Recenzja filmu

Pillion (2025)
Harry Lighton

Seks, miłość & BDSM

Jeśli "Pillion" miał być podnoszącą temperaturę postwalentynkową komedyjką, na którą zabierzesz ochoczo swoją tinderową randkę, wiedz, że to przede wszystkim prowokujący do myślenia komediodramat
Seks, miłość & BDSM
Dzisiejsze randkowanie to niezła orka. Jednego dnia idziesz na drinka z sympatycznym gejem, z którym umówiła cię twoja matka, a drugiego robisz loda nieznajomemu motocykliście w ciemnym zaułku. A przynajmniej takimi doświadczeniami może pochwalić się Colin (Harry Melling), uprzejmy i niezręczny nieśmiałek, na którego wigilijne fellatio działa jak najprawdziwszy strzał amora. Jak widać i słychać, "Pillion" nie jest konwencjonalną historią miłosną, ale o relacjach romantycznych i seksualnych mówi znacznie więcej niż współczesny rom-com. Badając granice queerowej uległości, reżyser Harry Lighton opowiada w swoim debiucie o sprawach w gruncie rzeczy uniwersalnych – poczuciu bezpieczeństwa, pożądaniu i pragnieniu bycia kochanym. 


"Pillion" to luźna adaptacja powieści Adama Marsa-Jonesa pt. "Box Hill", o sugestywnym podtytule "A Story of Low Self-Esteem" ("Historia niskiej samooceny"), w której narrator romantyzuje swój destrukcyjny związek z dziesięć lat starszym dominantem. Dlatego ostrzegam – jeśli "Pillion" miał być podnoszącą temperaturę postwalentynkową komedyjką, na którą zabierzesz ochoczo swoją tinderową randkę, wiedz, że to przede wszystkim prowokujący do myślenia komediodramat o poszukiwaniu siebie i wyznaczaniu granic w dzisiejszych relacjach. Film Lightona oczywiście bywa zabawny, krindżowy i seksi, ale po seansie trudno pozbyć się z głowy tej dojmującej mieszanki smutku i wzruszenia. Jeśli small talk to obecnie szczyt twojej emocjonalnej otwartości na drugiego człowieka, uważaj zatem, bo "Pillion" może przenieść waszą kinową randkę na zupełnie inny poziom.

Za jednym z narracyjnych sukcesów tej opowieści stoi główny bohater filmu – everyman, z którym łatwo emaptyzować, i wyoutowany gej w jednym. Za dnia Colin wlepia obcym mandaty za złe parkowanie, wieczorami zaś śpiewa w lokalnym barze, wypatrując ze sceny rasowych harleyowców. Przypadkowa interakcja z przystojnym i tajemniczym macho sprawia, że protagonista odkrywa w sobie perwersyjną pasję do posłuszeństwa. Świat Raya – skórzanych kurtek, pejczy, obroży, nagich zapasów i motocykli – szybko staje się więc światem Colina. Każdy wykonany bez zająknięcia rozkaz przybliża go do społeczności sadomasochistycznych samców, których bardzo łatwo ocenić po okładce. Przyjaciele surowego motocyklisty może i wyglądają na organizatorów leśnych orgii, ale niekoniecznie na miłośników przytulasów i pocałunków w cieple harcerskiego ogniska.


Pech chciał, że Ray niekoniecznie lubi to drugie. Jest chłodny, małomówny i nieprzystępny emocjonalnie. Colin z początku wydaje się tym nie przejmować – jest pewny, że z czasem zdejmie z niego zbroję, którą mężczyzna przywdział na siebie lata temu. To niezdefiniowane i potężne uczucie uskrzydla protagonistę – czuje dumę, że ktoś taki jak Ray – nordycki bóg o wzroście 1,94 m – czeka na niego po pracy na swoim stylowym i szybkim motorze. Tylko co z tego, że czeka, skoro jedyne, co ma mu do powiedzenia, to: "zrób pranie, przygotuj obiad i umyj naczynia"? – zauważa w końcu Colin, którego próby emancypacji stają się w "Pillionie" nowym rozkładem kart.

Z każdym wynegocjowanym "benefitem" (takim jak wspólne posiłki przed telewizorem czy spanie ze sobą w jednym łóżku) jako widzowie pokładamy coraz większe nadzieje, że bohaterowie mogą być ze sobą długo i szczęśliwie. Każdy, kto funkcjonował kiedyś w toksycznym związku, wie jednak, że wiara w lepsze jutro to zwykła iluzja. Niestety: dla Colina moment otrzeźwienia przychodzi za późno – bohater zatraciwszy się w ryzykownej relacji z nieznajomym, zaniedbuje siebie i swoje więzi rodzinne. Angielski reżyser, obdarowując Colina wspierającą matką i czułym ojcem, dla których homoseksualność syna nigdy nie była żadnym problemem, uświadamia mu, że Ray nigdy nie będzie nosił dzierganych sweterków i śpiewał z nim piosenek przy kominku.


Motocyklista unika zaangażowania i uległości, zapewne lękając się, że uczucie do Colina podważa dotychczasowy porządek, burząc jego wizerunek skrytego twardziela. Colinowi z kolei zbyt długo zajmuje obrona swoich racji. Posłusznie odgrywając rolę tytułowego pasażera, naiwnie wierzy, że Ray w końcu się zmieni. Charakterologiczną i wizualną przepaść między postaciami mistrzowsko oddaje tu casting. Znany z roli Dudleya w serii filmów o Harrym Potterze blady chuderlawiec Harry Melling na pierwszy rzut oka pasuje do majestatycznego niczym model Balenciagi Alexandra Skarsgårda jak wół do karety. Szwedzko-angielski duet aktorski szybko okazuje się jednak strzałem w dziesiątkę, przynosząc "Pillionowi" wszystko, co dla kinky rom-comu najważniejsze – niezręczność, humor i erotyczne napięcie.


To właśnie w ucieczce od stereotypów oraz odwadze portretowania BDSM-owej rzeczywistości bez lukru tkwi błyskotliwy geniusz debiutu Lightona. Reżyser portretuje queerową społeczność z autentyczną różnorodnością, jasno dając do zrozumienia widzom, że układ między Rayem i Colinem pozbawiony jest szacunku i uważności na potrzeby drugiej osoby. W niesamowicie zabawny i zarazem dobijający sposób Anglik eksploruje cienką granicę między uległością a dominacją w układzie, w którym role domina i suba powinny być raczej jasno sprecyzowane już od pierwszego zbliżenia. "Pillion" przypomina jednak, że brak komunikacji to gwóźdź do trumny dla każdego związku, nie tylko tego, w którym rządzą fetysze i seksualne fantazje. W ujmującym, słodko-gorzkim zakończeniu Lighton pokazuje nam, jak zerwanie plastra może przynieść większe ukojenie niż ciągłe zmienianie opatrunków i uparte papranie się w toksynie.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?