Recenzja filmu

Wielka mała koza (2026)
Tyree Dillihay
Adam Rosette

Raz kozie mecz

Wszystko jest oczywiście obłędnie kolorowane i cieniowane, a połączenie komiksowej stylistyki znanej ze "Spider-Mana Uniwersum" z najbardziej efektownymi rozwiązaniami 3D sprawiło, że "Wielka
Raz kozie mecz
Niektóre próby przetłumaczenia anglojęzycznych tytułów filmów na język polski są z góry skazane na porażkę. Nie ze względu na brak umiejętności rodzimych tłumaczy, ale na specyfikę tytułów silnie zakorzenionych w niuansach języka, z którego się wywodzą. Jednym z takich wyzwań nie do sprostania było przetłumaczenie tytułu "Goat", najnowszej animacji Sony Pictures Animation, który odnosi się zarówno do gatunku zwierzęcia będącego bohaterem filmu, jak i akronimu GOAT, oznaczającego najlepszego w swojej dyscyplinie sportowca (Greatest Of All Time). No bo jak by to miało brzmieć? "Legendarna koza"? Sami przyznacie, że to niezbyt zachęcający tytuł. Tak oto otrzymaliśmy "Wielką małą kozę", całkiem adekwatnie brzmiące określenie dla niezwykle energetycznej i zabawnej animacji o średnich rozmiarów koziołku, który postanowił zmienić zasady gry.


Sony Pictures Animation to studio, które coraz śmielej poczyna sobie na arenie filmów animowanych, przez lata zdominowanej przez tercet Disney-Pixar-DreamWorks i studiem Illumination zgłaszającym ambicje do rzucenia rękawicy tytanom tego przemysłu. Już sukcesu serii "Hotel Transylwania" potwierdził, że w Sony też mają nosa do animowanych hitów, ale moment, w którym studio to zaczęto traktować naprawdę poważnie, to premiera "Spider-Man Uniwersum" w 2018 roku. Od tamtej pory logo Sony Pictures Animation znaczy o wiele więcej, a zawrotny sukces "K-popowych łowczyń demonów" w ubiegłym roku tylko potwierdził, że spece od animacji Sony to już naprawdę światowa czołówka. Nic dziwnego, że oczekiwania wobec "Wielkiej małej kozy" były… no cóż, raczej wielkie niż małe. Nie tylko zresztą ze względu na odpowiadającą za animację wytwórnię – film swoim nazwiskiem firmował sam Stephen Curry, legenda NBA, czterokrotny mistrz ligi w barwach Golden State Warriors, najlepszy w historii koszykarz rzucający za trzy punkty. Curry, który w oryginalnej wersji podkłada głos pod jedną z drugoplanowych postaci, jest jednym z producentów "Wielkiej małej kozy", a że jego nazwisko jest synonimem jakości, wiele sobie po tej animacji obiecywano. I, na szczęście, obietnice zostały spełnione.


Historia Willa Harrisa, ambitnego koziołka mającego bzika na punkcie koszykówki, to typowe dla Sony Pictures Animation ultradynamiczne widowisko z oszałamiającymi wizualiami. Trzeba przyznać, że animacje tej wytwórni dają energetycznego kopa, którego inne studia mogą jej pozazdrościć. Każda sekwencja, w której Will gra w koszykówkę – czy to podczas oficjalnego meczu czy też podczas treningu na "osiedlowym" boisku – to absolutna maestria animowanej dynamiki. Niezwykle skoczny – jak na kozła przystało – bohater porusza się tak, jakby przy odrobinie wysiłku mógł doskoczyć na inną planetę, a każde uderzenie piłki o podłoże dudni niczym armatnia salwa. Wszystko jest oczywiście obłędnie kolorowane i cieniowane, a połączenie komiksowej stylistyki znanej ze "Spider-Mana Uniwersum" z najbardziej efektownymi rozwiązaniami 3D sprawiło, że "Wielka mała koza" robi piorunujące wrażenie. I choć tu także – niczym w "Zwierzogrodzie" – historia rozgrywa się w świecie antropomorficznych zwierząt, postawiono raczej na rozmach i efektowność przedstawianych scenerii niż jak największy realizm, który przyświecał specom od animacji odpowiedzialnych za obie części kasowego hitu Disneya.


Sama opowieść nie jest jakoś specjalnie odkrywcza – ot, kolejna historia "od zera do bohatera", zaczynająca się od nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności, a wiodąca do ostatecznej sławy i spektakularnego zwycięstwa. "Wielka mała koza" sporo miejsca poświęca na przeróżne sytuacje życiowe, które wpływają na formę i dyspozycję zawodników w danym dniu: ktoś ma problemy ze zdrowiem (i metryką), kto inny zupełnie stracił pewność siebie, jeszcze ktoś zmaga się z trudami ojcostwa. Zawodnicy rykokosza (wymyślona dyscyplina, w której zwykły parkiet zastępują areny z najróżniejszymi przeszkodami) są po prostu ludź… – wróć! – zwierzętami, które poza karierą sportową mają swoje życie i swoje problemy. Ten pierwiastek "zwyczajności" – zderzony z zupełnie niezwyczajną warstwą audiowizualną – jest czymś całkiem odświeżającym i sprawiającym, że pomimo zwyczajowej umowności, jaką gwarantuje animowana forma, łatwo się identyfikować z bohaterami i tym, z czym się zmagają.


Tak jak Judy Hopps w "Zwierzogrodzie" przecierała szlaki królikom w tamtejszej policji, tak Will Harris jest pierwszą kozą, której udaje się zaistnieć w twardej grze, jaką jest rykokosz. I choć podobieństw z disneyowskim hitem jest znacznie więcej, to "Wielka mała koza" broni się jako autonomiczne dzieło – widowiskowe niczym siódmy mecz finału NBA, inspirujące niczym najlepsze coachingowe poradniki. A dla studia Sony Pictures Animation może być kolejnym zwycięstwem zapowiadającym stałe miejsce w ekstraklasie gigantów animacji.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?