Recenzja filmu Czego życzy sobie kobieta (2017)
Susan Walter

Czego nie życzy sobie widz

"W moim życiu pełno było dziur", zwierza się do kamery jedna z bohaterek "Czego życzy sobie kobieta". Równie dobrze mogłaby jednak mówić o samym filmie. Przez półtorej godziny seansu oglądamy ...
Filmweb sp. z o.o.
"W moim życiu pełno było dziur", zwierza się do kamery jedna z bohaterek "Czego życzy sobie kobieta". Równie dobrze mogłaby jednak mówić o samym filmie. Przez półtorej godziny seansu  oglądamy bowiem ciąg kolejnych urodzin granej przez Sharon Stone Senny. Fabularna wskazówka raz za razem przesuwa się o rok: czterdziesta szóstka, elipsa, czterdziestka siódemka, elipsa, czterdziestka ósemka… –  i tak dalej. Zabawa polega na wypełnianiu tych luk, na weryfikowaniu, co się w międzyczasie zmieniło, a co pozostało takie samo. Sęk w tym, że w rękach reżyserki/scenarzystki Susan Walter ten narracyjny zabieg wypada niczym desperacka próba zamaskowania scenariuszowych dziur i przekucia wad na zalety. Dopowiem: próba nieudana.


"Czego życzy sobie kobieta" nie jest bowiem zniuansowanym dramatem z ambicjami pokazania, jak czas ugniata relacje międzyludzkie – czymś w rodzaju "5x2" czy "Dwoje na drodze". Nie jest też romansem z "opóźnionym zapłonem" à la komediowe "Kiedy Harry poznał Sally" czy melodramatyczny "Jeden dzień". Jest wszystkim tym po trochu, a w rezultacie niczym na całego. Obdarzona twarzą Stone Senna kreowana jest więc raczej na postać humorystyczną, zgoła Allenowską. To dojrzała kobieta, zachowująca się niczym podlotek, zmieniająca kochanków jak rękawiczki, dorywczo pracująca w przemyśle modowym, wiecznie zadłużona. Kolejne jej wpadki mają przede wszystkim bawić, ewentualnie rozczulać. Reżyserka aspiruje jednak do czegoś więcej niż leciutka komedyjka z rozchwianą protagonistką, miejscami wrzuca też poważny bieg. Wieczne mijanie się Senny i prawnika Adama (Tony Goldwyn) wygrywane jest przecież w tonacji coraz to bardziej dramatycznej. Właściwa akcja przetykana jest też kuriozalnymi monologami kolejnych bohaterek. Senna i kobiety z jej otoczenia zwracają się tu prosto do kamery, śmiertelnie serio, podsumowując swoje wybory: opowiadają o życiowych "dziurach" i błędach, o prywatnych wzruszeniach i żalach. Nagle robi się jakoś tak telewizyjno-konfesyjnie, całkiem niedaleko "Rozmów w toku" czy innej Opry Winfrey.


To skojarzenie z małym ekranem jest zresztą znamienne. Filmowi Walter całkiem blisko przecież do telewizyjnej konfekcji w stylu stacji TVN czy Hallmark. Pastelowa miękkość obrazu, bezpłciowa niskokaloryczność dialogów i humoru, muzyka rodem z windy, jakieś takie generalne ugrzecznienie – efekt jest pensjonarski, nijaki, niekinowy. Jeśli kiedyś używano zwrotu "kino kobiece" w charakterze zniewagi, to chyba właśnie pod adresem takiej twórczości. Oczywiście gatunek gatunkiem: nie ma co porównywać użytkowego komediodramatu z jakimś arthouse'em. Ale Walter sama wystawia się na strzał, bo symuluje głębszy namysł nad rolą kobiety w społeczeństwie, a nie jest w stanie dostarczyć nawet minimum: zwykłych śmiechów i wzruszeń. Dawno nie widziałem tak niezabawnych komediowych prób, dawno nie widziałem powagi tak bardzo nie na miejscu. Drętwe, deklaratywne dialogi nie pomagają, ale nie pomaga też sztywne, trącące fałszem aktorstwo. Zwłaszcza Stone nie pokazuje się tu od najlepszej strony. Aktorka gra z dziwnym manierycznym dystansem, jakby chciała narysować cudzysłów wokół swojego występu. Możliwe, że to próba sportretowania ironicznej tarczy, za jaką Senna skrywa wrażliwe wnętrze. Obstawiałbym jednak, że nie o to chodziło.

Nie powiem, gdzieś w tle majaczą tu ciekawe tematy. Walter stawia pod znakiem zapytania kwestię dojrzałości i zastanawia się, jakim kulturowym naciskom ulegają kobiety: co i w jakim wieku im wolno, a czego nie? Jeszcze ciekawsza jest implikacja, że wpajane dziewczynkom marzenia wracają po latach, by je uziemić, a nieświadomymi sojuszniczkami tego ładu są matki, chcące dla swych córek jak najlepiej (Sharon Stone matkuje tu przed kamerą sama Ellen Burstyn). Czuję jednak, że dopisuję tu chyba nowe wątki, że dopowiadam sugestie, których film nie daje – wszystko byle urozmaicić sobie przykre kinowe doznanie. Bo przecież koniec końców reżyserka wygładza wszelkie subtelności i idzie w, hmm, klasykę (czytaj: stereotyp). No bo czegóż życzy sobie owa tytułowa kobieta? Zostać projektantką mody, wziąć ślub, kropka. Proste? 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby