Recenzja filmu Eva (2018)
Benoît Jacquot

Dama z pejczykiem

Ciężko powiedzieć, kogo gra w tym filmie Huppert. Muzę pisarza? Uosobienie lęku przed silnymi, kastrującymi kobietami? Projekcję perwersyjnych męskich pragnień? Zwyczajną dziwkę? Ta widzowska ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Eva (2018)
Na początek mała laurka. Jeśli miałbym wytypować najbardziej wyrazistą współczesną aktorkę Starego Kontynentu, byłaby to niewątpliwie Isabelle Huppert. Francuska gwiazda z największego przeciętniaka potrafi wykrzesać magnetyczną energię – bywała już zimna i wyrachowana, kusząca i nieporadna, delikatna i refleksyjna. Równie dobrze czuje się w wannie wypełnionej pianą, co w dopiętej na ostatni guzik garsonce; w roli uwodzicielki, co twardej szefowej. Zapytana podczas berlińskiej konferencji prasowej, w jaki sposób udaje jej się osiągać taki poziom seksapilu bez epatowania nagością, wypaliła z właściwą sobie swadą: "Pana definicja erotyzmu musi być chyba jakaś pokręcona". Tym bardziej trudno pogodzić się z faktem, że "Eva" – najnowszy film z jej udziałem – to typowe kino zmarnowanej szansy. Wyczekiwana na Berlinale z wypiekami na twarzach – głównie ze względu na Huppert, ale też obiecujące nazwisko reżysera, Benoîta Jacquota – pozostawiła po sobie wrażenie niesmaku, hucpy obliczonej na poklask festiwalowej publiczności. Mając do dyspozycji wyjątkowy talent aktorski, Jacquot nie wyszedł poza postmodernistyczną grafomanię, pełną płaskich aluzji do psychoanalizy i bezsensownie pourywanych wątków.

Trudności pojawiają się już na etapie podążania za historią, rozgraniczenia, co jest tu jawą, a co snem; co reprezentuje "fikcję w fikcji", a co istnieje na pierwszym poziomie narracji. "Eva" to adaptacja powieści Jamesa Hadleya Chase'a z 1945 roku, literatury w dużym stopniu autotematycznej, skupionej na samym doświadczeniu pisania, temacie kryzysu twórczego. Filmowy prolog buduje aurę tajemnicy, pozwala domniemywać, że wszystko, co za chwilę zobaczymy, jest wytworem narcystycznych fantazji bohatera. Zaczyna się od śmierci brytyjskiego pisarza – Bertrand (Gaspard Ulliel), jego opiekun i prawdopodobnie chłopak do towarzystwa, przywłaszcza sobie rękopis najnowszej, jeszcze niewydanej drukiem komedii wpływowego denata. Po reżyserskim cięciu oglądamy już zupełnie inną, alternatywną rzeczywistość – niedawny żigolak jest obecnie święcącym triumfy dramatopisarzem, "autorem" zaledwie jednego, ale za to wybitnego tekstu. Otacza się drogimi przedmiotami, stylizuje na intelektualistę, u boku ma piękną blondynkę, a w środku – wstydliwą tajemnicę. Jako wirtuoz mimikry, Bertrand świetnie sobie radzi z odgrywaniem roli pisarza-celebryty, nie potrafi jednak sklecić choćby dwóch literacko poprawnych zdań. Tymczasem wydawca czeka na kolejną sztukę, a w patologicznym kłamcy rodzi się niezrozumiała potrzeba dalszego brnięcia w samooszustwo. Inspiracji zaczyna poszukiwać w burzliwej znajomości z luksusową prostytutką (Huppert). Eva jest nie tylko błyskotliwa, ale także wyjątkowo pewna siebie – jednakowo dobrze czuje się w pięciogwiazdkowym hotelu, obskurnym moteliku na godziny i cudzym domku w górach. Bertrand wykorzystuje więc kobietę w charakterze łatwo dostępnej "materii twórczej", nie bacząc, że cierpi na tym jego relacja z młodą i piękną narzeczoną. 

Ciężko właściwie powiedzieć, kogo gra w tym filmie Huppert. Muzę pisarza? Uosobienie lęku przed silnymi, kastrującymi kobietami? Projekcję perwersyjnych męskich pragnień? Zwyczajną dziwkę? Ta widzowska konfuzja nie jest raczej efektem świadomego aktorskiego kamuflażu, lecz nijakości postaci. Chciałoby się powiedzieć, że aktorka odgrywa tutaj różne warianty samej siebie – od "Pianistki" po "Elle" – bo po prostu nie ma innego wyjścia. Jacquot nie zaproponował dla niej żadnej wyrazistej ramy i żadnej wiarygodnej sytuacji – nie wiemy na przykład, dlaczego aktorka w jednej scenie wije się w wannie z bąbelkami, a w następnej wymachuje pejczem. Jest jak gwiazdka kina erotycznego, seksowna figurka z fantazji, którą można dowolnie "urabiać", stylizować i wklejać w kolejne luźno ze sobą powiązane fragmenty na zasadzie wisienki na torcie, ładnego obrazka do brzydkiego tła.

Cały film przypomina zresztą chaotyczną rozsypankę – Bertrand ugania się po mieście za Evą, a my wczołgujemy się na coraz wyższe piętra jego obsesji: toksycznej, skrajnie (auto)destrukcyjnej, lecz, zważywszy na konsekwencje, słabo umotywowanej. Dlaczego bohatera ciągnie do tej starszej kobiety jak ćmę do nagiej żarówki? Czy w Huppert widzi kwintesencję prawdziwej sztuki – wyzwolonej, niezależnej, pełnej skrajności – do której nigdy nie będzie miał talentu? A może jest to zakamuflowana wiadomość od Realnego, że oto czas już się obudzić z narcystycznego snu i porzucić fantazje pobudowane na cudzej krzywdzie? Tajemnice gęstnieją z minuty na minutę, budząc emocje letnie niczym woda w polskim kranie. "Eva" próbuje się kilkukrotnie skończyć, ale jakoś nie może. Kiedy finał – absurdalny i wymęczony – wreszcie nadchodzi, zostajemy sam na sam z twarzą Huppert na stopklatce. Aktorka wygląda na zawstydzoną. Tak jakby próbowała odczytać nasze myśli i zapomnieć o wszystkim, co przed chwilą przetoczyło się po ekranie. I nawet jeśli to tylko projekcja mojego rozczarowanego umysłu i żadnej stopklatki ani żadnego wstydu nie było – dokładnie takie zakończenie chciałbym tu widzieć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 62% uznało tę recenzję za pomocną (13 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby