Jeśli "Pillion" miał być podnoszącą temperaturę postwalentynkową komedyjką, na którą zabierzesz ochoczo swoją tinderową randkę, wiedz, że to przede wszystkim prowokujący do myślenia komediodramat
Dzisiejsze randkowanie to niezła orka. Jednego dnia idziesz na drinka z sympatycznym gejem, z którym umówiła cię twoja matka, a drugiego robisz loda nieznajomemu motocykliście w ciemnym zaułku. A przynajmniej takimi doświadczeniami może pochwalić się Colin (Harry Melling), uprzejmy i niezręczny nieśmiałek, na którego wigilijne fellatio działa jak najprawdziwszy strzał amora. Jak widać i słychać, "Pillion" nie jest konwencjonalną historią miłosną, ale o relacjach romantycznych i seksualnych mówi znacznie więcej niż współczesny rom-com. Badając granice queerowej uległości, reżyser Harry Lighton opowiada w swoim debiucie o sprawach w gruncie rzeczy uniwersalnych – poczuciu bezpieczeństwa, pożądaniu i pragnieniu bycia kochanym.
"Pillion" to luźna adaptacja powieści Adama Marsa-Jonesa pt. "Box Hill", o sugestywnym podtytule "A Story of Low Self-Esteem" ("Historia niskiej samooceny"), w której narrator romantyzuje swój destrukcyjny związek z dziesięć lat starszym dominantem. Dlatego ostrzegam – jeśli "Pillion" miał być podnoszącą temperaturę postwalentynkową komedyjką, na którą zabierzesz ochoczo swoją tinderową randkę, wiedz, że to przede wszystkim prowokujący do myślenia komediodramat o poszukiwaniu siebie i wyznaczaniu granic w dzisiejszych relacjach. Film Lightona oczywiście bywa zabawny, krindżowy i seksi, ale po seansie trudno pozbyć się z głowy tej dojmującej mieszanki smutku i wzruszenia. Jeśli small talk to obecnie szczyt twojej emocjonalnej otwartości na drugiego człowieka, uważaj zatem, bo "Pillion" może przenieść waszą kinową randkę na zupełnie inny poziom.
Za jednym z narracyjnych sukcesów tej opowieści stoi główny bohater filmu – everyman, z którym łatwo emaptyzować, i wyoutowany gej w jednym. Za dnia Colin wlepia obcym mandaty za złe parkowanie, wieczorami zaś śpiewa w lokalnym barze, wypatrując ze sceny rasowych harleyowców. Przypadkowa interakcja z przystojnym i tajemniczym macho sprawia, że protagonista odkrywa w sobie perwersyjną pasję do posłuszeństwa. Świat Raya – skórzanych kurtek, pejczy, obroży, nagich zapasów i motocykli – szybko staje się więc światem Colina. Każdy wykonany bez zająknięcia rozkaz przybliża go do społeczności sadomasochistycznych samców, których bardzo łatwo ocenić po okładce. Przyjaciele surowego motocyklisty może i wyglądają na organizatorów leśnych orgii, ale niekoniecznie na miłośników przytulasów i pocałunków w cieple harcerskiego ogniska.
Pech chciał, że Ray niekoniecznie lubi to drugie. Jest chłodny, małomówny i nieprzystępny emocjonalnie. Colin z początku wydaje się tym nie przejmować – jest pewny, że z czasem zdejmie z niego zbroję, którą mężczyzna przywdział na siebie lata temu. To niezdefiniowane i potężne uczucie uskrzydla protagonistę – czuje dumę, że ktoś taki jak Ray – nordycki bóg o wzroście 1,94 m – czeka na niego po pracy na swoim stylowym i szybkim motorze. Tylko co z tego, że czeka, skoro jedyne, co ma mu do powiedzenia, to: "zrób pranie, przygotuj obiad i umyj naczynia"? – zauważa w końcu Colin, którego próby emancypacji stają się w "Pillionie" nowym rozkładem kart.
Z każdym wynegocjowanym "benefitem" (takim jak wspólne posiłki przed telewizorem czy spanie ze sobą w jednym łóżku) jako widzowie pokładamy coraz większe nadzieje, że bohaterowie mogą być ze sobą długo i szczęśliwie. Każdy, kto funkcjonował kiedyś w toksycznym związku, wie jednak, że wiara w lepsze jutro to zwykła iluzja. Niestety: dla Colina moment otrzeźwienia przychodzi za późno – bohater zatraciwszy się w ryzykownej relacji z nieznajomym, zaniedbuje siebie i swoje więzi rodzinne. Angielski reżyser, obdarowując Colina wspierającą matką i czułym ojcem, dla których homoseksualność syna nigdy nie była żadnym problemem, uświadamia mu, że Ray nigdy nie będzie nosił dzierganych sweterków i śpiewał z nim piosenek przy kominku.
Motocyklista unika zaangażowania i uległości, zapewne lękając się, że uczucie do Colina podważa dotychczasowy porządek, burząc jego wizerunek skrytego twardziela. Colinowi z kolei zbyt długo zajmuje obrona swoich racji. Posłusznie odgrywając rolę tytułowego pasażera, naiwnie wierzy, że Ray w końcu się zmieni. Charakterologiczną i wizualną przepaść między postaciami mistrzowsko oddaje tu casting. Znany z roli Dudleya w serii filmów o Harrym Potterze blady chuderlawiec Harry Melling na pierwszy rzut oka pasuje do majestatycznego niczym model Balenciagi Alexandra Skarsgårda jak wół do karety. Szwedzko-angielski duet aktorski szybko okazuje się jednak strzałem w dziesiątkę, przynosząc "Pillionowi" wszystko, co dla kinky rom-comu najważniejsze – niezręczność, humor i erotyczne napięcie.
To właśnie w ucieczce od stereotypów oraz odwadze portretowania BDSM-owej rzeczywistości bez lukru tkwi błyskotliwy geniusz debiutu Lightona. Reżyser portretuje queerową społeczność z autentyczną różnorodnością, jasno dając do zrozumienia widzom, że układ między Rayem i Colinem pozbawiony jest szacunku i uważności na potrzeby drugiej osoby. W niesamowicie zabawny i zarazem dobijający sposób Anglik eksploruje cienką granicę między uległością a dominacją w układzie, w którym role domina i suba powinny być raczej jasno sprecyzowane już od pierwszego zbliżenia. "Pillion" przypomina jednak, że brak komunikacji to gwóźdź do trumny dla każdego związku, nie tylko tego, w którym rządzą fetysze i seksualne fantazje. W ujmującym, słodko-gorzkim zakończeniu Lighton pokazuje nam, jak zerwanie plastra może przynieść większe ukojenie niż ciągłe zmienianie opatrunków i uparte papranie się w toksynie.