąco któregoś z ostatnich wieczorów i nieopatrznie załączone zostało do zestawu okolicznościowych wspomnień. Jakbym do swojego snu dostała zaproszenie. Ubrana w niebieskie spodnie narciarskie na szelkach, bo wszystkie inne miałam brudne, byłam jak analfabetyczne dziecko z przytułku, teleportowane przypadkiem w sam wir jakiegoś lichego, trójmiejskiego coveru „Dynastii”: wałęsałam się po zatłoczonych przez natchnione panie i błyszczących panów korytarzach, obnosząc twarz mimicznie ograniczoną gruntownym, telewizyjnym makijażem. Wszyscy dokarmiali mnie ciepłymi i litościwymi uśmiechami rzucanymi jak kawałki słoniny z zakamarków wieczorowych toalet, trzepocząc poliestrowymi skrzydłami i było, jakbym przyszła po szkole do mamy do pracy: a czyje to tu dziecko się pałęta bez opieki, z zapalniczką. Zaraz poluzują mi guzik w spodniach, któryś pan zdejmie błyszczącego buta i da mi się pobawić, a pani charakteryzatorka pomaluje mi paznokcie i pozwoli przymierzyć swój stanik.
    Tu jest jak sąd ostateczny – religioznawczo dodał siedzący obok mnie ksiądz i dyskretnie wyłączył komórkę. Pomyślałam, że to całkiem możliwe, że karą za wszystko będzie właśnie upiorna śmieszność, Szatan przyjdzie tarzać się ze śmiechu i strzelać kobietom ramiączkami bielizny korygującej.
    Prowadząca wyglądała niczym spłoszona, łopocząca na wietrze kura rozglądająca się nerwowo za swoim jajkiem, ale mężnie rzucająca na prawo i lewo ciepłe, jehowskie uśmiechy, które zwijały się zaraz jak palące się włosy. Królowa całego podestu z dykty i wszystkich mikrofonów, deklamująca erotycznie wiersze o artystycznych zasługach tych właśnie wdrapujących się na scenę państwa, którzy znaleźli na dnie rzeki Słupii fragmenty nie tylko starożytnej porcelany, ale także skleili je i urządzili stosowną wystawę, a także otrzymuje nagrodę ten pan za pięćdziesięciolecie tanecznych dokonań folklorystycznych. W przedziale dla nominowanych pachniało leśnym dziadkiem, miętusy grzechotały o sztuczne zęby, ocieplane spodnie narciarskie nie nadawały się na panującą w studio słoneczną pogodę i kolejny raz zdominowana i wypchnięta z kolejki do koryta przez prawdziwą sztukę polną, serwetki kaszubskie, suchotnicze primabaleriny i wywleczonych na uroczystość z grobu piosenkarzy ludowych, kolejny raz nie przyznano żadnej nagrody w żadnej kategorii.
    Sen więc był niekorzystny, a co gorsza, snem nie był: nic się nie przewróciło, dykta trzymała się dziarsko i śliczne, pomarańczowe absolwentki technikum hotelarskiego rozniosły na srebrnych tacach relikwie resztek ze stołu wojewody i marszałka, dla każdego po jednej, a niektórzy jeszcze wzięli do torebki.
    Sen więc był niekorzystny, a co gorsza snem nie był.

    Przekrój, nr 16/2003

  • jestem_piatym_elementem * sprostowanie - chodziło o "Przekrój"

  • jestem_piatym_elementem SWĘDZENIE PO UTRACONYM DOMU
    Pamiętam, jak tu przyjechałam w lutym z walizką. Nie było naczyń i nie było czajnika, siedzieliśmy jak zesłańcy na gołej posadzce i nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić w tym pustym mieszkaniu, wiatr wiał nam w twarz przez
    nieszczelne okna. Domy-widma, autobusy-widma, pojawiające się i znikające w niebieskawych ciemnościach tory tramwajowe. Syberie boisk i iskrzący na horyzoncie supermarket. Ponure bojówki dziecięce na klatce schodowej. Nigdy nie mogłam znaleźć włącznika od światła i obmacywałam ściany w poszukiwaniu za każdym razem bardziej nieistniejących drzwi. Przeważnie zamykałam wszystkie zamki i miałam wrażenie, że nie ma nigdzie żadnego miasta, nie ma żadnej ulicy, żadnej kamienicy i mieszkańców, że wpadłam w jakąś czarną dziurę, ślepą plamkę i siedzę teraz, układając wokół siebie drobiazgi z torebki. Że wynajęłam sobie sześćdziesiąt metrów kwadratowych czyśćca do uprawiania ciemności, pozawieszałam ubrania na wieszakach, przywiozłam sobie szczoteczkę do zębów, krem i będę tak siedzieć, znosić wydmuszki, popijać surową wodę z kranu. Wszystko wydawało mi się sfingowane, przeglądałam swoje książki i dziwiłam się, że ciągle występują w nich ci sami bohaterowie, a nie jakieś ich dalekie kserokopie, przeglądałam gazety i dziwiłam się, że premier i prezydent, i że zdarzenia mimo wszystko zachowały jakąś szemraną ciągłość.
    Stopniowo nabrało śladów i odcisków palców. Zdarzenia zaczęły pokrywać podłogę i siedziska krzeseł plamami po herbacie, kawie, ziemi i krwi. Goście zaczęli masowo porzucać parasole i pojedyncze, bezpańskie skarpetki, rękawiczki, drobinki śliny. Znalazłam pod oknem kilka klamerek. Sztućce z baru mlecznego, koń bez biegunów znaleziony na ulicy, portret grobowy nieznanego przodka wywleczony ze śmietnika. Sekretne porozumienie z mrocznymi, papierosowymi sprzedawczyniami z geesu i laurki erotyczne od okolicznych nurków. Drobne kradzieże w supermarkecie, mała wojna podjazdowa z sąsiadką. Niema współpraca aprowizacyjna z bezokimi kotami w ogródku.
    Ponurzy, analfabetyczni dilerzy, małoletnie, zdeprawowane lesbijki, szwedzka telewizja napastowana przez chłopów polnych (Fajny koń, nie? Fajny koń), antyglobaliści, dziennikarze, poeci, arystokraci. Jak w barze mlecznym, wszyscy pili z tych samych, rzadko mytych kubków i jedli tę samą mrożoną pizzę. Panowie prosili panie, panie prosiły panów. Na parapecie gniły owoce egzotyczne i kupione w napadzie fantazji w sklepie nocnym ziemniaki.
    I zaraz muszę stąd się wyprowadzić. Kiedy w każdym pokoju stacjonuje armia moich rzeczy, śladów, skrzydlatych karteczek ze złapanymi w przelocie słowami, ziemi, niedopałków, butelek, kwitnących szklanek. Teraz trzeba to zwinąć, zeskrobać, podpalić, właśnie kiedy zostało przeze mnie adoptowane i opatrzone pieczątką z moim nazwiskiem. Zlikwidować ten oddział furiatów, zdezynfekować przestrzeń tak, żeby była gotowa na przyjęcie nowych, cudzych, czekających w kolejce zdarzeń. Właśnie kiedy szczoteczki do zębów całego społeczeństwa zaczęły się między sobą rozmnażać i wypuszczać młode.

    Przekrój, nr 24-25/2003

  • jestem_piatym_elementem WIDOK Z POKOJU BEZ OKNA
    Plaża, frytki, śmieci, kiełbasa z grilla, fajerwerki pastewnego szczęścia, idziemy z Marcinem Cecko wzdłuż torów tramwajowych jak dwuosobowy tramwaj i siadamy na betonie na każdym przystanku, i jestem skłonna kupić sobie ze szczęścia jakieś kwiaty czy gałęzie, czy chociaż liście, żeby jeszcze bardziej się cieszyć, w zimnym piwie odbija się całe niebo, wżynająca się w nie piłka, linie wysokiego napięcia, jasne fusy chmur i jest, jakbyśmy pili z brązowych butelek słodko-gorzkie, pieniące się światło, puszczali złote bańki z ust. A potem gubię klucze w piasku, nic się ze sobą nie zgadza, scena została przebudowana, zmienili się opaleni statyści, okazuje się, że nie wiemy nawet, którędy tu przyszliśmy, i nagle zostajemy zamknięci na wolnym powietrzu, wszystko, morze, parki, kina, sklepy są nasze poza wydzielonym, zamkniętym na zgubione klucze skrawkiem. Musimy pojechać do teatru, żeby przespać się w ciepłych od szeptów i oddechów ciemnościach, a kiedy zasypiam, piłka wypada mi z rąk i toczy się gdzieś pod spód. Wszystko jest coraz bardziej tajemnicze i nienawidzę wszystkich przechodniów za to, że mają kluczę od swoich mieszkań i pieszczą je w swoich kieszeniach, a nam kończą się pieniądze i papierosy, czerwona oranżada, telefony do ślusarzy, którzy nie reagują na nasze erotyczne, przymilne telefony, kończą się wszystkie możliwości i o pierwszej w nocy trafiamy pod ciche, pogaszone mieszkanie.
    – Jakbyście mi dali coś, to ja bym to rozbił – mówię, pozorując mężczyznę.
    Tłuczenie okien we własnym domu jest przeżyciem mistycznym. Wyrywa się z ziemi kostkę brukową, cegłówki, kawałki meteorów i rzuca się, i żeby powstrzymać atmosferę powstania warszawskiego, woła się słabo „Żydzi” albo „śmierdzący Chińczycy”. Stoimy, rzucamy, a ulica to automat do gier, każdy rzut powoduje efekty specjalne, jak padający śnieg łapany w usta, a okna kamienic za każdym razem rozbłyskują nową eksplozją świateł.
    Wreszcie słyszymy decydujący jęk, okno pokrywa się pajęczyną pęknięć i szkło leci jak deszcz monet, wygraliśmy, Marcin włazi, zapala światło. W rozdziawionej, szczerbatej paszczy szyby ukazuje się białe płótno z girlandami mojej krwi.
    – Kolega ci się nie zabił?– mówią zza moich pleców bezszelestni policjanci polscy w firmowych kombinezonach z gumową pałką wezwani przez śledzących wszystko przez okna telewidzów, a ja nie umiem wytłumaczyć im, że to tylko taka nowoczesna zasłona o charakterze osobistym. Są nieczuli na przejawy sztuki w moim mieszkaniu, chodzą, starając się o nic nie wybrudzić, i patrzą na siebie wymownie, czego nauczyli się na kursie, jak postępować z psychicznymi. Chcą nas aresztować, policja polska literaturę polską, nie chcą od nas autografów, nadają tajne zaklęcia do walkie-talkie, grożą nam pałką, bo przerwaliśmy im kolę i kanapkę, wy nam pod górkę, to my wam też pod górkę – mówią filozoficznie, patrząc w chłonne, czarne niebo. Wreszcie odjeżdżają, ciągnąc za sobą świetlisty smród, a my siedzimy w szczerbatym mieszkaniu, milcząc jak rozwiedzione małżeństwo, i iskamy apatycznie szkło z pościeli. Teraz okna już nie ma, w domu jest dziura, do domu wieje wiatr, czynniki środowiska wewnętrznego przenikają bez żadnych ograniczeń, kwiaty, polemizujące się staruszki. Leżę w resztkach szkła i mocno oddycham.

    Przekrój, nr 26/2003

  • jestem_piatym_elementem SZALEŃCY POLSCY W OBRAZKACH
    Wczoraj spotkałam nową wariatkę do kolekcji. To mnie już wcale nie dziwi, my, psychiczni, rozpoznajemy się od razu, jak Żydzi w obcym kraju. Myślę, że kiedyś napiszę sobie taką książkę na własne potrzeby: przewodnik po wariatach polskich z rozkładaną mapą i kolorowymi ilustracjami i aneksem „Wariaci zagraniczni”. Myślę, że znam przynajmniej kilku. Mają te swoje międzynarodowe, krystaliczne, wszystkowiedzące oczy zarzynanych niemowląt i dają mi do zrozumienia w tajemniczych językach, że już się znamy, spotkaliśmy się pod spodem i całowaliśmy się.
    Siedzę sobie na ławce o pierwszej w nocy i już z daleka ją widzę, jak wysiada z ostatniego autobusu, a jej proroctwa wprawiają w popłoch pasażerów, którzy rozpełzają się przed nią jak robaki od zapalonego nagle światła. Od razu wiem, że przyjdzie do mnie, my, psychiczni, znamy się od dawna, mamy się nawzajem na czujnikach, wymacujemy się w ciemności jak żyły wodne. Na tej ulicy nie pali się ani jedna zapałka, ale wiem, że zaraz namierzy mnie na swoim chorobliwym radarze i dopadnie. I już mnie ma, już mi opowiada swoje życie, począwszy od wrażeń z własnych narodzin, a ja wszystko rozumiem. Podaje wszystkiego kilka wersji do wyboru, żebym wybrała sobie najlepszą według własnego gustu.
    Raz jest bogata i nieszczęśliwa, musi doglądać kafelków i wszystkiego pilnować, by nie pokradli, a raz jest biedna, całkiem odwrotnie niż jej siostra, ma mieszkanie ciche, czyste i wypoczynkowe jak mysz. Odprowadzam ją kawałek i we wszystko jej wierzę, ponieważ my, psychiczni, nie mamy sobie za złe, że rzeczywistość występuje w tak wielu odmianach, a wszystkie są tak samo prawdziwe i występują równolegle, nie przeszkadzając sobie nawzajem. Wreszcie łapie mnie za obydwie ręce i przybliża swoją twarz do mojej, jakby chciała mi wepchnąć język w usta, co też bym jakoś jej przebaczyła, tylko dlatego, że jesteśmy tej samej narodowości psychicznej.
    – Jesteś, dziewczyno, inteligentna – szepcze mi prosto do ust – ale nieszczęśliwa. Masz to napisane w oczach, ból. Dusza cię boli. To słychać w twoim głosie, dławisz się od bólu. Śmiejesz się, ale tutaj – tutaj popukała mnie fachowo w klatkę piersiową – tutaj masz ranę i krew. Ja to wszystko słyszę i widzę, mnie nie oszukasz. Dobry Bóg powinien się tobą zająć.
    Mówiąc to, rzuciła mi się na szyję i ucałowała mnie w oba policzki. Czułam się bardzo dziwnie i całą drogę powrotną trzymałam się za serce. Nikt wcześniej nie poinformował mnie, że jestem tak bardzo nieszczęśliwa. Teraz dowiadywałam się tego nagle i od przypadkowych osób i poczułam, że otoczenie ukrywało to przede mną jak straszną, o wieloczłonowej nazwie chorobę, i tylko ta przypadkowa koleżanka umysłowa spotkana nocą miała odwagę mi to powiedzieć.
    Szłam strasznie oszukana i jak odrzucone oświadczyny przypominały mi się wszystkie te chwile ostatnio, kiedy śmiałam się jak głupia, głaskałam psy i robiłam te wszystkie żenujące rzeczy, jakie wykonuje się w przekonaniu, że jest się szczęśliwym, a wszyscy patrzą, jak się starasz, i ocierają łzę, bo wiedzą, że pozostały ci trzy dni życia i dobry Bóg grzeje ci łóżko.


    Przekrój, nr 27/2003

  • jestem_piatym_elementem GŁÓWNA NUTA: LIZOL
    Jest sam środek lata, bloki łuszczą się na słońcu. Fałszywy wiatr, ciepły i żyjący osobnym życiem. Jakby pies oddychał ci w twarz. Ciepłe lody. Morze się zalęgło. Sinice patrzą mętnie malutkimi oczkami. Oni to zrobią z każdym twoim marzeniem. Zamiast szklanki wody poplują ci do buzi ciepłą, pieniącą się, brązową śliną.
    Włażę w to szambo po pas. Nie wolno się kąpać, nie wolno się kąpać, zakaz, zakaz – wrzeszczą za mną dzieci zawistnie.
    Żywy, zielony, parzący jęzor miłośnie oblepia mi uda. Z plaży machają do mnie czerwone flagi jak pożegnalne ręce. Dzieci nieruchomieją na brzegu ze zwojami wodorostów w dłoni.
    Nocą dostaję od Wandy esemesa, że Jakub w szpitalu i mam przyjechać kupić mu paczkę chipsów i udzielić sakramentu pocieszenia. Wanda kiedyś nakłamała mi, że zmarł jej pies, a ja cierpiałam za tym jej kulawym szczerbatym psem, jakby stało się to naprawdę.
    Jadę do Wejherowa. Idę do szpitala na skróty przez podmokłą łąkę koło lotniska.
    To jest szpital, gdzie się urodziłam. Poznaję ten smród. Gdyby komponowano na mój temat perfumy, to byłaby główna nuta: lizol. Znajduję jego nazwisko na tablicy. Leży na oddziale ortopedii i traumatologii, prawdopodobnie zaliczając się bardziej pod traumatologię. Ma strzaskane obie nogi.
    Jakub waży ze dwadzieścia, może trzydzieści kilo. Zwężył się jakoś od słońca. Leży, a przed nim leżą jego zabandażowane do kupy nogi. Czeka na operację. Ostatnio nawet myślałam o tych jego nogach. Przypomniało mi się, jak podciąga nogawki spodni i każe mi pomacać piszczele grubości ołówków.
    Najbardziej się przestraszyłem, że już nie jestem nieśmiertelny – mówi cichutko. – Myślałem, że to nic nie jest i do Woodstocku przestanie boleć. A było tak fajnie, ruchaliśmy na kasę burżujów, pełno kasy.
    Leży obłożony słodyczami, których nie je, jak zwiędła choinka. Wyrasta z niego kroplówka. Bezgłowa koleżanka. Łysa śpiewaczka. Wokół drobi pięciu połamanych inwalidzkich mężczyzn. Wstaję od czasu do czasu i im robię jakiś dobry uczynek, dolewam mleka do kawy, różne nieznaczne rzeczy, które nie liczą się do zbawienia. Rozmawiamy szeptem o literaturze i innych palących, niecierpiących zwłoki kwestiach. Pada deszcz i w radiu lecą same rozwodnione miłosne piosenki, Beata Kozidrak, De Mono, jak na dyskotece w podstawówce.Najchętniej położyłabym się obok Jakuba. Zdjęła sobie głowę z szyi i zasnęła. Będzie jeździł na wózku. Złe dzieci będą za nim biegać i rzucać kasztanami. Ponurzy lekarze obetną mu włosy do skóry. Pada deszcz i światło jest zgaszone, na szafkach zwiędłe kwiaty. Przeglądane beznamiętnie, nieaktualne czasopisma. Jak w czyśćcu jest.
    Wychodzimy z Wandą zapalić. Pouszkadzani ludzie z pozaklejanymi oczami krążą wokół nas jak muchy zabite gazetą. Wanda pokazuje mi złamanego zęba.
    Będę jak piosenkarka z Blue Velvet. Żeby chociaż jakiś inny, ale nie jedynka – mówi. Jak dostałam, to cały czas się za niego trzymałam, żeby się okazało, że to się nie stało.
    No bo to jest taki narząd, który nie odrośnie – mówię, macając się po własnych zębach.
    Nie trzeba było wychodzić z domu.



    Przekrój, nr 32-33/2003

  • jestem_piatym_elementem SPECJALNA RUBRYKA
    Kobiece czasopisma nie mówią nic o moim życiu. Nie spełniam żadnej normy, nie mogę nawet domyć kredek zza paznokci. Niszczę się jakoś szybko, zęby mam nadkruszone od odkręcania butelek, a jeden trzonowy szczególnie, od kiedy Szyna rozbił mi w napadzie nadpobudliwości brodę o bar. – Tylko ubierz coś czystego – dzwoni do mnie mama przed egzaminem na studia. – Powiedzą, że przyszłaś z piwnicy, i nie zdasz.
    Czasem, kiedy nie miałam nic czystego do ubrania, szliśmy z Szyną rano do hipermarketu na pachtę. Siadałam na wózku, a on mnie woził po całym sklepie, było mnóstwo emocji, jakbyśmy grali w jakąś ślamazarną grę na Atari. Udawaliśmy prawdziwych klientów. Podjeżdżaliśmy pod dział mięsny, kokietując personel.
    – Są kości? – zagajał Szyna swoim zardzewiałym od alkoholu głosem. On w garniturze, a ja w wózku, w zielonej szwedzie, dumne, aryjskie dziecko.
    Na dziale z konfekcją zeskakiwałam z wózka i wykonywałam profesjonalny sztuczny tłum. Prowadziłam nienaturalnie głośne, fikcyjne monologi, a Szyna zajmował się w tym czasie robieniem wałka. Szatan by nas wyśmiał. Same mało spektakularne malwersacje. Bejsbolówka. Fabrycznie czyste skarpetki bawełniane. Majtki dziewczęce.
    Albo czasem po prostu szłam gdzieś niedaleko kupić sobie coś czystego.
    – Co ty, umyłaś się czy co? – słyszałam wtedy i nie były to nawet złośliwości.
    – Tak. Zamierzam właśnie iść zbierać maki i chabry – mówiłam z godnością. Powinnam raz wziąć i zdeklarować swoją prawdziwą płeć, czuję narastającą presję społeczną. – Co ty jesteś dzisiaj jakaś taka brudna i brzydka, Dorota? – spytała mnie kiedyś z troską w głosie Michał Kaczyński.
    Albo którejś nocy komar wleciał do mojego pokoju i ukąsił mnie w oko. Rano okazało się, że oko jakby zniknęło, natomiast na jego miejscu pojawiły się bonusowe ilości powieki. Chodziłam po domu w ciemnych okularach, żeby się za bardzo nie denerwować swoim odbiciem w lustrach i szafach. Jak ukrywający się przed samym sobą Dzwonnik z Noterdam.
    Albo jak całą noc pisałam, popijając kawą własne paznokcie. Aż zrobiło się jasno i te porozumiewawcze szepty zza ściany, potajemnie odkręcane krany i czajniki wyjące jak ukrywane przede mną niemowlęta zaczęły doprowadzać mnie do szaleństwa. Idąc do łóżka, zobaczyłam się niechcący w lustrze i myślałam, że są to moje zwłoki. Ale to byłam ja. Niby żywa, ale też nie do końca. Oczy wypalone. Niedopałki oczu. Jak pisałam, musiałam zlizać sobie usta z twarzy, do krwi.
    Zresztą jak przespałam się dwie godziny, to, co napisałam, jakoś dziwnie przez ten czas wywietrzało. Zwiędło. W pliku było coś innego. Większość zdań urywała się w połowie i nie mogłam sobie przypomnieć, o co mi chodziło. Zrobiło mi się żal tych niepotrzebnie utraconych, wylizanych do mięsa ust. – Mama, zobacz, co mi się stało w twarz – powiedziałam. – Może to z brudu jest? – zasugerowała mama.
    Czasami myślę, że powinnam prowadzić specjalną rubrykę w jakimś czasopiśmie: jak skutecznie walczyć ze swoją urodą. Na przykład pierwszy odcinek mógłby być o tym, jak namalować sobie markerem tatuaż z kotwicą na ramieniu, naprawdę dużo interesujących rzeczy.


    Przekrój, nr 31/2003

  • jestem_piatym_elementem FATAMORGANA
    Byłam z Albertem w Sopocie na Björk i widziałam tylu ludzi, że mam dosyć przynajmniej do końca tygodnia. Nie wiem, ilu ich dokładnie było, ale bardzo dużo. Stałam przy barierce i czułam się jak w kąpieli ludzkiej. Mimo to byłam wzruszona. Björk była piękna jak dmuchany anioł ludzkiej wielkości i na jej widok byłam bliska nawet popuścić kształtną, bałwochwalczą, świadczącą o wrażliwości na sztukę łzę, ale wpijały się we mnie dwie duże dziewczyny z jakichś starszych klas. Bałam się odwrócić, bo ich wielkie łby kołysały się nade mną jak dwa bezokie, zaciekłe radioodbiorniki. Wobec ich obsesyjnych relacji scena wydawała mi się odległą, wielokrotnie skserowaną fatamorganą, wzdłuż której w przystępnym tempie sunęły głośne, nieznoszące sprzeciwu napisy: „Ładna”, „brzydka” i tytuły piosenek.
    Przedtem występowała Peaches. Cały czas bezskutecznie usiłowaliśmy się upić zielonym, fałszywym napojem, w który zainwestowałam wszystkie swoje pieniądze.
    Peaches wyglądała jak śmiercionośna sekretarka szatana z niemieckiego filmu porno. Miała lśniące skórzane kozaki i, sapiąc: „Help me, help me”, zlazła ze sceny wprost w ramiona zdezorientowanego ojca dzieciom w żółtym sztormiaku z napisem: „Agencja Ochrony Patron”. Popijała z buteleczki sztuczną krew i popluwała na publiczność, włożyła sobie mikrofon w usta i chrząkała jak świnia. Wszystkie dziewczyny patrzyły na nią zazdrośnie i myślały o tym, że zmarnowały życie na czasopisma, jedzenie nożem i widelcem i higienę osobistą.
    Na plaży stacjonowały oddziały zawistnych ludzi, którzy nie mieli biletów i rzucali kamieniami w ochronę.
    Mieliśmy ze sobą grupę chorobliwie pogodnych Japończyków, jeden nazywał się Mao, a pozostałe Kori i Adzinoko albo coś podobnego. Zaciekle częstowali nas swoim styropianowym, zalatującym tajemniczą rybą jedzeniem. Myśmy z Albertem potajemnie poszli do budki i najedli się parówek z salmonellą, była ciemna noc i przed budką trzy dziewczyny do wzięcia na zwichniętych obcasach zapalczywie pożywiały się podobnymi parówkami, a salmonella iskrzyła w ciemności na papierowych tackach.
    Kiedyś przyjechała do mnie pewna Niemka Dorin i zamęczałam ją pytaniami, czy w Niemczech też jest salmonella i czy też wszyscy sikają do morza. Odpowiadała towarzysko, że tak, ale wydawało mi się, że kłamie, żeby nie ujawnić swojej higienicznej niemieckiej wyższości i nie prowokować konfliktów. Cały czas nęciło mnie, żeby w odwecie zapytać też o to mydło i abażury i ostatecznie skończyć z tą wzajemną polityczną poprawnością, ale była miłą dziewczyną i trudno mi było się zdobyć wobec niej na taki fundamentalizm.
    Było tam bardzo dużo ludzi, a kiedy koncert skończył się, rozpełzli się szybko jak obywatele upadłego państwa. Na deskach została tylko gruba warstwa łuski plastikowych kubków po zielonym, o dalekim powinowactwie z alkoholem napoju i obgryzionych kolb kukurydzy. Wtedy podobało mi się najbardziej. Ojcowie dzieciom w żółtych sztormiakach pozwijali kable na szpulki, odjechały wozy i nie został nawet głupi ślad.


    Przekrój, nr 30/2003

  • jestem_piatym_elementem „ŻYCIE PODRÓŻNE DOROTY M.”
    Procentowo większość życia spędzam w pociągach relacji. Pociągi relacji rozpięte są między miastami całej bożej, higienicznej Europy. Pastewny przepych pociągów węgierskich albo lotniczo ascetyczny pociąg TGV pędzący szeptem między Paryżem a Lille. W pociągu węgierskim usługuje mi rumiany lokaj chłopskiego pochodzenia, oświetlając mi pozłacanym świecznikiem jednorazowe, zdrowotne pieczywo ze sklejki. W bezszelestnym, aseptycznym pociągu francuskim irański, promienny jak Stalin pisarz czyta książkę, w której zamiast liter są fabrycznie zabite mrówki. W paryskiej kolejce podmiejskie Murzynki opuchniętymi ustami szepczą obcojęzyczne, tropikalne różańce. Dworce też są inne, higieniczne. Bezdomni wyłapani i osadzeni w stosownych schroniskach. Śmieci są ładne, barwne i poruszają się parami jak zdalnie sterowane. Można by przywozić je do Polski i sprzedawać za pieniądze.
    W samolotach panuje kosztowna, zdezynfekowana uprzejmość rozdawana hojnie razem z pogryzionym starannie i opakowanym każdy kęs osobno jedzeniem. Stewardesy są wszystkie tej samej jasnej i przejrzystej rasy i uśmiechają się słonecznie samymi ustami, z profesjonalną czułością owijając mnie w firmowy kocyk. Jest to piękny, lśniący, przetarty spirytusem świat, gdzie ludzie bogaci mogą nareszcie pobyć przez chwilę sami ze sobą, nienarażani na przykrości ze strony brzydkich zapachów, niełapani za nogawki spodni przez wychudłe pożydowskie rączki, nieszantażowani piekłem. Perfumy, alkohole i lalki mazowieckie w korzystnych sklepach bezcłowych. Promocje. Okazje. Nagrody.
    Z „Życia seksualnego Catherine M.” zapamiętałam tylko to zdanie o pociągach, że jazda pociągiem jest odmianą niebytu. I rzeczywiście tych pięknych, bezszelestnych, proeuropejskich podróży prawie się nie zapamiętuje, są nieskażone, czyste, wchodzi się z jednej strony, gładko jak w teleport, je się symetryczne, podzielone na cząstki truskawki i zaraz jest się po drugiej stronie. Podróże po Polsce natomiast są odmianą bytu, i to bardzo skondensowanego, podróże polskimi pociągami marki ekspres albo o innej szumnej nazwie posiadają tak wysoki ciężar gatunkowy, że gdy wysiadam, czuję się, jakbym przeżyła tam właśnie całe swoje życie łącznie ze śmiercią i wiecznym potępieniem.Może tak właśnie wygląda piekło, wypuszcza się liście w asyście emerytowanego, klimakteryjnego małżeństwa wymieniającego jak paradontyczne pocałunki jajka na twardo, owinięte w papier śniadaniowy butelki i wyzywające stwierdzenia: „Ja mam gazowane”, „A ja mam lepsze: niegazowane”. „Lubię trochę takie bardziej gazowane”. „A ja lubię jeść”. W korytarzu chorobliwie kontaktowy Chilijczyk zaciekle częstuje mnie trawą. Dwoje złych chłopców opatrzonych zestawami podbitych oczu i guzów pije wódkę i z nostalgią wspomina, jak pojechali do Kenii, żeby palić browna w jaskini. Nie mogę otworzyć oczu, bo za każdym razem słyszę: „A ty jak spałaś, to śpij” albo „Jesteś ładna, tylko głupia jak lewy but. W życiu nie przeczytałem żadnej książki i też jestem zadowolony”. Spędzam tak przynajmniej osiem godzin w tygodniu i możliwe, że nigdy nie wrócę już do siebie.


    Przekrój, nr 27/2003

  • jestem_piatym_elementem Stężenie upadku
    Kiedy wracałam z wakacji pociągiem, raz po raz ktoś, przechodząc przez przedział, głaskał po głowie i nazywał po moim własnym wyświechtanym nazwisku, i już potem cały czas mi się śniło, że jadę tym pociągiem, ale jakoś tak inaczej, jakby wierzchem, że zaraz spadnę jak porcelanowa figurka z meblościanki, i słyszę, jakby ten sen wymyślił zły pisarz na potrzeby jakiejś nieudolnej bohaterki: to jest masłowska, to jest dorota masłowska, wiesz, dorota masłowska, wojna polsko-ruska, wiesz. I jeszcze tego samego dnia stężenie upadku przekroczyło moje osobiste możliwości.
    To się wszystko stało z pomocą Kuby Wandachowicza, głównego promotora „generacji nic”. Kupiliśmy sobie butelkę wódki jak pocisk i pełno parówek, podeszliśmy do jakichś starszych panów o kulach, co suszyli się na murku przy śmietniku, patrzyli mętnym okiem jak pływający w zupie łeb karpia i popijali tanie wino.
    – Kategorycznie nie wolno tu siedzieć – powiedzieliśmy. Nie wiem, co to jest za państwo, w którym ludzie wierzą w takie rzeczy. – A to dlaczego niby nagle nie wolno? – A bo tak się składa, że właśnie nie wolno. Nie wolno to znaczy nie wolno. Nie wolno to znaczy, że panowie zasłaniają mieszkańcom widok z okna. A jakby tak każdy sobie wziął usiadł i siedział? Można się przejść, można pospacerować. Ja bardzo panów proszę, żeby nie było potem awantur, rozczarowań.
    Obok własnym życiem pulsował od much wielki śmietnik. – Tu turyści przychodzą z Niemiec zwiedzać nasz kraj – powiedzieliśmy chłodno.
    – Ale ja tu siedzę już 50 lat, zanim to całe świństwo pobudowali, i komu to przeszkadza? – Jak to komu, to wszystkim przeszkadza, ludzie walczą o normalność, kupują sobie różne samochody, chcą w spokoju oglądać telewizję, a panowie wszystko to bezwzględnie, bez żadnej nawet dla nich empatii niszczą.
    Argumenty były niepodważalne, równie dobrze moglibyśmy wyperswadować nimi życie komukolwiek. „Idź do dzieci, okrzycz je, że śmierdzą mlekiem” – powiedział mi ktoś potem. A oni tłumaczyli się cicho jak słabi uczniowie, kuląc ogony, byli bliscy dygania i salutowania. Byli starzy, zmęczeni i bardzo się bali naszych niepodważalnych argumentów.
    Wreszcie Wandachowicz powiedział coś najgorszego: – A pan tu jeszcze z tą kulą, no, dałby pan spokój, z kulą wychodzić na dwór – i wtedy zrobiło się schyłkowo, bo ten staruszek powiedział i widać, że to było zdanie już używane: – Chodzę z kulą, no chodzę, no co mam zrobić, jak mnie bolą nogi.
    Wtedy poszliśmy, ale wyglądali, że jeszcze pięć minut i by poszli, i pozbierali papierki z chodnika. Było to najgorsze, co zrobiłam w życiu.
    Podałam się wtedy do dymisji. Chciałam, żeby nas aresztowała z tego świata policja i zabrała nam sznurówki z butów.
    Przytaczam to zdarzenie, bo myślę, że to właśnie wtedy jałowość przybrała graniczne wartości. Powoli się z Państwem będę żegnać i dziękować za uwagę.
    Chodzi mi właściwie o to, że ugryzłam się w ogon, i nic tam nie było specjalnego nawet; powietrze, szelest spadających papierków. Kraina Pazłotka ogłasza tymczasową niewypłacalność i przesyła z pociągu pocałunki do swoich ponurych wierzycieli.

    Przekrój, nr 34/2003

  • jestem_piatym_elementem Dziękuję za felietony, przynajmniej można zapoznać się z tym co jeszcze napisała.
    Interesujące jest w jej stylu nasycenie słownictwem, ciekawe zestawienia słowotwórcze, w niektórych felietonach jest tego mniej, ale ten styl właśnie jest zaletą w.p-r., w której dodatkowo dostosowuje język do poziomu bohaterów. Przeczytałam książkę dopiero co, a teraz po obejrzeniu fragmentów filmu w necie nie mam chęci go już oglądać - bo raczej język książki jest tu zaletą a nie świat naćpanych dresów.

    Ma talent do komentowania rzeczywistości ale nie w postaci historii opowiedzianych ale poprzez grę językiem.
    Przyznaję rację komentującym, że autorka żyje jakby w swoim świecie. Ale tak ma chyba większość pisarzy.

  • jestem_piatym_elementem O kurcze... ;) To niby jest felieton, ale bardziej przypomina mi poezję. I to nawet całkiem ciekawą ;) (Należałoby sprawdzić, czy nie była kiedyś na rozdaniu nagród w Telewizji Gdańskiej i czy nie pojawiła się tam przypadkiem w niebieskich spodniach narciarskich ;D)

  • jestem_piatym_elementem Co tu dużo sądzić, artystka żyjąca w swoim świecie, dla mnie dziwnym i nie zrozumiałym, może dla kobiet łatwiejsza w odczycie. Nie przepadam za nią, felietony też nie dla mnie. Sztuka jest subiektywna więc...

  • jestem_piatym_elementem Uderza w ważkie tematy kultury społeczeństwa, sięga głęboko w duszę i jej najmroczniejsze zakamarki. Bardzo mi się podoba jej wizja i sposób odbierania otaczającego nas świata, widać że nie jest ona sztuczna i płynie prosto z jej serca, a to bardzo ważne. Może wyrosnąć na niezłą pisarkę pod warunkiem, że dopisze jeszcze jej talent literacki i poprawi swój warsztat pisarski :)

  • jestem_piatym_elementem Nasycenia słownictwem spore ale jak się ogarnie całość to ma się wrażenie że to czysta grafomania.
    Czyta się to bardzo ciężko. Poniższe fragmenty nie są długie a po przeczytaniu można się już czuć zmęczony.
    Dobrze ktoś napisał że autorka żyje we własnym świecie. Ja jestem w stanie zrozumieć jej przekaz ale nie przykuwa on mojej uwagi.

  • Alan83 Bardzo mi odpowiada jej styl pisania. Jednak ze względu na treść tylko niewielka część z cyklu prac do "Przekroju" jest jasna i zrozumiała w całości. Po części zgadzam się z moim przedmówcą, że w natłok słów bywa momentami zbyt męczący. To felietony do wąskiej grupy odbiorców. Zrobili Masłowskiej krzywdę, nagłaśniając jej twórczość do rangi popkulturowej.

  • jestem_piatym_elementem PISZĘ DO PAŃSTWA W SPRAWIE


    Wiosną zajeżdża – mówiłam do chłopców, a chłopcy śmiali się, śmiali się, że zajeżdża, że śmierdzi, że mówię smród na ten napad zielonkawego powietrza. A mi to śmierdzi, to jest dobry, organiczny smród, ciepły smród rozhibernowanego gówna, które ocknęło się, podniosło łebek, śmierdzi, życiem śmierdzi i my też jesteśmy żywi, śmierdzimy życiem, żyjemy, dwaj chłopcy, jedna dziewczyna i duży, oddychający mocno pies, trójosobowa, turystyczna arka tocząca się po ulicach Szczecina. Na skwerze dwa smutne, zaspane koniki, źle jeszcze napompowane balony w zeszłorocznych kolorach, zjełczałe orzeszki, niegrzeczne dzieci na pamiątkowych zdjęciach z pierwszego dnia wiosny z pamiątkowym napisem „Wiosna czyni wolnym” nad bramą, nad bramą, nad całym amfiteatrem, nad całym niebem, z krajobrazem po bitwie w tle, z zamarzniętym łabędziem i zdechłą kaczką. Wiosną zajeżdża – mówiłam do chłopców, a chłopcy śmiali się, śmiali się, że przeżyliśmy jednak, i pan pies czule zlizywał nam zacieki soli z butów, i byliśmy, jakbyśmy Idzie Fink się nagle przypomnieli, rozedrgane koty w dzień wyzwolenia wychylające główki z piwnicy, zlizujące pierwsze, niedojrzałe jeszcze światło z asfaltu.
    Karuzele ruszyły, piłki potoczyły się po schodach, pociągi. W obliczu nadchodzącej wojny wybucha wiosna, w obliczu nadchodzącej wiosny wybucha wojna.
    Wybuchają na zmianę, zgodnie z programem telewizyjnym, na przemian: wiadomości i prognoza pogody, wiadomości, prognoza pogody, po równo podzieliły czas antenowy, wykupiły tyle samo miejsca w gazetach. Obie przedstawione w równie przystępny sposób, wykresy opinii publicznej, mapa Europy kiełkująca żółtymi słoneczkami i gdzieniegdzie nastąpi zachmurzenie duże bez przejaśnień. Pamiętam, jak jako dziewczynka napisałam opowiadanie o tym, że pokazują wojnę w Jugosławii, a mój brat je kanapkę i „Popatrz” – mówi, już wtedy przeczuwałam, że krew na pocztówkach, co przychodzą, jest innego koloru niż naprawdę. Pisałam wtedy tylko dużymi, szeroko otwartymi literami, których już nie umiem, których już mi nie wypada, brzuch z żołędzia, nogi i ręce z zapałek, głowa z kasztana, ale już wtedy przeczuwałam. Przedwczoraj widziałam w telewizji tę wojnę, o której wszyscy mówią, „Jest już wojna czy jeszcze nie?” – pytali wszyscy przy śniadaniu. Mały telewizor w hotelu, Jolanta Pieńkowska miała smutniejsze niż zazwyczaj oczy i siedziała bardziej w cieniu, ten temat to nie akcja nawaniania gazu – zupełnie ją eksploatuje psychicznie i wykańcza. Panowie rozwinęli czerwony dywan i rzucają do siebie piłką, panowie ubrali się w garnitur do gry strategicznej, ale nie wolno cheatować i każdy ma tylko po trzy życia, te kropki ruszające się w dole to ludzie, z bliska wyglądają zupełnie jak na tych zdjęciach z World Press Photo, pójdziemy w przyszłym roku latem, hardkor, ale warto zobaczyć, na przykład baba z oderwaną ręką czy nogą, tak zrobione jest zdjęcie, że nie wiadomo, czy naprawdę, czy fotomontaż, czy makieta, czy manekin, czy efekty specjalne.
    Potem były reklamy i czułam tak samo jak wtedy, ale nie napisałam opowiadania, tylko się śmiałam, to był śmiech niedobry i tłukł się po pokoju jak zły owad. I gryzł.



    Przekrój, nr 13/2003

  • jestem_piatym_elementem
    Przed Słowem: Ten uwielbiam...




    BÓG SP. Z O.O.


    Byliśmy z Karolem, moim sąsiadem, po różaniec dla babci, ponieważ tamten popsuł się na amen i przestał działać, posypał się na podłogę jak okruszki ptakom, jak biały deszcz z lichego, chorowitego plastiku i nagle nie mogłam go już naprawić, chociaż zawsze umiałam go naprawić, to teraz popsuł się na amen i przestał działać. Poszliśmy do budki ze świętymi rzeczami przy kościele, całe miasto wyłysiałe i chude jak po ciężkiej, właśnie przebytej chorobie, jak świeżo przywiezione ze szpitala, wytarte do sucha i zalane tanim lukrem słońca, dosyć jeszcze martwe, ale znaleziono pierwsze ślady życia na asfalcie, zdarte kolano i nadgryzione jabłko. Liniejące staruszki obsiadły ławki, wyjęły z kieszeni okruszki i zaczęły się nawzajem dokarmiać. Niedługo zakwitną kolczyki maleńkim, piskliwym prostytutkom, ruszy dyskoteka na bagnach.
    – Po ile różaniec, proszę pani? – zapytaliśmy w budce ze świętymi rzeczami do dziewczyny opierającej się łokciami o gablotę z różańcami, pamiętam ją dokładnie, siedziała ławkę przede mną na Pierwszej Komunii i zawsze chciałam dotknąć jej włosów zwisających przez ławkę jak jasna, tłusta wierzba płacząca na rozkopanych działkach, chciałam jej oberwać i przykleić taśmą klejącą w zielniku.
    Były jasne, a brwi miała czarne i twarz wyrażającą trwałą, wszystko obejmującą reklamację i siedziała kiedyś przede mną w ławce, a teraz rządzi wszystkimi świętymi rzeczami, sprzedaje spowiedź, sprzedaje niebo w kawałku, dorodna i obficie porośnięta makijażem, i stoimy z Karolem na palcach, a ona bije nas po łapach za obmacywanie szyby, pod którą leżą pachnące świeżym plastikiem różańce.
    Różaniec jest po pięć, ten z największymi oczkami i za resztę kupimy sobie zaraz papierosy, piwo i lizaki i pójdziemy do parku rzucać kamieniami w łabędzie i sikać na zamarzniętą jeszcze, uśpioną ziemię, policji jeszcze nie ma, to jeszcze nie jest sezon na plucie na chodnik i pisanie po ławkach.
    – Po ile Józef? – zapytałam jeszcze sprzedawczynię, pokazując brudnym, obgryzionym palcem na różowe figurki o upośledzonych twarzach, uśmiechające się tępo i pomyślałam, że są piękne, a szczególnie Jezus z zestawem gipsowych promieni nieużywany, błyszczący od świeżej farby.
    – Jaki Józef, to cała rodzina jest. Trzydzieści pięć – powiedziała z dezaprobatą, ponieważ Józef nie występował pojedynczo, tylko zrośnięty był brzuchem z dużym, bezokim dzieckiem.
    – Trzydzieści pięć parka? – zapytałam, patrząc z dołu na puste wnętrze Józefa i uczepioną jego stóp metkę.
    – A są piosenki mazowieckie? – zapytał Karol i wtedy już wiedziałam, że przegięliśmy i musimy iść z tej niewielkiej, o wilgotnym klimacie ziemi obiecanej z widokiem na mur i beton. I wypchnęliśmy się nawzajem stamtąd jak własne łase, broczące śliną dzieci, z tęsknotą oglądające się na świętych stojących w rzędach obok gipsowych kaczuszek i pejzaży z morzem i wierzbą płaczącą na rozkopanych działkach.
    – A ma pani czystość? – chciałam jeszcze zapytać. Plastikową szczotkę do czyszczenia butelek?
    Ale nie zapytałam, poszliśmy do parku, chichocząc. Łopocząc uświnionymi, dawno popsutymi skrzydełkami.



    Przekrój, nr 14/2003



  • jestem_piatym_elementem
    ZANIM ZACZNIESZ PRANIE


    W „Idź i kochaj” Tomka Tryzny narrator, bardzo poważny pan chłopczyk, deklaruje, że nigdy nie czuł się tak źle jak w okolicach Pierwszej Komunii Świętej, kiedy otworzono mu rachunek sumienia i grzechy zaczęły być naliczane według ciemnej taryfy nocnej. Zrozumiałam dokładnie to zdanie i podniosłam głowę znad książki, bo ten moment dzieciństwa przypomniał mi się w całej okazałości, stoję dziewięcioletnia przed ciemnym, podmokłym, kolczastym ogrodem swoich poczynań z rozpiską, z tabelką i instrukcją obsługi i rozdzielając gałązki, grzęznąc w błocie, liczę na palcach czarne, trujące porzeczki.
    Na religii przerabialiśmy kolejno wszystkie przykazania, siostra wypisywała na tablicy opatrzone numerami grzechy, jakie można przeciwko danemu przykazaniu zrobić, i pamiętam dokładnie, co to jest za uczucie i że ja też nigdy nie czułam się tak źle jak wtedy: wsiada się do taksówki z ujemną ilością pieniędzy i patrzy się na fosforyzujące oko licznika, który tyka wymownie, pokazując coraz to większe liczby. Z czoła leci pot i kapie, płynie strużką po desce rozdzielczej, kierowca łypie okiem, nie jest rozmowny i nie słucha nawet radia, czasem powie coś bełkotliwie i niezrozumiale do czarnej gałki i splunie w noc, za okno, jego ślina jest czarna, a licznik szepcze w ciemności złe podszepty ciemną, nocną taryfą. Praktyki duchowe dokonywane na pacholętach przez wyznanie katolickie są rzeczą straszną i okrutną i dzieci te nigdy już nie dochodzą do siebie, „masz grzech!, masz grzech!” – przezywają się, straszą się piekłem, straszą się uschniętą ręką, nocami prześladowane przez małego, dziecięcych rozmiarów szatana, który szepcze im do ucha brzydkie wyrazy we wszystkich przypadkach i przytrzymuje im palcami powieki tak, żeby widziały dokładnie nachylającą się nad nimi bezkresną, bezoką, pustą twarz sufitu.
    Wszystko to przypomniało mi się dokładnie oraz to, że najniegrzeczniejsze, najbardziej rzucające cegłami w przechodniów, masturbujące się na lewo i prawo i palące po kątach papierosy dzieci praktykowały z największym rozmachem, miały zaliczone wszystkie pierwsze piątki miesiąca (było to na podwórku bardzo modne) i wręczały ciasto księdzu proboszczowi, a my, przewrażliwieni i drżący, zepchnięci na sam brzeg ławki, tworzyliśmy histeryczną, nękaną najcięższymi wyrzutami sumienia sektę i przypomniawszy sobie skórkę od kiełbasy zjedzoną w piątek, tuż po przyjęciu komunii, byliśmy gotowi wypluć ją miłośnie na chusteczkę i zakopać pod szkiełkiem w doniczce z pelargoniami.
    Piszę to wszystko dlatego, że wczoraj dzwonił do mnie Krzysiu, „Byłem po fajki i od razu poszedłem się wyspowiadać – powiedział – pomodliłem się za siebie, pomodliłem się za ciebie, za wszystko się pomodliłem”. Mówił to głosem jasnym, jakby właśnie w środku zimy bardzo okazyjnie kupił ładną pogodę. A ja tak mu zazdrościłam, że aż o mało nie zapytałam, czy na pewno powiedział wszystkie grzechy, że nie pojmano go w kościele i nie zaprowadzono na osobną rozmowę na zaplecze, nie zmierzono mu obwodu głowy, i zazdrościłam mu, że to wszystko jest takie proste, takie proste.



    Przekrój, nr 15/2003

  • jestem_piatym_elementem
    WARSZAWA PŁONIE


    – Śniło mi się, że dzwoniłem do ciebie, i ty, i tam, tam po drugiej stronie kabla, był hałas, cały czas ktoś przerywał, wielka zabawa, syczały zimne ognie i alkohol, alkohol żwawymi, szybkimi strumyczkami, śniło mi się tak – powiedział – że tam po drugiej stronie hałas i muzyka była i ty w tym wszystkim, i cały czas ktoś przerywał, wielka rozmowa przez pokój przetaczająca się i zmiatająca z powierzchni, nie mogliśmy się dogadać i chciałem cię stamtąd zabrać, i ty też chciałaś, i skamlałaś, piszczałaś jak kotek co nieopatrznie na samym środku pozbawionej wypustek ulicy, pod butami, pod kołami; z sekretnej ciemności, z szeptów, szmerów i piwnicznych dociekań kapiącej wody na sam środek jadowitego światła dziennego wywleczony.
    Tak powiedział, a ja przytaknęłam, że tak, że jego sen jest jak najbardziej prawdziwy, że śni mu się prawidłowo. Że tydzień już siedzę w Warszawie, tydzień wysiadywania bezpłodnych nadtłuczonych jajek, tydzień wysiadywania wydmuszek, niepotrzebne zużywanie jedzenia na niepotrzebne rozmowy o powietrzu, nuda to przywilej arystokracji. W pewnym momencie nawet bałam się, że w drodze ewolucji w ramach ewolucji, w ramach zastawiania własnej nadwrażliwości, własnych czułków, własnych obolałych od nadmiernego widzenia i słyszenia ośrodków zmysłowych w powszechnym lombardzie i wymieniania ich na inne, lepsze, bardziej potrzebne zalety jak umiejętność snucia towarzyskich rozważań o niczym, które przypominają mi lekcje polskiego w liceum i te klecone pospiesznie na potrzeby lektur szkolnych poglądy, co byś zrobiła, jakby była wojna?, ostrość widzenia rozregulowała się i obraz zaczął przypominać barwną, przelewającą się masę i nagle wszystko mogło być wszystkim, zależnie od potrzeb patrzącego, i dużo hałasu o nic, wielki hałas bez zawartości treściowej, i że dałam się nabrać, siedzę i ślinię się do kolorowych światełek, pustych w środku brylancików zdobiących powierzchnię, i szepczę sobie dla towarzystwa, jakie ładne, a jak świecą na różne kolory, śliczne lampki choinkowe na prąd wzdłuż całej Warszawy to właśnie to, o co całe życie paliłam szczęśliwe papierosy.
    A tymczasem życie ma miejsce gdzie indziej, gdzie indziej ludzie rodzą się i umierają, a tu tylko uprawiają seks na płaszczach w pokoju obok i robią hałas, wpisują w przeglądarki internetowe swoje nazwiska, robią sobie nawzajem zdjęcia, kupują mieszkania z widokiem przez judasz na całą klatkę schodową i przyznają sobie nagrody, i marnują to piękne, jasne, niedojrzałe powietrze ze wschodu, które zgodnie z porą roku pojawiło się na rynku, marnują to wszystko, listki, pełne pestek dzieci, zakwitające dziewczęta z koronką wokół ust.
    – Jak ci się to jeszcze przyśni – powiedziałam – to po mnie natychmiast przyjedź, najadłam się powietrza i powietrze mi zaszkodziło, wyjadłam całą cukierniczkę i jeszcze w taksówce będą mi leciały z ust tęczowe bańki. Jak ci się to jeszcze przyśni, to przyjedź i mnie stąd zabierz natychmiast.



    Przekrój, nr 17-18/2003

  • jestem_piatym_elementem
    TO JESZCZE NIE KONIEC CHODNIKA


    Napisałam do Instytutu Polskiego w Budapeszcie dwa listy. Jeden był o ataku choroby, w związku z czym ze strony podmiotu lirycznego nie będzie możliwe, aby przyjechać na Węgry. Potem pomyślałam, że ta oschła rzeczowość trąci fałszem i odciskami palców – wtedy napisałam drugi list, obfitujący w odczucia żalu i prośby o przebaczenie, tajemnicze zawroty głowy, złamania i zapalenia, naglące terminy porodu. Szybko znudziła mnie twórczość biurowa, tak jak szybko nudziło mnie zawsze tłuczenie pieczątką o recepty mojej mamy, i poszłam grać piłką o ścianę, było drugie święto, a Węgry wydawały mi się państwem złym i nadmiernym, tak jak wszystkie inne państwa poza niepodległym, autonomicznym państwem mojego pokoju.
    Impuls elektryczny o charakterze proroczym przyszedł późno, około północy, kiedy zdążyłam już pójść spać, i usłyszałam jakieś sekretne szepty w swoim uchu wewnętrznym: jedź tam, jedź na eurozagraniczną wycieczkę, odnajdziesz tam drogocenny kamień i klejnot, odnajdziesz tam szczęście. Tak więc ubrałam kurtkę i spodnie na pidżamę i przedarłam się przez uzbrojone bojówki bezdomnych, nocne krzyki i awantury i pojechałam do Wejherowa, obudziłam mamę, „Mama, nie bój się, jadę na Węgry”, rozprułam szuflady, wywaliłam ich kulącą się, rozespaną zawartość na dywan i odszukałam swój paszport, w którym uśmiecham się i zezuję lekko, ubrana w enerdowski golf bawełniany, opatrzona licznymi numerami seryjnymi i kolorowymi bliznami po przejściach granicznych. I byłam tak szczęśliwa z tego nagłego paszportu, że stałam w korytarzu i śpiewałam na całą eskaemkę o swoim szczęściu, o porozumieniu bez barier, spadku bezrobocia i zniesieniu kontroli granicznych.
    Moje życie, kiedy zaczynam mówić po angielsku, staje się dużo lepsze. Mam niezobowiązujące, gramatycznie poprawne myśli, proste i zaskakująco prawidłowe.
    Na konferencji dwunastu pisarzy europejskich, zapytana przez znanego węgierskiego dziennikarza, co dla mnie oznacza Europa, odpowiedziałam w napadzie rozszerzonej świadomości: „Europa is a place, where everybody speaks english”, czym zdobyłam sobie uczucia międzynarodowej publiczności. Mamo, byłabyś ze mnie dumna, jaka jestem międzynarodowa, kiedy na obiedzie z węgierskim wydawcą udaję, że wiem do czego służą dwa widelce, trzy noże i mały, dyskretny talerzyk z boku i „W domu to ja jem samą łyżką” – mówi do mnie Andrzej Stasiuk, i „W domu to ja jem ręką” – myślę sobie. Mamo, byłabyś ze mnie dumna, jak spędzam wieczory na przyjęciach barokowych w ambasadach, gdzie ze słowackim pisarzem chodzę pod rękę i kradniemy z pater międzynarodowe owoce egzotyczne, wznosząc toasty i rzucając w różowo-niebieskie od perfum powietrze niezobowiązujące uwagi: „It’s a nice party, isn’t it?”. Albo gdy młodzi zamroczeni trawą Węgrzy podśmiewają się z papieża, a ja zaznaczam z godnością, że jak będą tak mówić, to ich zaraz zabiję, „I’ll kill you”, mówię i biorę nóż do masła ze stołu. Albo jak chodzę za Mario Vargasem Llosą i dotykam go w garnitur, ocieram się o niego jak o krwią płaczącą figurę i z perfidią pozuję obok niego na okolicznościowych zdjęciach, wszystko w celu uzyskania błogosławieństwa i namaszczenia w głowę. Jest tak pięknie, nie ma telefonu, Internetu, nie myślę o niczym strasznym z powodu ograniczeń językowych, myślę sobie po angielsku różne przyjemne rzeczy, kwiaty, ptaki.
    A ta podróż przez bezkresną, nieoświetloną, opatrzoną semaforami ziemię niczyją pod wezwaniem ciemnej gwiazdy, wchodzi się z jednej strony, przez dwanaście godzin plącze się w ciemnych szmatach, a potem nagle wychodzi się w jasne, pełne autobusów, nadpobudliwe miasto, szczęśliwym, ze zresetowaną, zdezorientowaną duszą.


    Przekrój, nr 19/2003

  • jestem_piatym_elementem
    PIOSENKA O WYSYPISKU


    Całe dzieciństwo bezskutecznych marzeń o biedzie, moich i Dżoen, mojej sąsiadki spod spodu. Opakowane w lśniące dresy z Peweksu albo Baltony, właścicielki najbardziej kolorowych kredek w całej zerówce. Rzut świętą polędwicą z kanapki do śmietnika na holu. Rzut kotlecikiem przez balkon do ogródka. Okrucieństwa praktykowane na lalkach Barbie. Witaminki i pomarańczki. Całe dzieciństwo nieefektywnych marzeń o złamanej nodze, skręconej kostce, wadzie serca, fantastycznej maszynerii wózka inwalidzkiego lub chociaż skromnych wszach. Całe dzieciństwo bezskutecznych marzeń, hodowanie much w ostrzynce albo pudełku po śledziach, karmienie ich okruchami i krakowską suchą, aż nie zdechły. Drobne, zakładane w pośpiechu przedsiębiorstwa, na kocu na chodniku sprzedawałyśmy innym, bardziej poszkodowanym materialnie dzieciom różne znalezione w domu śmieci, zwiędłe mlecze, puste opakowania po dezodorantach po korzystnych cenach.
    Za garażami zabijali lisy i pili wódkę, wódeczkę. Pan Pijak, największy przedstawiciel piekła na całe podwórko. Całe dzieciństwo panicznych ucieczek po klatkach schodowych przed Panem Pijakiem. Całe dzieciństwo złych snów o Panu Pijaku tuż nad łóżkiem nachylającym się, alkoholem zionącym prosto w miękką jak brzoskwinia za trzy tysiące pięćset starych złotych twarz. Całe dzieciństwo potajemnego kluczenia i zaglądania przez szpary w drżącym na wietrze płocie na jego szatańskie podwórko. Do świata stłuczonego szkła, bezpańskich psów i kocich trucheł. Pijak idzie, kryj się, maskuj się, padnij.
    Jest to dalej w nas, ta namiętność do nędzy i nieszczęścia, do taniego wina z colą, palmy do smarowania chleba, papierosów poznańskich, sypiania na stole bilardowym w świetlicy dla opalonych wczasowiczów. Pan Pijak przychodzi zawsze inaczej przebrany, zawsze opowiada inną historię, zawsze prosi o papierosy, a twarz ma w koronkach z zaschniętej krwi i ziemi. Ze mną każdy mój pijany, przewrócony w krzaki i przemawiający łagodnym głosem proroka sąsiad z góry chce się ożenić.
    Oni to czują, że my do nędzy mamy słabość jak do egzotycznych, zagranicznych krajów, wiedzą, że podrażniwszy ten głód, mogą nas na wszystko naciągnąć, oni mówią nam, że mamy fajne dupy i piersi, i że tak bardzo by nas chcieli.
    Stają obok nas w eskaemce i patrząc nam w oczy, walą konia. Bo wiedzą, że o tym marzymy, te malutkie drzwi, to ciasne przejście na drugą stronę lustra, z której w każdym momencie możemy uciec.
    Spodnie z dziurą na tyłku, co Dżoen znalazła na przejeździe kolejowym i nosiła całą czwartą klasę liceum, te popisane długopisem nagie i upośledzone psychofizycznie lalki, które ratuję ze śmierci, ze śmieci; lumpeksy, gdzie chodzi się wąchać brud i pot, gdzie jakby całe domy są zdemontowane i powrzucane do skrzyń. Bary mleczne, kasza z gulaszem, aluminiowe widelce i plastikowe noże.
    Dwie rozmarzone albertynki na potajemne szepty śmieci na brzegu miasta czające się.



    Przekrój, nr 20/2003

  • jestem_piatym_elementem ACH, ŻEBY TO


    Mama po kryjomu, nocą, z latarką, po jednym zdejmuje ze ścian moje obrazki. Powoli-powoli zaczynają jej przeszkadzać, zaczynają łypać na nią zaropiałymi oczami, zaczynają grozić jej swoimi zakrzywionymi paluchami, przymierzają jej okulary i rzucają w nią papierkami, kiedy śpi taka dobra, jasna, kiedy śni o cukierniczkach i twarzach pięknych kobiet, brzozach i wodospadach.
    Te ostatnie obrazki, które zostały, Król Wszy w umarłym świecie, Pan Ptak czytający w gazecie o karambolu na ulicy Tysiąclecia oraz rozkraczone miasto, w którego czerwonej zawartości ktoś grzebie łyżeczką, prowadzą własne, sekretne życie w ścianie przedpokoju. Czasami nocą słyszę dobiegające stamtąd hałasy, to one próbują przebić się przez papier, rozsadzić ramki swoimi korpusami. Mama to słyszy, budzi się i myśli, że to ktoś spuszcza wodę na siódmym piętrze, unosi się, zakłada okulary i szuka tabletki, w szkłach odbija się całe pękające od świateł miasto. Mamo, mamo, to przeze mnie robaki zalęgły się w ścianach, to przeze mnie wiją się i tarmoszą za tłuste włosy, wyciągają przez papier swoje lubieżne, żylaste języki. Mama mówi: weź poszukaj sobie tabletkę i idź śpij albo odkrywa kołdrę i pozwala mi spać ze sobą, do rana wyrośnie między nami pępowina sucha i zdrewniała.
    A wystarczy, wystarczy poskrobać palcem, wystarczy, żeby ściana rozsypała się i kopulujące potwory spojrzały nam nieprzytomnie w oczy! Król Wszy śpi skulony w nogach łóżka. Pan Ptak z fotela szeleści gazetą. – Jak będziesz tak czytał po nocach, zepsujesz sobie oczy – mówię mu cicho.
    ***
    Wiosna, pani wiosna przyjechała samochodem, otworzyła drzwi i wystawiła nogę zarośniętą liśćmi. Powietrze różowe i mleczne, na twarzy czuję szorstkie języczki szczeniąt. Rozpięłam kurtkę, rozpętliłam stryczek szalika, pozwalam się lizać temu słodko pachnącemu światłu, pozwalam mu lizać się po twarzy, wkładać sobie do ust język. Otwieram drzwi, otwieram okna i usta, w całym mieszkaniu pali się ostre, tanie światło, miasto jest jak wrzątek dzisiaj, każdy zobowiązał się wyprowadzić przynajmniej jednego rozszalałego, buchającego szczęściem psa.
    Dzieci pędzące na hulajnogach z językiem przewieszonym przez ramię, dzieci zjeżdżają z betonowych gór na spodniach.
    Ze szczęścia ludzie jedzą niedojrzałe owoce i liście, łapią w usta młodziutkie, twarde jeszcze owady.
    – Czy nie pani to narzygała? – mówi sprzątaczka na przystanku autobusowym do siedzącej kobiety, obok której lśni równe kółeczko pomarańczowych rzygowin, i patrzy również na tego pana obok, może czyjegoś męża, przy którym lśni równe kółeczko rzygowin zielonych i szklistych. Ale nie, to nie ja narzygałam, siedzę tu pół godziny, przysięgam, jak siedzę tu, to nie rzygałam, to musiało być narzygane wcześniej.



    Przekrój, nr 21/2003

  • jestem_piatym_elementem hej
    dużo tu tego zebrałaś:) fajnie, to sobie poczytam teraz, dzięki :D

  • jestem_piatym_elementem A mi się podoba jej styl. Mocny, bardzo wulgarny, ale próbujący przekazać coś ważnego, coś istotnego, co nurtuje autorkę. Masłowska pisze go z potrzeby serca, nie dla kasy, tak przynajmniej sądzę.