Tragicznie skończył

Przez to, że tak tragicznie skończył, inaczej patrzę na filmy z jego udziałem. Grał głównie w farsach, komedyjkach-takich przedwojennych komediach romantycznych.
Mimo wszystko cenię go jako aktora ale na te wszystkie komedyjki patrzę z perspektywy tego, że za kilka lat nie będzie już jego świata i nie będzie już jego samego.
Wielkie pieniądze, wykwintne jedzenie, piękne kobiety-z takiego świata przeszedł do łagru koło Kirova i tam został zamęczony.
A ponoć miał już bilet do Ameryki....

11
  • Szkoda, naprawdę szkoda.... :(( Zasługiwał na lepsze zakończenie.
    Poznanie jego biografii zmieniło również i moje spojrzenie.

  • Tak, bardzo to smutne. Tak jak smutny jest fakt, że na zawsze utraciliśmy naszą Polskę we wrześniu 1939. To, co jest teraz to tylko cień tamtej, międzywojennej Polski. Los Bodo w sposób tragiczny to doskonale obrazuje.

    • A teraz już nie żyjesz w Polsce?My, Polacy jesteśmy wręcz mistrzami w idealizowaniu II RP ale ja im więcej wiem o tamtych czasach to cieszę się jednak, że żyje dzisiaj. Nostalgia za minionymi czasami w których nie żyliśmy jest często nawet silniejsza jak za czasami w których udało nam się żyć. Polskie kino przedwojenne i to jak odbieramy go dzisiaj w zasadzie w całości bazuje na nostalgii. Z jednej strony za czasami, których już nie ma, a nad każdym filmem z tamtych czasów unosi się zbliżający się "koniec świata". Wojna, zagłada całych grup społecznych, losy takich aktorów jak choćby Bodo wszystko to sprawia, mam wrażenie, że zbyt wiele przypisujemy kinu tamtych czasów. We wszystkich książkach na temat filmu polskie kino przedwojenne jest przedstawiane jako absolutne dno. Jest kilka filmów, które przetrwały próbę czasu ale większość jest błahych i tylko zbliżająca się wojna i jej skutki(o których my wiemy) sprawia, że wydaje się nam, ze to jakieś absolutnie boskie kino. Takie odnoszę wrażenie i pewnie wiele osób by się ze mną zgodziło. Mimo to ja nadal z ciekawością oglądam filmy przedwojenne, ale tylko z pasji do historii kina bo jako filmy, większość z nich jest słaba lub żenująco słaba.

      • to prawda, że należy przede wszystkiem ;) żyć w teraźniejszości i starać się wykorzystać niepowtarzalne dla każdej epoki możliwości. nie byłabym jednak aż tak krytyczna w stosunku do przedwojennego kina. infantylne, a jednak pozostawia uśmiech na twarzy, często przemyca istotne wątki, napawa optymizmem ... często, nie zawsze. dodatkowo tam i ówdzie odnaleźć można tropy unikatowe dla kina tego okresu lub niepowtarzalne w ogóle. zalążki pomysłów, które w po bardziej profesjonalnej obróbce zapisały się w historii kina ale dużo później. tamto kino to także piękne przedmioty codziennego użytku, przepyszna architektura, przyroda! uczta dla oka. a Bodo to Bodo <3, daje widzowi tak wiele dobrych emocji. dla mnie za każdym razem - balsam dla duszy.

    • "To, co jest teraz to tylko cień tamtej, międzywojennej Polski" czy Ty masz pojęcie o czym piszesz? W Polsce międzywojennej panowała nędza nie do porównania z dzisiejszą biedą. Na wsi jedna, "całoroczna" koszula to był standard. Warunki sanitarne wołały o pomstę do nieba, nawet ta wychwalana przez niektórych przedwojenna Warszawa to kompletna europejska prowincja (i tak była wówczas odbierana). Pochodzę z Kujawsko-Pomorskiego, gdzie po opadnięciu pierwszej niepodległościowej euforii, w połowie i późnych latach 20tych miały miejsce protesty i marsze postulujące ponowne włączenie do Niemiec ze względów ekonomicznych! Standard życia na tych terenach spadł na łeb, na szyję. Oczywiście byliśmy młodym państwem na dorobku, ale dodaj do tego to, co działo się na kresach, konflikty narodowościowe, potworną klasowość... żyć i nie umierać, serio.

      Lukasz25 ma rację co do polskiego kina. Porównać tego do produkcji niemieckich, skandynawskich czy angielskich po prostu się nie da, nie mamy czego szukać w tm towarzystwie. Oczywiście znowu mamy tu do czynienia z kwestiami finansowymi (nikt nie będzie wtapiał kasy w awangardę, jeśli kondycja ekonomiczna publiczności jest taka, a nie inna). Na szczęście kilka filmów przetrwało próbę czasu, w tym semi-awangardowe "Strachy".

      • Po co ta emfaza? Nie będę dyskutował z kimś, kto się tak nastawia. "Ach, ja to jestem taaaaaka mądra i wiem wszystko". Powstaje jedno pytanie - czy po odzyskaniu niepodległości ludzie z Polski uciekali, czy raczej do niej wracali? Czy zostawali w niej po drugiej wojnie czy raczej zostawali na emigracji? Czy po drugiej wojnie mieliśmy prawdziwe elity czy "elity" podstawione przez okupanta na poziomie rynsztoka i budki z piwem?
        Wiem, że teraz jest tendencja, by przypominać, jaka Polska była biedna wówczas. Słusznie. Że wspomina się, jak sanacja nas gospodarczo dobijała. Trzeba jednak pamiętać, że to było ledwie dwadzieścia lat niepodległości. To niewiele, by się całkowicie odrodzić.
        Czy teraz jest tak wspaniale? Ludzie nie żyją na skraju nędzy? Nie uciekają za granicę, by poprawić swój byt?

        Poza tym dochodzi też ruina wojenna, podczas której zniszczono wiele naszych zabytków kulturowych, zrównano z ziemią architekturę. To się nie liczy?

        • Z II RP (państwa około 35 milionowego) w latach 1925 - 1937 emigrowały ponad 2 miliony.

          "Czy po drugiej wojnie mieliśmy prawdziwe elity czy "elity" podstawione przez okupanta na poziomie rynsztoka i budki z piwem?"
          No tak, słynne "elity". Nienawidzę sowietów, ale należy się zastanowić, czy demokratyzacja kultury nie wyszła nam na dobre - z kulturalnej "białej plamy" na mapie międzywojennej Europy polska sztuka po śmierci Stalina faktycznie rozkwitła. Polski jazz, malarstwo, rzeźbiarstwo i teatr były bardzo popularne na zachodzie, a przede wszystkim (w końcu jesteśmy na portalu filmowym) polska kinematografia stała się najważniejszą w tym zakątku świata i autentycznie podziwianą na całym świecie. Do dzisiaj ludzie uczą się o "polskiej szkole filmowej", a dzieła np. Hasa są lekturą obowiązkową dla cinefilmów. Wychwalają nas tacy reżyserzy jak Tarantino czy Gilliam, o czymś to świadczy. Po '89 spadliśmy pod tym względem na łeb, na szyję. Nie do końca budka z piwem, nie uważasz? Jakie znaczące osiągnięcia kulturalne miała na swoim koncie II RP? Jaki procent społeczeństwa miał w ogóle dostęp do kultury, nie wspominając o kulturze wyższej?

          Wszystko to wynika z niewyobrażalnego rozwarstwienia społecznego i nędzy. Mieliśmy jeden z najniższych wskaźników wyższej edukacji w Europie. Można gdybać, że przywrócenie przedrozbiorowego kształtu granic, łącznie z terytoriami gdzie Polacy byli w druzgoczącej mniejszości, było błędem. Mieliśmy też ogromnego pecha, jak to zwykle bywa i nie było nam dane rozwinięcie skrzydeł, z wiadomych względów.

          Przepraszam, że nieco się nieco uniosłam. To po prostu n-ty post z rzędu w tym nurcie jaki widziałam tego wieczora i wybuchłam. Polska z filmów z Bodo może i istniała, ale dla jakiego procenta społeczeństwa, 5%? 10%? Tymczasem nostalgia za tymi trudnymi czasami zaślepia niektórych. Powód, dla których polskie filmy z tego okresu wyglądają tak, jak wyglądają jest prosty jak drut - to był czystej wody eskapizm i jeśli ktoś myśli, że tak naprawdę wówczas wyglądał świat (a niektórzy tak myślą!), to coś jest nie tak. Publiczność II RP niestety nie była gotowa na przyjęcie sztuki bardziej wymagającej. Oni mieli ciężkie życie na co dzień i nie chcieli oglądać realizmu na ekranie. Chcieli bajek o wesołych dżentelmenach i ich szlachetnych obiektach westchnień oraz melodramatów o smutnych dziewczynach zadurzonych w majętnym ordynacie.

          "Czy teraz jest tak wspaniale? Ludzie nie żyją na skraju nędzy? Nie uciekają za granicę, by poprawić swój byt?"
          Różnica jest taka, że teraz ludzie wyjeżdżają w poszukiwaniu lepszej jakości życia. Emigrantom zarobkowym w II RP bliżej było do XIX-wiecznej Irlandzkiej emigracji. Teraz nie jest idealnie, ale w porównaniu do tego, co było jeszcze 20 lat temu - widać ogromną zmianę na lepsze.

          • Czy polską kinematografię ktoś podziwia? Tego nie wiem. Też kiedyś tak myślałem, że Wajdą się zachwycają, że Konwicki, że Kawalerowicz, Has itd). Obawiam się, że jednak polskie kino jest raczej traktowana jako ciekawostka, a nie jako coś istotnego. Po czym to poznać? Wydaje mi się, że po ilości różnych nagród na zagranicznych festiwalach. Amerykanie, którzy tak się rzekomo nami zachwycają, po wojnie do 1989 roku, nie przyznali nam tego swojego Oscara ani razu. Włosi czy Japończycy byli bez przerwy nagradzani (Fellini, De Sica, Visconti Kurosawa itd), a nas mieli w nosie. Has, owszem, ponoć Scorsese i Coppola wydali na DVD czy na innym nośniku "Rękopis znaleziony w Saragossie". Tylko jakoś nigdy nie szło to w parze z wyróżnieniami. Owszem, coś tam nam przyznawali w San Sebastian itp, ale nasze kino to był zawsze daleki drugi plan.

            Podejrzewam, że tak samo jest z muzyką, zwłaszcza jazzem, który pewno ma wielbicieli wśród wąskiego grona zapaleńców. Nie znaczy, że to wszystko neguję, staram się tylko realnie ocenić sytuację. My przeważnie wozimy drzewo do lasu. Nie możemy się zdobyć na stworzenie czegoś naszego, oryginalnego (może poza rzeźbiarstwem, architekturą i malarstwem).

            W II RP mieliśmy bardzo dużo ważnych osobowości znanych i poważanych w świecie, niestety po drugiej wojnie zostały one albo zamordowane, albo zginęły podczas wojny, albo wyemigrowały albo zmarły z przyczyn naturalnych w zapomnieniu w PRL. Ponad to komuna zakazywała wznawiania prac tych ludzi.
            Nie wiem, jak to wyglądało w świecie rozrywki, ale w świecie nauki i kultury byliśmy na światowym poziomie. By wymienić Mariana Grzybowskiego - dermatologa czy Władysława Tarnawskiego - anglistę, który był wybitnym znawcą Szekspira i który uczył Anglików czytać ich literaturę.

            Takich osobowości pewno było sporo, ale niestety brutalnie zostało nam to przerwane, a obecnie ich życie i działalność nie są przypominane. Zdarzają się wyjątki oczywiście, np. Antoni Ferdynand Ossendowski, który był zagranicą najpopularniejszym naszym pisarzem po Sienkiewiczu, a który przez komunę został wyklęty i do 1989 roku jego książek nie wznawiano. Teraz jest bardzo dużo wznowień jego książek podróżniczych, bo był przede wszystkim podróżnikiem.

            Co do kina dwudziestolecia międzywojennego - wiadomo, że w 80% są to gnioty nie do oglądania. Ale miło popatrzeć na te uśmiechnięte buzie. Ludzie lekko może nie mieli, ale cieszyli się z odzyskania po 123 latach niepodległości.
            Z drugiej strony kino powojenne to też była w dużej mierze tandeta. Po prostu już inaczej się wówczas filmy tworzyło. Film się u nas nieco rozwinął, dojrzał po 1944 roku, ale jednak tylko nieliczne przetrwały próbę czasu. Tak samo było na zachodzie przed wojną. Tam zresztą i po wojnie powstawały raczej ciężkostrawne kawałki (co może nie jest dziwne przy takiej ilości filmów, jakie tam kręcą).

            O, widzisz, ponad 20 lat i dopiero widać zmiany na lepsze (choć nie wszędzie). Tak więc, gdyby II RP przetrwała dłużej też pewno coś tam by się zmieniło na lepsze (może). A propos - to jest o III RP. Polecam...

            https://www.youtube.com/watch?v=UDtKD8LO1Xk

            Ale bądźmy dobrej nadziei :-)))

            • Bez przesady, wyznacznikiem sukcesu dla powojennego kina europejskiego zawsze było (i nadal jest) Cannes, a w tym przypadku mamy się naprawdę czym pochwalić. Każdy znaczący reżyser polskiej szkoły ma na koncie co najmniej kilka nominacji, a większość również nagrody. Sam Wajda ma 5.

              Mieszkam w Irlandii, a narzeczony jest z wykształcenia filmoznawcą. Musiał się uczyć grubych rozdziałów o polskim kinie, oglądać Skolimowskiego czy Kawalerowicza na studiach i to nie w kategoriach ciekawostki, tylko osobnej, znaczącej szkoły filmowej. Nie deprecjonowałabym akurat tej dziedziny polskiej kultury, bo to jest coś, z czego możemy być faktycznie dumni. Szkoda, że ten stan rzeczy przeminął wraz z poprzednim ustrojem, chyba jedyny aspekt, za którym faktycznie można zatęsknić.

              Oczywiście, że zarówno przed wojną, jak i teraz większość filmów stanowiła raczej niewybredną rozrywkę,co nie zmienia faktu, że powstawały też dzieła wartościowe, rewolucyjne. Artystycznie na poziomie, o którym się Polakom jeszcze długo nie śniło. Ówczesne kino zachodnie sprawa wrażenie bliższego nam w czasie o jakieś 20 lat. Pierwszy z brzegu film, jaki przychodzi mi na myśl (i żadne to arcydzieło) - dramat "Jezebel". W porównaniu do "Wrzosu" czy "Skłamałam" ogląda się go praktycznie jak współczesny film (a rocznik ten sam). Jedyny polski semi-awangardowy mainstreamowy film z tego okresu (1938) używa środków wyrazu powszechnych w kinie niemieckim i skandynawskim... w późnych latach 20tych i bardzo wczesnych 30tych, które na zachodzie w tym momencie były już dawno passe i trąciły myszką. O czym my tu w ogóle mówimy, "Obywatel Kane" powstał tylko 3 lata później :)
              Podobno nie chodziło nawet o pieniądze, tylko o przekonanie, że masowa publiczność jest gotowa wyłącznie na przysłowiową "Smosarską w spodniach". Co nie dziwi, patrząc na ogólny stan ówczesnego społeczeństwa.

              "Ale miło popatrzeć na te uśmiechnięte buzie. Ludzie lekko może nie mieli, ale cieszyli się z odzyskania po 123 latach niepodległości."
              To prawda :)

  • Dzisiaj by miał już więcej niż sto lat.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: