Recenzja filmu Ad Astra (2019)
James Gray

Brad Astral

W opanowanej przez superbohaterów, uniwersa i rebooty Fabryce Snów filmy takie jak "Ad Astra" należą do gatunku zagrożonego wyginięciem. Coraz trudniej znaleźć dziś w kinach wysokobudżetowe ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Ad Astra (2019)
Mijają dekady, a w głowie Jamesa Graya wciąż mieszkają te same demony. W 1994 roku mający wówczas zaledwie 24 lata reżyser przywiózł na festiwal w Wenecji debiutanckie arcydzieło "Mała Odessa". Pod płaszczykiem kina gangsterskiego opowiadał w nim rodzinną tragedię, w której więzy krwi zamieniają się w kajdany. Ćwierć wieku później Amerykanin powrócił na Lido z najdroższym filmem w całej swojej karierze – kosztującym blisko 90 milionów dolarów widowiskiem science fiction "Ad Astra". Choć na ekranie nie zabrakło efektownych eksplozji i pościgów na Księżycu, sercem utworu jest niezwykle intymna historia człowieka, na którego życiu cieniem kładzie się postać ojca – legendarnego astronauty.

photo.title

Clifford McBride (Tommy Lee Jones) opuścił Ziemię, gdy jego syn Roy miał zaledwie 16 lat. Mężczyzna wyruszył w podróż przez galaktykę w poszukiwaniu obcych cywilizacji. W okolicach Neptuna jego statek niespodziewanie zniknął jednak z radarów. Kilkadziesiąt lat później dorosły Roy (Brad Pitt) musi podążyć śladami rodzica, aby ocalić ludzkość przed zbliżającą się katastrofą. Gwiezdna ekspedycja okaże się dla bohatera zarówno wyprawą do jądra ciemności, jak i ekstremalną formą terapii pozwalającej przepracować rodzinne traumy. 

W opanowanej przez superbohaterów, uniwersa i rebooty Fabryce Snów filmy takie jak "Ad Astra" należą do gatunku zagrożonego wyginięciem. Coraz trudniej znaleźć dziś w kinach wysokobudżetowe widowiska z ambicjami, nakręcone z potrzeby serca, a nie po to, by rozkręcić kolejną dochodową serię. Gray nigdy zresztą nie ukrywał, że bliżej mu do zbuntowanego Hollywoodu z lat 60. i 70. niż jego współczesnej, zmerkantylizowanej do cna wersji. "Ad Astra" to po trosze kosmiczny "Czas apokalipsy", humanistyczna odpowiedź na "Odyseję kosmiczną" oraz "Drzewo życia" z domieszką survival horroru. Dzieło być może nie do końca spełnione – chwilami szalenie patetyczne i nie raz będące z logiką na bakier – ale zrealizowane tak, że ręce same składają się do oklasków.

Do spółki z operatorem Hoyte Van Hoytemą ("Interstellar") oraz scenografem Kevinem Thompsonem ("Birdman") reżyserowi udało się wyczarować złowieszczą i jednocześnie zapierającą dech w piersiach wizję przyszłości. Wrażenie robią stylizowane na retro wnętrza statków kosmicznych, industrialne korytarze bazy na Księżycu, a także wyjęte żywcem  z narkotycznego snu pomieszczenia sztabu na Marsie. Tam, gdzie się tylko dało, Gray ograniczał cyfrowe efekty specjalne na rzecz budowanych od zera lokacji zdjęciowych. Dzięki temu ekranowy świat wydaje się niemal namacalny, "analogowy", zarazem futurystyczny i zanurzony w tradycji. W połączeniu z niesamowitą grą kolorami, światłem i cieniem zaowocowało to jednym z piękniejszych wizualnie filmów tego sezonu. 

photo.title

Choć na liście płac znajdziecie tak znanych aktorów jak wspomniany Tommy Lee JonesLiv Tyler czy Donald Sutherland, film w pojedynkę niesie na barkach świetny Brad Pitt. Gwiazdor praktycznie nie znika z ekranu przez dwie godziny seansu, tworząc pozornie nieefektowną postać twardziela, który słynie z tego, że potrafi zachować zimną krew w najbardziej stresujących sytuacjach. O tym, iż pod wyhodowanym na potrzeby pracy pancerzem drzemie wrażliwiec, przekonujemy się dzięki płynącym z offu  monologom bohatera. Ray jest wybitnym fachowcem, a przy tym osobą głęboko samotną, psychicznie pokaleczoną, darzącą McBride'a seniora sprzecznymi uczuciami. Nie wiem, czy go odnajdę, czy wreszcie się od niego uwolnię – wyznaje w pewnym momencie bohater, by później dodać – Grzechy ojca przechodzą na syna.

Gray nie rozstrzyga, czy poza Ziemią istnieją inne cywilizacje. Nie ma pojęcia, w jakim kierunku zmierza ludzkość i czy przypadkiem nie skończy się to wszystko katastrofą. Wierzy jednak, że dopóki na świecie można znaleźć miłość i przyjaźń, nie wszystko stracone. Po co podróżować do gwiazd – pyta twórca "Ślepego toru" – skoro to, co najważniejsze, mamy na wyciągnięcie ręki? W czasach, gdy najlepiej sprzedają się cynizm, ironia i śmieszne memy z kotami, szlachetnie niedzisiejsza postawa reżysera zasługuje na tym większe uznanie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 96% uznało tę recenzję za pomocną (78 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię