Recenzja filmu Paryż i dziewczyna (2017)
Léonor Sérraille

Antyreklama milenialsów

Problem z filmem Sérraille polega nie tylko na tym, że trudno przez półtorej godziny przejmować się losami osoby, z jaką w prawdziwym życiu nie wytrzymałoby się nawet paru minut small talku. ...
Filmweb sp. z o.o.
Léonor Sérraille nie mogła wymarzyć sobie lepszego początku kariery. Nikomu nieznana Francuzka kopniakiem wyważyła drzwi na światowe salony i zgarnęła Złotą Kamerę – nagrodę za najlepszy debiut na zeszłorocznym festiwalu w Cannes. Niestety, po seansie zrealizowanego przez młodą reżyserkę "Paryża i dziewczyny" trudno zrozumieć całą tę euforię. Zamiast przyłączyć się do rozgorączkowanego chóru entuzjastów, należałoby raczej z gombrowiczowskim sceptycyzmem zapytać: "Jak zachwyca, kiedy nie zachwyca?".


Na papierze wszystko wygląda całkiem obiecująco. W swym celebrującym młodość, kokieteryjnym debiucie Sérraille wprost odwołuje się do dziedzictwa francuskiej nowej fali. Wyraźnie feministyczny wymiar "Paryża…" (za realizację filmu odpowiadają niemal wyłącznie kobiety!) wzbudza skojarzenia przede wszystkim z kinem Agnès Vardy. Chęć oddania hołdu klasykom nie powstrzymuje przy tym Sérraille od zamiaru opowiedzenia historii na wskroś współczesnej. "Paryż…" to właściwie płomienna mowa obrończa zamieniająca się w list miłosny, którego adresatem staje się generacja milenialsów.
   
Kłopot w tym, że Francuzka ostatecznie oddaje swoim ulubieńcom niedźwiedzią przysługę. Główna bohaterka – zagubiona w wielkomiejskiej rzeczywistości trzydziestolatka – uosabia właściwie wszystkie najgorsze cechy swego pokolenia. Paula to chodząca alegoria ADHD, rozkrzyczane, ekspansywne indywiduum, przy którym Frances Ha z pamiętnego filmu Noaha Baumbacha wyszłaby na skuloną w kącie introwertyczkę. Problem z filmem Sérraille polega nie tylko na tym, że trudno przez półtorej godziny przejmować się losami osoby, z jaką w prawdziwym życiu nie wytrzymałoby się nawet paru minut small talku. Gorzej, że charakter głównej bohaterki wywiera toksyczny wpływ na formę "Paryża…" – dzieła rozmemłanego, chaotycznego i sprawiającego wrażenie zlepka przypadkowo złączonych epizodów.


A przecież w sytuacji Pauli i jej rówieśników – prekariuszy cierpiących z powodu zawodowej i emocjonalnej niestabilności – kryje się potencjał na autentyczny dramat. Obrazujący go film musiałby wyglądać zupełnie inaczej. Na przykład podobnie do "Nagich" – przytłaczającego, choć niepozbawionego humoru obrazu desperacji młodych Brytyjczyków w czasach schyłkowego thatcheryzmu. Sięgam po ten przykład nie bez kozery – Sérraille przyznaje w wywiadach, że głośny film Mike’a Leigh stanowił dla niej cenne źródło inspiracji. O tym, że nie są to do końca puste słowa świadczy choćby nacisk kładziony przez francuską twórczynię na relację pomiędzy bohaterem a miastem. Tak samo jak Londyn Mike'a Leigha, Paryż Sérraille nie przypomina przyjaznej "krainy wielkich możliwości". Zamiast tego wzbudza skojarzenia z molochem, który najpierw wabi do siebie przybyszów z całego kraju, by potem skompromitować ich, upodlić i wyssać resztki energii.

Na tym jednak podobieństwa się kończą. Młodej reżyserce, inaczej niż brytyjskiemu mistrzowi, brakuje reżyserskiej brawury, skłonności do ryzyka, gotowości, by postawić wszystko na jedną kartę. Dlatego "Paryż…", choć opowiada w gruncie rzeczy o sprawach posępnych, na każdym kroku manifestuje swą domniemaną lekkość. Być może wszystkie te wysilone dowcipy, sztuczne uśmiechy i pstrokate kostiumy bohaterów miały w założeniu stanowić przynętę dla bardziej masowej publiczności. W rzeczywistości kompromisy owocują rezygnacją z własnych ambicji i zniżeniem do poziomu standardowej "obyczajówki", która za jakiś czas zaliczy miękkie lądowanie w telewizyjnym prime-time.

Widz bardzo przychylnie nastawiony do "Paryża…" mógłby na upartego dostrzec w filmie opowieść o dojrzewaniu do wolności będącej jednocześnie szansą i zobowiązaniem. Wszystko to nie wykracza jednak na ekranie ponad poziom ładnie brzmiących hasełek charakterystycznych dla kawiarnianego egzystencjalizmu. Zamiast smacznego koktajlu, wyszła tym razem zwykła lura.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 60% uznało tę recenzję za pomocną (15 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni